Minus siedem. Taką temperaturę odnotował rano w sali operacyjnej. Świtało. Ludwika, 49-letniego anestezjologa ze stabpunktu – punktu stabilizacyjnego na odcinku pokrowskim, 16 km od linii frontu – zbudził alert. Ewak, zespół ewakuacyjny, dawał znać, że wiozą rannego w hipotermii i będą za pół godziny. Moment, gdy noc przechodzi w dzień (i odwrotnie), to czas ewaków: jest szansa, że w szarówce drony będą na pół ślepe. Zwłaszcza, gdy zalega mgła.
Pół godziny. Ludwik miał czas, by włączyć lampy-promienniki i ogrzać salkę, w której za chwilę mieli oceniać stan rannego, by potem owinąć go w „kołderkę”, koc elektryczny podłączony do urządzenia ogrzewającego IOB. Ściślej: garaż we wsi na pograniczu obwodu dnipropietrowskiego i donieckiego. Na salę operacyjną zamienili go, wykładając ściany folią aluminiową, by choć przytrzymały ciepło.
Dwa aparaty IOB, zapas „kołderek”, dwie lampy-promienniki, źródło prądu dla nich (agregat i stacja zasilania), ratunkowe koce samonagrzewające się (używa takich GOPR), a także starlink do zapewniania łączności z ewakami: wszystko to trafiło w styczniu do stabpunktu Ludwika. Z Polski, sfinansowane przez czytelników „Tygodnika” i zaprzyjaźnioną instytucję z Niemiec (chce być anonimowa).
Pomoc z Polski na froncie i zapleczu wojny. Agregaty, sprzęt medyczny i wsparcie dla Ukrainy
Już wcześniej, w grudniu, do stabpunktu Ludwika trafił koagulator – elektrochirurgiczny aparat do zamykania ran prądem, podarowany przez czytelnika, producenta tego sprzętu. Za chwilę był w użyciu: ranny stracił przedramię, a Ludwik tamował krwawienie, by potem, po ustabilizowaniu rannego, odesłać go do szpitala w Dnieprze.
Tymczasem dalej na północ, w rejonie Kupiańska, Oleg odbierał z wysuniętej placówki Nowej Poczty przesyłkę: transport tzw. grzejek, chemicznych ogrzewaczy do stóp, rąk i ciała. Łącznie kilkaset kilo, z Polski. Rozdzielone możliwie sprawiedliwie, w kolejnych dniach miały zapewnić trochę ciepła ludziom rzuconym w warunki ekstremalne.
Od tego „trochę” mogło zależeć, czy zachowają palce. Zwłaszcza u stóp. Oleg powie, że bywa, że dwóch ludzi dzieli jedną grzejkę – ponieważ trzyma ciepło 6-8 godzin, mogą się nią wymieniać.
Kilkaset kilometrów na zachód, w Buczy pod Kijowem, 34-letnia Marta i jej 13-letni syn Denis marzli w wieżowcu. I tak mogli mówić o szczęściu: ich mieszkanie jest w środku bloku, nie wyziębia się tak szybko jak narożne. Szczęście to jednak relatywne, bo ostatnio prąd bywał dwie godziny na dobę.
Brak prądu to także brak ogrzewania, ryzyko rozsadzenia kaloryferów, brak bieżącej wody. Do tego można jednak przywyknąć. Ważne, że wraca stacjonarna szkoła. No i będzie prąd – z agregatu, który ma dostać ich blok, z Polski.
Czwarta zima wojny w Ukrainie. Brak prądu, mrok i walka o przetrwanie
Odcinana przez agresora od prądu i ciepła przez czwartą już wojenną zimę, tym razem skutecznie – Ukraina znów doświadcza mrocznej godziny. Będąc tam, można odnieść wrażenie déjà vu: przypomina się koniec lutego i początek marca 2022 r.: niepewność, mrok właśnie. Ale też determinacja. Choćby i taka, której nieobcy jest fatalizm.
Podobna do tamtej chwili sprzed czterech lat – ona przesądziła, że kraj się obronił – jest też mobilizacja poza Ukrainą. Dziś już nie tylko w Polsce i krajach bałtyckich, także w Niemczech, w Unii. Systemowa, a po części – jak wtedy – znów oddolna. Ktoś nazwał ją wtedy „burzą kropel w oceanie”: krople, skumulowane, mogą zmienić bieg wydarzeń.
Oczywiście, inny jest klimat. Wtedy, gdy polski rząd i miliony Polaków rzuciły się pomagać, było to oczywiste. Dziś pewien poseł pod nazwiskiem powiela kłamstwa (rodzime, suflowane?), że Ukraińcy sprzedają agregaty, które dopiero co otrzymali.
Inni są „zmęczeni wojną” (zmęczeni współczuciem?). Jeszcze inni nie chcą przyjąć, że jest różnica między chwilą obecną, gdy rosyjski potencjał jest ścierany nadal pod Pokrowskiem (za cenę krwi), a sytuacją hipotetyczną, gdyby – po upadku Ukrainy – armia Putina, zaprawiona w mordowaniu i głodna łupów, koncentrowała się naprzeciw Zamościa.
Pomoc dla Ukrainy to również nadzieja, solidarność i braterstwo
Całego świata nie zmienimy, ale możemy zmienić cały świat niektórym. Ludwikowi. Marcie i Denisowi. Olegowi i jego kolegom.
Apele biskupów z Krakowa, potem Łodzi i Gniezna (jeśli w międzyczasie dołączyli inni, niech wybaczą). Zbiórki na tacę w ich diecezjach. Zbiórki „Ciepła dla Kijowa”, Caritasu, Czerwonego Krzyża, PCPM, PMM, PAH-u. Wiele, znów bardzo wiele inicjatyw oddolnych i zdecentralizowanych.
W tym nieustająca ofiarność czytelników „Tygodnika” – dzięki niej kolejny nasz transport, organizowany we współpracy z Inicjatywą Sąsiedzką, pojedzie na Ukrainę już za kilka dni – ze sprzętem dla służb medycznych w strefie frontowej. Wszystko to ma wymiar nie tylko materialny.
Ktoś mi powiedział – było to zimą 2022/23 r., gdy jechaliśmy do marznącego już wtedy Chersonia – że wraz z agregatami i grzejkami zawozimy tam również coś niematerialnego: nadzieję, przyjaźń, więzi. Braterstwo.
Polska flaga jako symbol wsparcia na linii frontu
Lekarzem frontowym Ludwik jest od 2017 r. Mówi, że gdy akurat nie ma zajęcia, lubi uciec w inny świat – i czytać, najchętniej fantastykę.
Gdy żegnaliśmy się, podczas rozmowy przez komunikator, chciałem powiedzieć mu coś, co by nie zabrzmiało banalnie. Życzyłem mu, aby w stabpunkcie miał jak najmniej pracy. Zafrasował się. Wyjaśnił, że gdy nie mają rannych, to nie znaczy, że ich nie ma. To znaczy, że ewaki nie mogą ich wywieźć. Czasem wiele godzin. Po takim czasie nawet lekko ranny trafia do nich w stanie ciężkiego wychłodzenia.
Poprosił, abyśmy przysłali mu polską flagę. Chce, powiedział, zawiesić ją w sali operacyjnej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















