Polityka, technika, strategia: czego uczy nas wojna w Ukrainie?

Na co Europa powinna zwracać uwagę, jeśli chce uzyskać militarną samodzielność? Jakie wnioski można wyciągnąć z trzech lat wojny Rosji przeciw Ukrainie? Jak zmieniły się strategie i technologie? O tym mówi w rozmowie z „Tygodnikiem” Peter Caddick-Adams, były oficer i weteran brytyjskiej armii, historyk i analityk.
Czyta się kilka minut
Każdego dnia obie walczące strony używają tysiące dronów różnych typów. Na zdjęciu: żołnierze ukraińskiej 12. Brygady Gwardii Narodowej z wyprodukowanymi na Ukrainie dronami, wzorowanymi na irańskich dronach typu „szahed”. Okolice Torećka, 11 marca 2025 r. // Fot. 12th Brigade/Cover Images/East News
Każdego dnia obie walczące strony używają tysiące dronów różnych typów. Na zdjęciu: żołnierze ukraińskiej 12. Brygady Gwardii Narodowej z wyprodukowanymi na Ukrainie dronami, wzorowanymi na irańskich dronach typu „szahed”. Okolice Torećka, 11 marca 2025 r. // Fot. 12th Brigade/Cover Images/East News

PATRYCJA BUKALSKA: Ostatnie tygodnie, od objęcia na nowo urzędu przez Donalda Trumpa, mijają pod znakiem gwałtownych i często zupełnie niespodziewanych zmian. Wydaje się, że w tym chaosie Europa przebudziła się i postanowiła w końcu działać, zwiększyć wydatki na obronności i się dozbroić. Wielka Brytania przewodzi tym wysiłkom. Czy nie jest jednak za późno?

PETER CADDICK-ADAMS: Nie, myślę, że to wszystko nadal jest możliwe. Choć akurat uważam, że prawdziwym przywódcą Europy jest obecnie Polska. Wasze wydatki na obronność pokazują, jak trzeba to robić. Premier Donald Tusk mówi o potrzebie własnego arsenału odstraszania nuklearnego. To byłoby bardzo efektywne odstraszanie. Gdyby Ukraina zatrzymała swój arsenał nuklearny w 1994 r., nie bylibyśmy w takiej sytuacji jak teraz – Ukraina nie zostałaby zaatakowana przez Rosję, nie potrzebowałaby amerykańskich i brytyjskich gwarancji.

Powodem obecnej sytuacji jest fakt, że przed laty, po rozpadzie Związku Sowieckiego, Zachód postanowił się wtrącić, obawiając się, że w związku z korupcją w Ukrainie broń jądrowa mogłaby wpaść w niepowołane ręce. Nie ustanowił jednak znaczących gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy.

Co więcej, gdy później podczas różnych wystąpień, w tym na konferencji o bezpieczeństwie w Monachium w 2007 r., Putin otwarcie ostrzegał Zachód, co zamierza zrobić, zachodni politycy to zignorowali. Za to przyjmowali u siebie rosyjski kapitał i gangsterów, którzy zadomowili się w europejskich miastach. To nasza wina.

Co teraz możemy zrobić?

Wielka Brytania zapowiada zwiększenie wydatków na obronność do 2,5 proc. PKB. Jednak to za mało, a i o tym zdecydowano z wielkim ociąganiem...

Zwłaszcza że taki poziom rząd w Londynie zamierza osiągnąć dopiero w 2027 r. To za dwa lata!

Dokładnie. Sensem zwiększonych wydatków – czego nie rozumieją kraje takie jak Belgia, Hiszpania czy Portugalia – jest także wysłanie pewnej wiadomości, skierowanej właśnie do Rosji. Wiadomości mówiącej o naszej sile woli. O tym, że inwestujemy w obronę i będziemy się bronić. Polska wydaje ponad 4 proc. PKB, prawda? Od dawna powtarzam, że taki powinien być też cel Wielkiej Brytanii. Tyle wydawała zresztą kilkadziesiąt lat temu, podczas zimnej wojny. To taki powrót do przeszłości – i do stosownej sumy wydatków.

Na co powinniśmy wydawać te pieniądze?

Jest kilka obszarów, które trzeba wziąć pod uwagę: ląd i morze, przestrzeń kosmiczna, w której poruszają się satelity, przestrzeń cyfrowa, w której toczy się walka z cyberatakami na naszą infrastrukturę oraz z dezinformacją. Wszystkie te obszary wymagają inwestycji. Tu nie chodzi tylko o liczbę żołnierzy w mundurach, których można wysłać na front. Ale też nie o jakiś wielki komputerowy system. Te wydatki trzeba rozsądnie podzielić. Przy czym po tym, jak Ameryka wycofała – chwilowo, ale pokazując jednak, że jest gotowa to zrobić – swoje wsparcie wywiadowcze dla Ukrainy, Europa musi zbudować swój własny system. Coś, co nie będzie Starlinkiem, coś, co dostarczy tak samo dobrych danych, jak robią to Amerykanie.

Tu ciekawym przypadkiem są Francuzi, którzy zawsze chcieli iść swoją drogą: nie chcieli kupować amerykańskiego sprzętu, tylko własny, z własnych fabryk. Zachowali swój przemysł zbrojeniowy jako integralną część swojego systemu obrony. Jeśli Ameryka wyłączy swoje wsparcie, to Francuzi będą na to odporni. Podczas gdy nasze samoloty wielozadaniowe F-35 codziennie wymagają najnowszych komputerowych aktualizacji z USA.

Czy zatem Brytyjczycy powinni wzmocnić swój własny przemysł zbrojeniowy?

Absolutnie tak. Jeden z brytyjskich posłów, Nick Timothy z Partii Konserwatywnej, napisał ostatnio, że nie ma sensu samo zwiększanie wydatków na obronność, jeśli nie będzie to iść w parze z ponownym ożywieniem brytyjskiej zbrojeniówki, do której kierowane będą te pieniądze. Być może też np. stocznie i huty powinny ponownie znaleźć się we własności publicznej, tak abyśmy nie musieli kupować statków z Korei i stali z Indii. Państwo musi mieć nad tym kontrolę. Trzeba inwestować w państwowe zakłady zbrojeniowe.

Jest też jeszcze inna kwestia: jeśli kupujemy uzbrojenie od producenta zewnętrznego, a chcielibyśmy wysłać je Ukrainie, to może zdarzyć się tak, że producent zechce to zablokować – zasłaniając się czy to swoją neutralnością, czy to niedopuszczeniem do transferu technologii, nawet gdyby chodziło tylko o jedną niewielką część. Tak było po 2022 r. z uzbrojeniem kupowanym od neutralnej Szwajcarii, a w pewnej chwili także od Niemiec.

Zmiana obecnej sytuacji nie jest prosta, ale jest w tym także szansa na rozwój naszego przemysłu, naszych technologii. Pytanie, czy Europa jest w tym wystarczająco spójna…

No właśnie, czy Europa może uzyskać militarną autonomię?

Im jakiś kraj jest bliżej Rosji, tym większa jest w nim świadomość zagrożenia i świadomość potrzeby zwiększenia wydatków na obronę. Im dalej, tym mniej pilne się to może wydawać – popatrzmy na Grecję czy Portugalię. To musi być owa „koalicja chętnych”, o której mówił nasz premier Keir Starmer. Nie może to być po prostu Unia Europejska jako instytucja, bo przecież do Unii należą także Słowacja i Węgry, które mogą blokować pewne działania.

Z pewnością Europa musi się nauczyć mówić wspólnym głosem, a to może być problemem, więc musimy znaleźć nowy model. Nie będzie to raczej Unia Europejska, bo nie ma przecież unijnego ministra spraw zagranicznych czy ministra obrony. Potrzebny będzie jakiś inny model nowego sojuszu obronnego, europejskiej organizacji obronnej. Przy czym mogłaby ona obejmować także Australię, Japonię i Kanadę.

Co dalej z NATO?

NATO oczywiście jest naturalnym kandydatem na lidera, a Stany Zjednoczone nie mogą tak po prostu opuścić Sojuszu. Podczas prezydentury Joego Bidena ówczesny senator Marco Rubio – obecnie sekretarz stanu – złożył ponadpartyjny projekt ustawy, zgodnie z którym prezydent USA nie może autoryzować wyjścia Stanów z NATO, lecz potrzebuje do tego uchwały Kongresu lub głosów dwóch trzecich Senatu. Taka większość jest poza zasięgiem Republikanów, gdyby chcieli coś takiego przeprowadzić.

Jednak kwestie formalne obecności w Sojuszu to jedno, a praktyka to drugie. Stany mogą przecież pozostać formalnie w NATO, a równocześnie mogą odmówić wysłania swoich żołnierzy lub udzielenia wsparcia finansowego czy jakiegokolwiek innego. Właśnie dlatego Europa musi znaleźć jakąś alternatywę.

Dla Wielkiej Brytanii to dodatkowo trudna sytuacja, bo wszystko to dzieje się teraz po bardzo toksycznym brexicie. Żeby wrócić do Europy, Londyn musi wziąć odpowiedzialność za działania Europy. Wspólnie z Francuzami, a być może także z Niemcami.

Wracając na brytyjskie podwórko – jakie tutaj są wyzwania?

Lada dzień ma zostać opublikowany raport w sprawie strategicznego przeglądu obronnego Wielkiej Brytanii. Spodziewam się, że będzie bardzo krytyczny wobec wszystkich rządów, w tym obecnego, i że znajdzie się w nim rekomendacja, aby poziom wydatków na obronność był wyższy niż 2,5 procent.

Przejdźmy na ukraińskie pole walki. Służył Pan wiele lat w brytyjskiej armii jako zawodowy oficer. Jakie wnioski możemy wyciągnąć z trzech lat wojny w Ukrainie? Jak zmieniły się strategie i technologie?

Najważniejszym elementem są obecnie drony. Po trzech latach walk w Ukrainie działania wojenne z wykorzystaniem dronów osiągnęły taki poziom zaawansowania, jaki spodziewaliśmy się osiągnąć dopiero za jakieś 15 lat. Postęp technologiczny jest tutaj niezwykle szybki. Dochodzi teraz nawet do walk dronów pomiędzy sobą.

Ponadto 7 grudnia 2024 r. Ukraińcy przypuścili całkowicie zautomatyzowany lądowy atak robotów na małą rosyjską pozycję – naziemne drony uzbrojone były w karabiny maszynowe, wykorzystano też drony powietrzne. Rosjanie próbowali zablokować ukraiński atak, wysłali własne drony, ale na koniec się wycofali i Ukraińcy zajęli tę pozycję.

Dlaczego to takie istotne wydarzenie?

To pierwszy przypadek ataku przeprowadzonego i na ziemi, i z powietrza z udziałem ludzi jedynie w roli operatorów. Olbrzymi sukces technologiczny, choć na małą skalę. Operatorzy dronów byli daleko, obserwując pole walki na ekranach swoich laptopów i tabletów, i koordynując działanie dronów. Co zresztą jest bardzo trudne, bo trzeba także uważać, aby nie zestrzelić własnych dronów albo nie unieszkodliwić ich swoimi zagłuszarkami.

Przy czym mówimy tutaj o sytuacji na linii frontu, gdzie obie strony zużywają codziennie tysiące dronów kamikadze krótkiego zasięgu. Ponadto drony używane są też przez obie strony do ataków w głębi kraju. Ostatnio, po tym jak Rosja nasiliła ataki lotnicze, Ukraińcy zestrzeliwują co noc nawet po sto kilkadziesiąt takich dronów dalekiego zasięgu. Tak będą wyglądać działania w przyszłych wojnach?

Sądzę, że za jakieś 10 lat siły powietrzne każdego liczącego się państwa będą miały więcej bezzałogowych statków powietrznych niż tych obsługiwanych przez ludzi. Do tego dochodzą satelity, które dają bardzo dokładny obraz sytuacji. Politykom to się może podobać, bo nie będą ryzykować życiem swoich żołnierzy, posyłanych do ataku.

Rosjanie i tak chyba nie przejmują się stratami ludzkimi.

Tu ciekawym przypadkiem jest region Kurska. Ukraińcy weszli tam w sierpniu 2024 r., aby odciągnąć uwagę sił rosyjskich od Donbasu i by musiały one skoncentrować się na obronie swojego terytorium. To nie zadziałało, Rosjanie dalej parli do przodu w części centralnej frontu, wysłali za to na odcinek kurski żołnierzy z Korei Północnej, którzy ponieśli tam duże straty, ale niewiele zdziałali.

Dopiero teraz Rosjanie ogłaszają postęp w regionie Kurska. Jednak zapewne również za cenę olbrzymich strat ludzkich. Uważa się, że na każdego rannego lub zabitego Ukraińca przypada pięciu Rosjan.

Na korzyść Ukrainy działają też wielkie rosyjskie straty w sprzęcie, np. w czołgach. Ukraińcy przejmują te uszkodzone rosyjskie czołgi, naprawiają i wykorzystują. Do tego dochodzi produkcja dronów. No i oczywiście najbardziej doświadczonymi operatorami dronów są teraz Ukraińcy.

Jeśli Wielka Brytania i inne kraje europejskie będą chciały wydać na wojskowe drony trochę pieniędzy, to najlepiej, jeśli z tą sprawą zwrócą się do Ukrainy. Najlepszym sposobem na włączenie dronów we własne siły zbrojne, na zbudowanie ich doktryny i taktyki, jest skorzystanie z ukraińskich doświadczeń.

Dotychczas to ukraińscy żołnierze szkolili się na Zachodzie.

W Wielkiej Brytanii przeszkoliliśmy ich jak dotąd aż 50 tysięcy. Gdyby jednak zapytać brytyjskich instruktorów, jak to wygląda, to przyznaliby, że jest na odwrót: ci Ukraińcy, którzy doświadczyli walki, tłumaczą Brytyjczykom, jak ona naprawdę dziś wygląda. To istotne także w sferze taktyki, bo nasza taktyka dotyczyła w ostatnich czasach raczej walki ze słabszym przeciwnikiem, jak w Iraku czy Afganistanie, a nie z przeciwnikiem, który jest równie dobrze wyposażony i zmotywowany co my. Takie szkolenia działają więc w dwie strony.

Myślę, że gdybyśmy od początku, już trzy lata temu, dawali Ukrainie wszystko to, czego potrzebowała, ta wojna już by się skończyła. Tymczasem Zachód pod przywództwem Waszyngtonu, w tym też z udziałem Londynu, robił wszystko z opóźnieniem. Obawiano się, że przekazanie np. samolotów czy pocisków manewrujących będzie uznane przez Rosję za eskalację. W końcu i tak je dostarczono, ale bardzo późno. Takie wyhamowanie pomocy zaszkodziło Ukrainie i pomogło Rosji.

Jaki scenariusz Pan teraz przewiduje?

Ta wojna nie zakończy się nagle tylko dlatego, że prezydent Donald Trump tego chce. Nawet jeśli zaczynają się teraz negocjacje i nawet jeśli już sam ten fakt może budzić jakiś optymizm, to trwałego pokoju nie da się wynegocjować szybko.

Trump mówi o kończeniu wojen tak, jakby kończył wycieczkę do lasu. On nigdy nie był w strefie wojny, nie rozumie żołnierzy. Jako młody człowiek unikał powołania do wojska. Chodzi mu o okazje biznesowe, a także o Pokojową Nagrodę Nobla – bo tej nie kupi za pieniądze. Zależy mu też na czasie, bo jego prawdziwe wyzwanie jest na Pacyfiku, musi zadecydować, co dalej z Chinami, jaką przyjąć tu politykę. Spieszy się, chce wykazać się postępem w realizacji swoich wyborczych obietnic.

Tymczasem pokój będzie możliwy tylko wtedy, gdy będzie ku temu wola po obu stronach. Dlatego obawiam się, że wojna jeszcze potrwa.

Rozmawiała Patrycja Bukalska

Wywiad przeprowadzono 11 marca

Peter Caddick-Adams // Fot. Jeremy Miles / materiały prasowe

Dr PETER CADDICK-ADAMS (ur. 1960) jest analitykiem i historykiem wojskowości. W 1979 r. wstąpił do armii brytyjskiej, w której dosłużył się stopnia majora. Uczestnik licznych kampanii i misji pokojowych. Wykładał w brytyjskiej Akademii Obrony Narodowej (UK Defence Academy). Był oficjalnym historykiem NATO w Bośni oraz historykiem Wielkiej Brytanii podczas wojny w Iraku. Autor wielu książek, z których po polsku ukazała się „Monte Cassino. Piekło dziesięciu armii”. Jego najnowsza książka „Winston Churchill” ukazała się w 2024 r.

PATRYCJA BUKALSKA jest redaktorką działów Świat i Historia, w „Tygodniku” debiutowała w 2001 r.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Lekcje z wojny