Łączymy się w czwartek 30 stycznia po południu, na ekranie widzę szeroko uśmiechniętą twarz młodej kobiety. Jak bardzo to myląca mina, zrozumiem w połowie rozmowy, po pytaniu o pracę. – Właśnie się dowiedziałam, że jestem tu do końca miesiąca. Czyli do jutra – mówi mi Zoryana, architektka ze Lwowa, od trzech lat mieszkająca w Krakowie lub okolicach, a pracująca do końca stycznia dla niewielkiej polskiej firmy. Na umowę zlecenie, czyli bez okresu wypowiedzenia.
W tle słychać dzieci Zoryany, a nasza rozmowa – choć miała dotyczyć głównie nastrojów polsko-ukraińskich nad Wisłą – zejdzie szybko na niedawną propozycję Rafała Trzaskowskiego, by 800 plus dostawali tylko pracujący w Polsce Ukraińcy. – Tak, od poniedziałku będę teoretycznie jedną z osób, której taki nowy przepis by dotyczył – mówi Zoryana. – I gdyby taka sytuacja, to znaczy brak pracy i brak 800 plus, miała potrwać więcej niż miesiąc, to sobie nie poradzimy. Będziemy musieli pomyśleć o innym kraju pobytu. A co do samej propozycji, uważam ją za przerażającą. I nie chodzi tylko o to, że przez lata płaciłam w Polsce podatki. Raczej o to, że tak jak polscy politycy dzielą nieustannie Polaków, teraz postanowili podzielić też Ukraińców. Na lepszych i gorszych.
O inną niż Zoryany opinię wśród mieszkających u nas Ukraińców trudno. Podobną usłyszę od Margarity, studentki medycyny z Kielc, Leny, działaczki organizacji na rzecz Ukraińców, a także od Kseni i Andżeliki, dwóch młodych matek. Wszystkie podkreślają, że większość Ukrainek jest w Polsce aktywna zawodowo, a spora część niepracujących pozostaje w domu z konieczności, nie z wyrachowania. Potwierdzają to badania: z ogółu przebywających u nas 1,5 mln Ukraińców (980 tys. z nich korzysta z tzw. ochrony czasowej polskiego państwa) ok. 80 proc. dorosłych pracuje.
– Wstyd mi za tych pojedynczych rodaków, którzy oszukiwali system, ale z tego, co wiem, furtka, dzięki której można było pobierać to świadczenie, przebywając za granicą, została już zamknięta – mówi Margarita. – Politycy, którzy wysyłają nas do domu albo sugerują nieuczciwość, świadomie podsycają niechęć do nas. Jeśli będą nadal tak robić, wkrótce nie będziemy się czuć w waszym kraju bezpiecznie.
„Świadczenia, które otrzymują obywatele Ukrainy, wcale nie są wypracowywane przez Polaków, którzy chcieliby wspierać tylko członków polskiej wspólnoty narodowej, lecz przez obywateli Ukrainy, którzy współfinansują system solidarnościowy w naszym kraju. Wpłacają oni do budżetu państwa w formie podatków i składek na NFZ i ZUS 15 mld zł [chodzi o wpływy roczne – red.], podczas gdy 800+ dla ukraińskich dzieci kosztuje budżet 2,8 mld zł” – napisał w „Rzeczpospolitej” były szef MSZ w rządzie Zjednoczonej Prawicy Jacek Czaputowicz.
Ale to nie tego rodzaju opinie wyznaczają polityczny kurs i społeczne nastroje. Zdecydowana większość Polaków – wedle sondażu IBRIS dla „Rzeczpospolitej” aż 88 proc. – skłonna jest poprzeć propozycję kandydata na prezydenta KO. I zapewne także inne, utrzymane w jeszcze bardziej konfrontacyjnej tonacji komunikaty – na czele z wypowiedzią Karola Nawrockiego, który zakwestionował ukraińskie aspiracje do UE oraz NATO.
Powód jest prosty: o pogarszających się nastrojach względem Ukrainy, Ukraińców i ich pobytu nad Wisłą wiadomo od dawna.
Coraz więcej Polaków jest przeciwnych obecności Ukraińców
O tej ewolucji plastycznie opowie mi Maria Buchanowska, prezeska krakowskiego Stowarzyszenia „Patchwork” wspierającego imigrantki (nie tylko ukraińskie), które mają dzieci z niepełnosprawnościami. Z urodzenia Rosjanka, z męża, dzieci i przywiązania Ukrainka, z miejsca zamieszkania krakowianka.
– Barometrem nastrojów jest taksówka, bo dzięki rozmownym zazwyczaj kierowcom można wychwycić zmiany – tłumaczy mi Maria, która w Polsce mieszka od 2019 roku. – I tak etap pierwszy to lata 2019-2022: w tym okresie mój mąż, Ukrainiec, nie był darzony specjalnym szacunkiem, za to ja budziłam ciekawość. „Zawsze chciałem pojechać i zobaczyć Rosję!”, mówili taksówkarze i nie tylko oni. Od lutego 2022 r. mąż był niemal noszony na rękach, a ja stałam się z dnia na dzień przeklęta. Do tego stopnia, że przestałam się do pochodzenia przyznawać. I wreszcie etap trzeci, który zaczął się już jakiś czas temu: mąż znowu budzi rosnącą niechęć. Gdy niedawno u lekarza odpowiedziałam przecząco na pytanie, czy jestem z Ukrainy, pan doktor zareagował czymś na kształt ulgi, co miało chyba oznaczać, że Ukraińców jest już według niego za dużo.
Spadki sympatii do Ukrainy i Ukraińców widać we wszystkich sondażach. „Czy gdyby osoby z Ukrainy, które obecnie przebywają w Polsce, miały zostać na wiele lat, byłoby to dla Polski dobre czy złe?” – takie pytanie zadawał regularnie Polakom Ipsos na zlecenie OKO.press i Tok FM. W maju 2022 r. suma odpowiedzi pozytywnych („raczej dobre” i „zdecydowanie dobre”) wyniosła 67 proc., tych negatywnych – ledwie 24 proc. Podobne wskaźniki utrzymywały się w dwóch kolejnych pomiarach w 2022 r., by spaść w kolejnym: w marcu 2023 r. zwolenników dłuższego pobytu ukraińskich uchodźców było 57 proc., przeciwników zaś 40 proc. Podobną, choć nie tak wyraźną tendencję pokazał sondaż United Surveys dla Wirtualnej Polski. O ile w 2023 r. 64,4 proc. Polaków oceniało obecność Ukraińców w Polsce pozytywnie, a 29,5 negatywnie, w styczniu 2025 r. proporcja ta zmieniła się na 55,3 proc. do 33 proc.
– Przeszliśmy długą drogę od entuzjastycznej ukrainofilii do wyrażanej tu i ówdzie niechęci – komentuje dr Łukasz Adamski, ekspert ds. Europy Wschodniej, wicedyrektor Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego, które po lutym 2022 r. badało postawy Polaków wobec Ukraińców i pozostających w swoim kraju Ukraińców wobec Polaków. – Zaczęło się nie tylko od humanitarnego powstania, ale też od inicjatyw takich jak rekomendacja przez Radę Języka Polskiego formy „w Ukrainie” zamiast „na Ukrainie” pod wpływem egzaltowanego listu jednej ukraińskiej deputowanej, argumentującej, że „na Ukrainie” to rzekomo wyraz kolonializmu. Pewne zmiany, od polonofilii do sceptycyzmu, widać też wśród Ukraińców, z dwiema ciekawymi różnicami. Nasi sąsiedzi widzą nas jednak wciąż znacznie lepiej niż my ich, ponadto o ile w Polsce lepiej nastawione do Ukraińców są elity niż klasa ludowa, na Ukrainie jest odwrotnie. Gdyby nasze relacje przyrównać do związku uczuciowego, przeszliśmy od zakochania do fazy, w której obie strony widzą wyraźnie także swoje wzajemne wady.
Polacy negatywnie nastawieni do wsparcia wojskowego dla Ukrainy
Centrum Mieroszewskiego przebadało ostatni rok trwania tego związku – zmiany nastrojów między lutym a grudniem 2024 r. O ile na początku ub. roku suma dobrych i bardzo dobrych skojarzeń wyniosła 25 proc., a tych negatywnych 27 proc., w rok 2025 wchodziliśmy z bilansem 23 do 30 proc. Przychylniej na Ukraińców patrzą mężczyźni w stosunku do kobiet, a także Polacy lepiej wykształceni i głosujący na partie inne niż prawicowe. Co ciekawe jednak, żadne z ugrupowań nie może pochwalić się dziś elektoratem zdecydowanie proukraińskim: o ile ujemne saldo nastrojów widnieje tylko przy PiS-ie i Konfederacji, np. wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej mniej niż co trzeci (32 proc.) wyraża głos pozytywny, a 22 proc. negatywny.
Co ważne, spadki dotyczą nie tylko obecności Ukraińców w Polsce, ale też nastawienia do udzielania pomocy sąsiadowi. Np. kontynuowanie wsparcia wojskowego Polski dla Ukrainy popiera już mniej niż połowa Polaków (49 proc.), w stosunku do 54 proc. w lutym ub. roku. Spada też poparcie dla obecności sąsiada w Unii i NATO. To pierwsze warunkowo lub bezwarunkowo pochwala dziś 42 proc. z nas (spadek o pięć punktów procentowych), a to drugie 59 proc. (spadek o trzy punkty).
– Ten akurat trend uważam za niebezpieczny, gdyż może on potencjalnie zmienić kurs polskiej polityki zagranicznej – komentuje dr Adamski. – Tymczasem nasza pomoc wojskowa, finansowa, a także poparcie dla akcesji Ukrainy do NATO to są sprawy z punktu widzenia interesów Polski fundamentalne. Polacy, jak widać, rozumieją to coraz słabiej, oddziałując niestety w ten sposób na zachowania polityków.
800 plus to często być albo nie być
Siedzimy na kanapach otoczeni książkami: bajkami, reportażami, powieściami. Po jednej stronie pomieszczenia na regałach widać okładki z napisami ukraińskimi, po drugiej – z polskimi i angielskimi. Nad głowami Kseni i Andżeliki, młodych ukraińskich matek, z którymi spotykam się w bibliotece krakowskiej organizacji „Kocham Dębniki”, wzrok przykuwa ścienne malowidło. Na ciemnoniebieskim tle ściany powstały białe, rozłożyste skrzydła („skrzydła wsparcia” – dowiem się od dziewczyn), w które autorzy wkomponowali – napisane też po ukraińsku, polsku i angielsku – słowa. Jest tu „beztroska”, „przyjaźń”, „jedność”, „gościnność”, „szacunek”. Choć historii związanych z tymi słowami Ksenia, Andżelika, ale też inne moje rozmówczynie mogą opowiedzieć bez liku, na Dębnikach usłyszę też inne opowieści. O tym, że pomiędzy te podnoszące na duchu hasła wkradają się – choć nikt ich oczywiście tu nie dopisuje – zupełnie inne wyrazy.
Mogą to być np. słowa, które kilka dni wcześniej – w wizualnie podobnej rozsypance słownej – zobaczyłem w raporcie Centrum Mieroszewskiego. Pochodzą z badań fokusowych, czyli pogłębionych wywiadów z polskimi respondentami, i składają się na grafikę, na której największą czcionką zapisano te hasła, których respondenci używali najczęściej, proszeni m.in. o „spontaniczne skojarzenia z Ukraińcami”. Owszem, widać tu przymiotniki takie jak „uczciwi”, „gościnni” i „sympatyczni”, ale napisane malutką czcionką. Znacznie większe są wyrazy „niewdzięczni” i „cwaniactwo” – największy jest przymiotnik „roszczeniowi”.
– Niektórzy Polacy myślą, że mamy nadmiar pieniędzy, a środki z 800 plus wydajemy na rozrywki – słyszę od Kseni, która pracuje na część etatu w fundacji. – Tymczasem większości z nas jest ciężko, te pieniądze na dzieci to czasami być albo nie być. Ja z 800 plus opłacam przedszkole, pensja idzie na życie, które w Krakowie jest drogie.
– Pracowałam, tak jak Ksenia, w fundacji, ale później musiałam zrezygnować ze względu na dzieci – opowiada mi Andżelika, mama dwójki. – Były małe, nie sposób było zdążyć z pracy, by odebrać je z przedszkola. A my, samotne kobiety z Ukrainy, nie mamy do pomocy ani mężów, ani dziadków.
– Wydaje mi się, że niektórzy Polacy byli przyzwyczajeni do jednego „gatunku” imigrantów: tych ekonomicznych sprzed 2022 roku – dodaje Ksenia. – I zakodowali sobie, że to muszą być ludzie ubodzy, biorący każdy rodzaj pracy z wdzięcznością. Teraz to się zmieniło: ludzie, i to różni ludzie, z różnymi poglądami i dochodami, przyjechali, uciekając przed wojną. Nie wszyscy chcą iść na zmywak.
– Postawy, które ktoś może nazwać „roszczeniowymi”, oczywiście się zdarzają, jak w każdej społeczności. Tylko że niemal zawsze coś ważnego za nimi stoi – usłyszę z kolei od Olgi Piaseckiej-Nieć, prezeski „Kocham Dębniki”. – Jeśli kobiecie, która jest inżynierem, oferuje się w wieku 50 lat sprzątanie kibli, i ona robi to od trzech lat, żeby przeżyć, to ma prawo być zła na świat i na życie. Inny przykład: przyszła do nas Polka, która powiedziała, że znaleźli młodej Ukraince jedną pracę, drugą, trzecią, ale żadnej nie podjęła. Co się okazało? Gdy ostatni raz wyszła, jeszcze w Ukrainie, do pracy, na jej dom pod jej nieobecność spadła rakieta, zabijając dzieci.
Ukraińcy czują się opuszczeni i zagubieni
Pytam Ksenię, Andżelikę i inne Ukrainki, jak się dzisiaj czują w Polsce, i co pod tym względem się zmieniło. Od wszystkich usłyszę na początku tę samą opowieść – jakby zastrzeżenie do tego, co wyrzucą z siebie w drugiej kolejności. Że Polska dała im wsparcie, że spotkały niemal samych życzliwych ludzi. Że prawie niczego złego nie doświadczyły we własnym środowisku. – Drugi dom – mówią o siedzibie „Kocham Dębniki” Ksenia i Andżelika (pierwsza z nich oprowadzi mnie na koniec po fundacji, pokazując charytatywny sklepik z potrzebnymi rzeczami, malownicze podwórko na dziedzińcu kamienicy, pomieszczenia do odpoczynku i nauki).
– Pierwsze trzy pytania, które zdarza mi się słyszeć od obcych mi Polaków, to „czy lubisz Polskę”, „co myślisz o Wołyniu” i „co sądzisz o Banderze” – relacjonuje po chwili Ksenia. – To są pytania, które nakręcają politycy, a my dajemy się rozgrywać. Są też gorsze doświadczenia. Gdy jechałam raz tramwajem z moim dzieckiem, pijany facet zaczął krzyczeć, że tu jest Polska i tu nie mówimy po rosyjsku, mimo że mówiłam po ukraińsku, a właściwie słuchałam swojego dziecka. Na początku nikt nie stanął w mojej obronie. Dopiero gdy ten facet podszedł, wskazał na nas palcem i powiedział: „Twoje dziecko jest psem i ty jesteś psem”, a ja powiedziałam po polsku, że należy mi się szacunek, ludzie zaczęli reagować. Moje dziecko zapytało, „dlaczego ten wujek krzyczy”, ale nie wiedziałam, co odpowiedzieć. To jest jedno tak złe doświadczenie, czyli niewiele na trzy lata, jednak zostaje w głowie.
– Miałam podobną sytuację – dopowiada Andżelika. – Było ciepło, lato, poszłyśmy z dziećmi na spacer w większej grupie, dzieci nas wyprzedziły i usiadły na przystanku. Siedział tam facet, który jak usłyszał nasz język, zaczął spluwać i krzyczeć: „Wypierdalajcie!”. Takich sytuacji nie było na początku.
O podobnych doświadczeniach słyszę też od innych Ukrainek. – Wiele niefajnych rzeczy spotkało mnie w pracy, gdzie współpracowałam z dwojgiem młodych osób tuż po studiach – opowiada Zoryana, architektka ze Lwowa. – Cały czas poruszali tematy konfrontacyjne, tak jakby istniała tylko polityka, historia z Wołyniem na czele, i religia. Czułam się źle w tym miejscu, pod koniec miałam prawie ciągle słuchawki na uszach.
– Znajoma Polka zaczęła mi opowiadać, że zwolniła się z pracy, podając za argument fakt, że w firmie było za dużo Ukraińców – opowiada Maria Buchanowska, szefowa „Patchworku”. – Nawet nie przyszło jej do głowy, że jestem z ukraińskiej rodziny i takie zdania mogą mnie ranić. Ale więcej niechęci widzę w polityce niż w codziennym życiu.
„Nie mogę w to uwierzyć, ilu ich jest. To nie moja ulica, nie moje miasto i nie mój kraj” – usłyszała na ulicy Lena Mykhailova, na początku beneficjentka pomocy w Fundacji „Kocham Dębniki”, teraz zatrudniona przez organizację ambasadorka społeczności ukraińskiej. – Odpowiedź na pytanie, jak się teraz tu czujemy, nie jest za wesoła – mówi mi Lena. – Opuszczeni i zagubieni, tak bym najkrócej powiedziała. USA, decyzją Donalda Trumpa, zabrały nam środki na projekt pomocowy, a polscy politycy, ale też wielu zwykłych ludzi, zachowuje się tak, jakby się chcieli nas stąd pozbyć.

Bliskość, która leczy
Przyczyną może być lęk. Polacy, wynika z badań naukowców Instytutu Psychologii UJ, czują się zagrożeni napływem cudzoziemców. – Przy czym w przypadku uchodźców z Ukrainy chodzi o zagrożenie realistyczne, a nie symboliczne – tłumaczy mi dr hab. Małgorzata Kossowska, liderka Behaviour in Crisis Lab w Instytucie Psychologii UJ. – Oznacza to, że nie uważamy uchodźców z Ukrainy za zagrożenie dla naszych wartości, a więc porządku społecznego, stylu życia, obyczajów. Zagrożenie widzimy w związku z ich obecnością na rynku pracy, dostępem do usług i dóbr, takich jak oświata, ochrona zdrowia czy pomoc społeczna.
Psycholodzy UJ badali też m.in. nastawienie Polaków do pomagania. Poza tym, że gotowość do niesienia wsparcia spadała od marca 2022 r. (data pierwszego pomiaru), w badaniu widać ciekawe jej uwarunkowania. – Ludzie pomagają częściej, gdy sami czują się zagrożeni wojną, i gdy inni naokoło pomagają – mówi Małgorzata Kossowska.
Jest i trzeci czynnik: wspieramy Ukraińców tym częściej, im są bliżej nas i im lepiej ich znamy. Ten wniosek rymuje się z ustaleniami Centrum Mieroszewskiego: wskaźniki sympatii i poparcia dla Ukraińców idą w górę, gdy pytani są o nie mieszkańcy większych ośrodków – a to przecież w nich spotykamy Ukraińców realnych, a nie tych wyobrażonych.
– Wnioski są oczywiste – mówi Małgorzata Kossowska. – Pomóc mogą bliższe relacje, częstszy kontakt osobisty, a nie tylko ten zapośredniczony, np. internetowy, najbardziej wypełniony stereotypami i uprzedzeniami.
– Jeśli przez pierwsze dwa lata wojny dopuszczaliśmy naukę online w ukraińskich szkołach, nie dziwmy się, że powstały getta. A jeśli one powstają, nie dziwmy się lękom – mówi dr Łukasz Adamski. – By je uśmierzać, trzeba i w szkołach, i poza nimi dbać o to, żeby Ukraińcy się integrowali, czuli się dobrze wśród Polaków, a ograniczyli spędzanie czasu tylko we własnym gronie.
Wiedzą to liderki „Kocham Dębniki”, Lena Mykhailova i Olga Piasecka-Nieć. Przez trzy lata, jakie za chwilę upłyną od inwazji na Ukrainę, a co za tym idzie: od utworzenia Świetlicy Dębniki – przez mury fundacji przewinęły się tysiące Ukraińców i Polaków. „Osoby, których domy i bliskich zabrała wojna, codziennie doświadczają tu siły więzi, siostrzeństwa i tego, jak można docierać do swoich zasobów pomimo strat, pomimo tego, że czasem trudno zaczerpnąć powietrza z bólu” – piszą na stronie internetowej.
Olga: – Ta społeczność to nasza odpowiedź. Nie ma lepszej prewencji niechęci, wrogości, stereotypu niż prawdziwe spotkanie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















