Ultimatum Trumpa w sprawie Ukrainy: autentyczny przełom czy kolejne pustosłowie?

Definitywnej odpowiedzi będzie można udzielić dopiero na początku września – po tym, jak minie 50 dni, które prezydent USA wyznaczył rosyjskiemu przywódcy jako ultymatywny termin na zawarcie ugody kończącej (zawieszającej?) wojnę. Na razie trzeba spodziewać się raczej nasilenia niż osłabienia rosyjskich ataków.
Czyta się kilka minut
Mieszkańcy Kijowa spędzają kolejną noc w tunelach metra podczas nalotów na miasto rosyjskich dronów i rakiet. Kijów, 20 lipca 2025 r. // Fot. Ivan Antipenko / Suspilne Ukraine / Getty Images
Mieszkańcy Kijowa spędzają kolejną noc w tunelach metra podczas nalotów na miasto rosyjskich dronów i rakiet. Kijów, 20 lipca 2025 r. // Fot. Ivan Antipenko / Suspilne Ukraine / Getty Images

Melania Trump: to ona, żona amerykańskiego prezydenta, stała się na chwilę bohaterką ukraińskiego internetu: cierpiącego, emocjonalnie rozedrganego, chwytającego się wszystkiego. Memy z Melanią rozlały się po ukraińskiej infosferze: Melania w ludowej ukraińskiej koszuli, wyszywance; Melania w żółto-niebieskich barwach. Nie, żeby od razu przyćmiła swojego małżonka – to jednak niemożliwe. Ale na ten moment to ona przyniosła trochę pocieszenia.

Dlaczego Melania? Bo to ona – czy też, ściślej: również ona – miała mieć istotny udział w zmianie perspektywy, która, chciałoby się w to wierzyć, stała się właśnie udziałem prezydenta USA. Wyznał to sam małżonek: przychodzę do domu po kolejnej rozmowie z Putinem, mówię Melanii, że to była dobra, wspaniała rozmowa z Władimirem, a Melania mi na to: naprawdę? A ja czytam, że kolejne ukraińskie miasto zostało właśnie zaatakowane…

Trump demonstruje, że po pół roku rozmów z Putinem ma już dość

Mniej więcej w taki sposób Donald zreferował swoje rozmowy z Melanią, gdy w poniedziałek 14 lipca spotkał się w Gabinecie Owalnym z Markiem Rutte, sekretarzem generalnym NATO. A przywołanie tej małżeńskiej wymiany zdań miało konkretny cel: miało uzasadnić – bardziej może wobec własnych wyborców, niż wobec świata – dlaczego prezydent USA uznał w końcu, że po trwających prawie pół roku próbach przekonania Putina, aby ten zaprzestał zabijania, ma dość wodzenia za nos. 

„Putin oszukał Bidena, oszukał Obamę, ale mnie nie oszuka” – dowodził Trump, okazując światu swój gniew.

Wiceprezydent J.D. Vance był obecny, ale tym razem siedział cicho. Nie miał powodu, by się wtrącać. „To wspaniała decyzja, mister president! Wspaniała!” – powtarzał Mark Rutte, komentując kolejne deklaracje Trumpa.

Tym razem jednak sekretarz generalny NATO – ten, który już wcześniej, podczas szczytu  NATO w Hadze, dał się poznać jako zręczny (choć pewnie niezbyt wyrafinowany) psycholog – może mieć rację. Jeśli (jeśli!) złożone 14 lipca w Gabinecie Owalnym zapowiedzi Donalda Trumpa zostaną przez niego dotrzymane, mogą oznaczać przełom – radykalny zwrot w jego polityce wobec Rosji i Ukrainy.

Ultimatum Trumpa i dostawy amerykańskiej broni

Jeśli Putin nie ustąpi do tego czasu, jeśli nie zgodzi się na pokój (rozejm?), wówczas – zagroził dalej Trump – Stany nałożą wysokie karne cła na handel z Rosją, a także sankcje wtórne na kraje, które z Rosją handlują. 

Zwłaszcza ten drugi element mógłby stać się problemem dla Rosji, której budżet oparty jest na dochodach z eksportu surowców, zwłaszcza ropy (transportuje ją słynna „flota cieni”). Chętnych na ich kupowanie jest w świecie nie-zachodnim wielu – z okazji, tj. z preferencyjnych cen, korzystały dotąd nie tylko Chiny czy Korea Północna, ale również np. Indie czy Turcja.  

Oprócz tych 50 dni, które prezydent USA dał rosyjskiemu przywódcy na zawarcie jakiejś – niesprecyzowanej, zaznaczmy jednak gwoli prawdy – ugody kończącej (czy może zawieszającej? to także nie jest jasne) działania wojenne przeciwko Ukrainie, Trump potwierdził ex cathedra to, co sygnalizował już wcześniej: że USA wznowią dostawy uzbrojenia dla Ukrainy, i że będą to dostawy znaczące i ilościowo, i jakościowo.

Jakościowo w tym sensie, że już bez wcześniejszych ograniczeń. Wedle jednego z przecieków, sączących się obficie w tych dniach z instytucji w USA, podczas rozmowy z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim Trump miał zasugerować, że Ukraińcy mogliby zaatakować nawet Moskwę przy użyciu amerykańskich rakiet atacams. Wcześniej administracja Bidena rygorystycznie ograniczała Ukraińcom możliwości wykorzystania zachodniego uzbrojenia.

Jest tu jednak jedno „ale”, dość zasadnicze, bo natury finansowej: Trump nie byłby pewnie sobą, gdyby nie podkreślił – „sprzedając” to swoim wyznawcom jako swój wielki sukces – że cała ta broń made in USA trafiająca odtąd na Ukrainę nie będzie darowizną, lecz biznesem. Zapłacą za nią – i to „w stu procentach”, jak podkreślił prezydent-handlowiec – inne kraje, konkretnie: kraje Europy (oraz zapewne Kanada). Logistycznie ma to wyglądać tak, że Stany będą przekazywać swoją broń na ręce NATO, a Sojusz będzie odpowiadać za jej dostarczenie Ukrainie. 

Kolejne kraje Europy deklarują, że będą płacić za broń dla Ukrainy

Jeśli ktoś chciałby się w tym miejscu oburzyć, powiedzmy tyle: po pierwsze i przede wszystkim, liczy się efekt finalny – czyli amerykańska broń, która trafi w końcu na Ukrainę.

Po drugie, dobrze jest wiedzieć, na czym się stoi. W ten sposób Trump – i ludzie z jego otoczenia, którzy podchwycili przekaz o świetnym biznesie, jaki zrobią Stany; to pewnie także rodzaj wytłumaczenia np. dla ruchu MAGA – potwierdził już otwarcie to, co od pół roku coraz mocniej wybrzmiewało z tabelek excela, ale nie było dotąd powiedziane tak wprost: że od stycznia USA nie finansują już nowej pomocy wojskowej dla Kijowa (pomoc, która szła, w tym ta wstrzymana na początku lipca, to były jeszcze donacje Bidena) i nie będą tego robić w przyszłości.

Reagując na ten powyższy warunek Trumpa – broń z USA dla Ukrainy tak, ale nic za darmo – w ciągu kilkudziesięciu kolejnych godzin kolejne kraje Europy zadeklarowały już bądź zasygnalizowały, że są gotowe płacić Ameryce, tj. refinansować koszty sprzętu wojskowego, który za pośrednictwem NATO miałby być wysyłany Ukrainie. Uczyniły to Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Finlandia, Holandia itd. Polski w tym gronie nie ma – do wtorkowego popołudnia 15 lipca żaden polski polityk nie złożył tu deklaracji (tak lub nie).

Co dalej – co zrobi Rosja?

Zarówno ultimatum Trumpa, jak też nowe dostawy uzbrojenia – to jednak kwestia przyszłości (choć gdy idzie o uzbrojenie, dostawy mogą ruszyć szybko, o ile np. kraje Europy zdecydują się przekazać broń produkcji amerykańskiej z magazynów swoich armii, w oczekiwaniu następnie na ich uzupełnienie; mowa jest bowiem i o takiej opcji). Czego natomiast można się spodziewać po Rosji – w ciągu tych najbliższych siedmiu tygodni, do 2 września?

Mając na uwadze mentalność Putina, a także jego dotychczasowe decyzje i motywacje, prawdopodobne wydaje się, iż zechce on wykorzystać maksymalnie ten czas, aby eskalować – tak, aby stworzyć jak najwięcej faktów dokonanych. To znaczy: zająć jak najwięcej terenu na froncie, zniszczyć jak najwięcej celów na ukraińskim zapleczu, a także pokazać – i Ukraińcom, i światu – że Rosja, jego Rosja, nie zwykła przejmować się jakimiś groźbami, taki czy innym ultimatum.

Pięćdziesiąt dni wojny to kolejne tysiące ofiar

Możliwe więc, że w najbliższych dniach i tygodniach rosyjski nacisk na froncie wzrośnie (o ile są rezerwy, jakie można jeszcze rzucić), że na ukraińskie miasta wciąż będzie lecieć noc w noc po kilkaset dronów, a może nawet tysiąc (byłaby to kolejna psychologiczna bariera).

Możliwe też, że rosyjski dyktator sięgnie po bardziej radykalne narzędzia, by doprowadzić do przełomu na tym czy innym odcinku frontu – i użyje np. punktowo broni chemicznej. Eskalacja poprzedzająca (możliwą) deeskalację – to model postępowania z sowieckich jeszcze podręczników sztuki wojny (i dyplomacji).

Tak czy inaczej, można by więc zadać pytanie (choć już tylko retoryczne), czy prezydent USA musiał dawać Putinowi tych 50 dni. Czy nie mogło to być 30 dni. Albo jeszcze mniej. Bo tych 50 dni, to kolejnych kilkadziesiąt tysięcy zabitych i rannych Ukraińców na froncie, kolejne ofiary cywilne w bombardowanych miastach. Tutaj czas naprawdę mierzy się krzyżami.  

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Czas mierzy się krzyżami