Jechały dniami i nocami, bez ustanku, powodując gigantyczne korki na – będącej i tak w tym regionie komunikacyjnym wąskim gardłem – obwodnicy Lwowa. Kolumny tirów, ciężarówek i lawet pokrytych pokrowcami kryjącymi charakterystyczne kształty. Ich zawartości można się było tylko domyślać. Pchały się z zachodu na wschód długimi kolumnami, jakby w nerwowym pośpiechu.
Dla niektórych – tych, co byli dzisiaj tego świadkami i pamiętali sceny sprzed trzech lat – budzącymi nawet wrażenie jakiegoś déjà vu. Bo przypominającymi tamten jakże dramatyczny pośpiech z pierwszych dni i tygodni po 24 lutego 2022 r., gdy czas, w którym amerykańskie javeliny i polska amunicja dotrą na chwiejący się front, liczył się na godziny.
Zanim Trump objął urząd, Biden na pożegnanie zapełnił ukraińskie magazyny
Tak wyglądały ukraińskie drogi – te wiodące od polskiej granicy w głąb kraju – w ostatnich tygodniach roku 2024 i na początku roku 2025. Po tym, jak stało się jasne, kto wygrał wybory prezydenckie w USA. Tyle że tym razem miało chodzić o to, aby zdążyć przed poniedziałkiem 20 stycznia: aby przerzucić fizycznie z Polski na Ukrainę możliwie jak najwięcej materiałów wojennych z ostatnich amerykańskich „pakietów”, zanim Donald Trump powróci do Białego Domu.
Nie ma kogo poprosić o potwierdzenie, czy tak to się właśnie odbywało. A nawet gdyby było, zapewne nie dostalibyśmy (poniekąd słusznie) odpowiedzi na pytanie, czy i w jakim stopniu armia ukraińska zdołała zapełnić na zapas swoje magazyny amerykańskim uzbrojeniem i amunicją w ostatnich trzech miesiącach, tych poprzedzających inaugurację Donalda Trumpa.
Ale jeśli tak to się odbyło, wówczas trzeba by przyznać, że Joe Biden – tak wyszydzany dziś publicznie przez swojego następcę jako rzekomy słabeusz – okazał się niezwykle dalekowzroczny. Oraz że po raz kolejny zasłużył na przydomek „Bajdenko”, nadany mu jeszcze w pierwszych miesiącach inwazji, gdy uratował Ukrainę (do spółki z paroma jeszcze krajami). To pieszczotliwe zukrainizowanie jego nazwiska było wyrazem i sympatii, i zaufania – do niego osobiście oraz do Ameryki.
Ukraińscy żołnierze usuwają z mundurów naszywki z flagą USA
Wyrazem tej sympatii, zaufania, a także wdzięczności były również szewrony – naszywki z amerykańską flagą, które wielu ukraińskich żołnierzy nosiło na mundurach czy hełmach.
Dzisiaj, jak słychać od ludzi z „otuliny” armii, którzy są w kontakcie z „zerówką”, są one masowo zrywane (polska wyobraźnia historyczna podsuwa tu natychmiast obraz pierwszowojennych legionistów, jak po aresztowaniu ich ukochanego przywódcy zrywają austriackie ordery za odwagę i przyczepiają je psom; teraz o dalszym losie amerykańskich szewronów jak na razie nic nie wiadomo).
Jednak zjawisko to nie zaczęło się wczoraj – nie od transmitowanej na cały świat próby upokorzenia, wręcz przeczołgania prezydenta Ukrainy przez Donalda Trumpa i jego zastępcę J.D. Vance’a – lecz już trochę ponad tydzień wcześniej. Konkretnie: po tym, jak Trump, w którym mimo wszystko bardzo wielu Ukraińców pokładało nadzieję, że pomoże zakończyć ten koszmar, zaczął nagle chwalić Władimira Putina (jako ponoć miłośnika pokoju), atakować ich prezydenta (nazywając go „dyktatorem” i „kiepskim komediantem”) oraz twierdzić, że to Ukraina ponosi winę za tę wojnę.
Prezydent USA występuje dziś w roli szmalcownika
A także – zaczął wystawiać rachunki za udzieloną już amerykańską pomoc (owe „350 miliardów dolarów” – zawyżone, ostrożnie licząc, mniej więcej trzykrotnie), co miało w gruncie rzeczy charakter jawnego szantażu. Czytelnik jednej z polskich gazet przyrównał to, w liście do redakcji, do postawy drugowojennego szmalcownika – i rzeczywiście, schemat jest podobny: wszak i tam, i tutaj stawką było i jest życie. Bo koniec końców do tego się to sprowadza – do życia i śmierci, na froncie i na głębokim zapleczu, gdyby miało zabraknąć rakiet do Patriotów.
Prezydent Stanów Zjednoczonych, następca swych poprzedników, przywódców wolnego świata, w roli chciwego i bezwzględnego szmalcownika: jeśli wielu z nas w Polsce zareagowało jednak szokiem i niedowierzaniem, to wyobraźmy sobie, jak musieli to odebrać ludzie, którzy przez dwa tygodnie bez rotacji tkwią w okopach pod Pokrowskiem, w minusowych temperaturach, już z początkami „stopy okopowej”, bez możliwości ogrzania się, bo ciepło nagrzewnicy może ściągnąć na ich ziemiankę rosyjskiego drona.
„Przyjacielu, nie mamy wielkiego wyboru” – pisze znajomy z Ukrainy
To, co dzieje się w Białym Domu od 20 stycznia, gdy idzie o rolę i miejsce Ameryki w tej wojnie – wojnie przecież nie tylko o Ukrainę – i czego ostatecznym apogeum był spektakl, jaki Trump i Vance urządzili publicznie Zełenskiemu, może mieć różne skutki.

Dla polityków europejskich, którym bez wątpienia da wiele do myślenia. Dla Ukraińców, którzy doświadczają jeszcze większej „huśtawki” niż my w Polsce, gdy – patrząc na to, co mówi i robi Trump – zastanawiamy się (a w każdym razie wielu z nas, tych myślących o polityce właśnie realistycznie), czy artykuł piąty traktatu o NATO cokolwiek znaczy dla prezydenta USA. Bo to, że chwali on Polskę za wydatki na obronność, nie znaczy, w kategoriach nowej Realpolitik, nic – równie dobrze, w razie zagrożenia, i my możemy usłyszeć pytanie, co mamy mu do zaoferowania w zamian za pomoc.
W chaosie i rozedrganiu, jakie zapanowały między Ameryką i Ukrainą oraz Ameryką i Europą, jeden element pozostaje niezmienny: nawet jeśli prezydent USA – wiedziony impulsem – wstrzyma dalszą amerykańską pomoc, Ukraińcy będą się dalej bronić. Zapasy, jakie mają za sprawą ostatnich decyzji Joego „Bajdenki”, dają im tutaj pewną „poduszkę” czasową. Ale na jak długo?
„Przyjacielu, nie mamy wielkiego wyboru” – pisze w nocy z piątku na sobotę znajomy Ukrainiec, jeden z tych, którzy nie od trzech, lecz od jedenastu już lat żyją na co dzień tym, co z ich „chłopakami” na „zerówce”, jak mogą im jeszcze pomóc. I dalej: „Nie mamy innego wyboru, musimy się bronić. A co będzie? To zależy teraz od Europy”.
Tekst ukończono w sobotę 1 marca o godzinie 11.30
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















