Zanim wyruszy w drogę, Assel Baimukanowa bierze zawsze prysznic. Specjalny: długi i gorący. Taki, który zapadnie w pamięć. Bo potem przez kolejne dni będzie mogła jedynie marzyć o prysznicu. Zazwyczaj zastanawia się też wówczas, czy powinna w ogóle kłaść się do łóżka. Bo wstać musi o trzeciej rano. O czwartej wyjeżdżają.
Podczas ekspedycji, których celem są wyspy pojawiające się na Morzu Kaspijskim, tym największym śródlądowym zbiorniku wodnym świata (o powierzchni 371 tys. km2, czyli sporo większym od obszaru Polski), najgorszy dla Assel jest odór. Mdły, duszący, z nutą słodyczy. – Gdy go poczujesz, od razu wiesz – mówi Baimukanowa.
Tysiące foczych zwłok nad Morzem Kaspijskim
Tak cuchną rozkładające się szczątki fok kaspijskich. To gatunek endemiczny dla Morza Kaspijskiego, któremu dziś grozi wyginięcie. Gatunek, który Baimukanowa nazywa pechowym.
W latach 2017-2022 Baimukanowa – naukowczyni zajmująca się badaniem fok kaspijskich, ich zwyczajów i środowiska – wraz ze swoją ekipą wyruszała na ekspedycję w celu badania śmiertelności tych ssaków tylko raz do roku, na wiosnę.
Jej zespół analizował wówczas rozkładające się szczątki fok, które umarły na przestrzeni roku. Niektóre jesienią, zanim lód skuł powierzchnię morza, inne na lodzie, a jeszcze inne, gdy już odeszła zima i wiatr zepchnął ich pływające szczątki w miejsca znane jako „cmentarzyska fok”.
Sytuacja zmieniła się trzy lata temu.
– W 2022 r. rosyjscy naukowcy odkryli tysiące foczych zwłok na obszarze od Machaczkały do ujścia rzeki Terek. Jesienią 2024 r. morze wyrzuciło ciała około dwóch tysięcy fok. Z powodu zanieczyszczenia wody foki mają niską odporność, częściej chorują, a następnie te choroby rozprzestrzeniają się na całą populację – opowiada mi Baimukanowa.
– Zawsze mówię, że nasze foki mają pecha – dodaje. – Mieszkają w zamkniętym zbiorniku, do którego spływają wszelkie zanieczyszczenia i w nim zostają. To ma wpływ na rosnącą bezpłodność samic i brak odporności. Ale foki często umierają w zimowych sieciach żeglugowych albo rybackich. Do tego dochodzą zmiany klimatu.

Morze Kaspijskie: stan obecny
Według badań, których wyniki opublikowało w kwietniu czasopismo „Nature”, do 2100 r. poziom wody w Morzu Kaspijskim spadnie o 18 m (podczas gdy jego średnia głębokość to 180 m).
Tymczasem według naukowców już spadek o 5 do 10 m całkowicie zakłóciłby działanie ekosystemu, w tym populacji fok czy jesiotra, również zagrożonego. Już wcześniej, do 2024 r., większość obszarów uznanych za ważne dla wiosennego linienia fok wyschła i zwierzęta musiały przenieść się na nowe wyspy.
Coraz częściej mówi się, że ten położony między Kazachstanem, Turkmenistanem, Iranem, Azerbejdżanem i Rosją zbiornik wodny – stanowiący szlak transportowy z Chin do Europy i będący ważnym źródłem ropy i gazu – może podzielić los pobliskiego Morza Aralskiego. Jego wyschnięcie spowodowało katastrofę klimatyczną, ekonomiczną i humanitarną, szczególnie w uzbeckiej Karakałpacji.
Skutki wysychania Morza Kaspijskiego byłyby poważniejsze. Tymczasem bez zmiany polityki krajów dzielących ten zbiornik trudno będzie uniknąć katastrofy.
Kazachski prawnik na ratunek morzu
Aby jej zapobiec, Wadim Ni – kazachski prawnik zajmujący się środowiskiem i założyciel powstałej w grudniu 2024 r. kampanii Save the Caspian Sea – postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. W lutym tego roku pozwał własne państwo.
W końcu konstytucja Kazachstanu stanowi, że ziemia, fauna, flora i wszystkie zasoby naturalne leżące na jego terenie należą do narodu, a obowiązkiem rządu jest je chronić.
Wadim Ni zaczął więc od początku. W styczniu, występując jako przedstawiciel Save the Caspian Sea, poprosił Ministerstwo Energetyki o wgląd do porozumień o podziale produkcji (PSA) i do umów koncesyjnych podpisanych w latach 90. XX w. między rządem Kazachstanu a międzynarodowymi konsorcjami naftowymi, które dostały prawo do wydobycia kazachskiej ropy i gazu.
Ministerstwo odmówiło. Wadim Ni poczuł, że nie ma wyjścia.
„Tajemnica chroniąca PSA pozwoliła na eksploatację zasobów Kazachstanu bez żadnej odpowiedzialności. Tylko poprzez objęcie porozumień publiczną kontrolą możemy w końcu rozpocząć prawdziwą debatę o tym, jak zarządzać Morzem Kaspijskim z uwzględnieniem jego integralności środowiskowej i dobrobytu lokalnych społeczności” – pisał w liście otwartym.
Interesy koncernów naftowych w basenie Morza Kaspijskiego
Częściowa odpowiedź na jego wątpliwości pojawiła się w kwietniu, gdy Międzynarodowe Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych (ICIJ) opublikowało tekst o sporze między Kazachstanem a grupą koncernów naftowych, który trwa przed międzynarodowym sądem arbitrażowym. Dziennikarze ustalili, że koncerny pobierają 98 proc. dochodów ze sprzedaży ropy z pola Kaszagan pod dnem Morza Kaspijskiego, uiszczając państwu kazachskiemu jedynie skromne opłaty licencyjne.
Nieopłacalne dla kraju umowy podpisano w 1994 i 1997 r., gdy Kazachstan, który niepodległość uzyskał ledwie kilka lat wcześniej po rozpadzie Związku Sowieckiego, nie umiał (bądź nie chciał) asertywnie negocjować z koncernami naftowymi.
Wadim Ni, który ma też wykształcenie chemiczne, wspomina w rozmowie, że w pierwszych latach niepodległości nikt nie sądził, iż kazachskie złoża są wiele warte. Morze Kaspijskie postrzegano jako ważne głównie dla rybołówstwa: było pełne jesiotra, a co za tym idzie drogiego kawioru, idealnego towaru eksportowego.
– W tamtym czasie dyskutowaliśmy z kolegami chemikami. Twierdzono wtedy, że nasza ropa nie jest dobrym produktem eksportowym, bo zawiera za duże stężenie siarki. Nie sądziliśmy, że staniemy się celem wielkich inwestycji koncernów naftowych. Azerbejdżan i Turkmenistan tak, ale nie my – mówi Wadim Ni.

Jak Kazachstan stał się naftową potęgą
Jednak niedługo potem upowszechniły się technologie oczyszczania ropy i jej transport z Kazachstanu w świat w dużych ilościach stał się opłacalny. Okazało się też, że jej zasoby na polach Tengiz, Karaczaganak i Kaszagan (złoże Tengiz rozciąga się w pobliżu wybrzeża Morza Kaspijskiego, a Karaczaganak przy granicy z Rosją) są dwunastymi co do wielkości odkrytymi złożami na świecie. Kazachstan stał się naftową potęgą.
– W tamtym czasie w naszej stolicy pełno było zachodnich firm prawniczych, które dbały o każdy szczegół umów tak, by były one korzystne dla inwestorów. A potem podpisywano osobne umowy, które miały zachować warunki porozumień w tajemnicy – mówi Wadim Ni.
Prawnik twierdzi, że charakter tych umów nie był winą państwa, które nie miało doświadczenia ani kadr, by negocjować z zachodnimi wyjadaczami. Dodatkowo koncerny doprowadziły do tego, że kazachskie pola naftowe reguluje międzynarodowe prawo handlowe. W rezultacie tylko międzynarodowe sądy arbitrażowe mogą rozstrzygać spory między stronami, a nie prawo kazachskie i kazachskie sądy, które podlegają kontroli publicznej.
Wadim Ni dowodzi, że w ten sposób kwestie kluczowe dla kraju, jego bezpieczeństwa i rozwoju stały się tajemnicą handlową, a społeczeństwo nie ma nad nimi demokratycznej kontroli.
Skutki gwałtownej eksploatacji ropy widać gołym okiem
W 2008 r. konsorcjum naftowe renegocjowało umowę z Kazachstanem, aby dowieść swej uczciwości. Dodano pewne opłaty licencyjne, co zwiększyło udziały Kazachstanu w eksploatacji złóż Kaszagan o około punkt procentowy – tak twierdzą dziennikarze ICIJ. To jednak nadal nic w porównaniu do zysków koncernów.
W styczniu tego roku ogłoszono znaczną ekspansję pola Tengiz – tak, aby zwiększyło ono produkcję z 699 tys. baryłek dziennie do miliona. To może dodatkowo pogorszyć i tak dramatyczną sytuację ekologiczną pobliskiego Morza Kaspijskiego.
Sytuacja ta od jakiegoś czasu jest przedmiotem żywych dyskusji w Kazachstanie – szczególnie na zachodzie kraju, gdzie morze jest ważne dla codziennego życia mieszkańców, i gdzie gołym okiem widać skutki działań korporacji.
Te oczywiście regularnie inwestują w badania, których wyniki mają przekonać rząd i mieszkańców, iż działania koncernów nie mają zgubnego wpływu na środowisko.
Wadim Ni nie daje im wiary. Uważa, że dużo łatwiej byłoby uwierzyć bardziej przejrzystej kontroli obywatelskiej i niezależnym ekspertom.
Bez morza kazachskie miasto Aktau nie ma przyszłości
Azamat Sarsenbajew, znany lokalny bloger z Aktau – największego miasta Kazachstanu położonego nad Morzem Kaspijskim – spaceruje po brzegu i wypatruje miejsc, które jeszcze niedawno wyglądały całkiem inaczej.
To, co dziś jest plażą, jeszcze trzynaście lat temu, gdy Azamat był szesnastoletnim łobuzem, było pod powierzchnią morza. Z tamtej skarpy, która dziś góruje nad stertą kamieni, kiedyś Azamat skakał „na bombę” do wody. Twierdzi, że było na to dość głęboko.
Dziś morze jest daleko stąd. W niektórych miejscach oddaliło się o sto, w innych o dwieście metrów, a jego dawne dno, dziś popękane, zarasta trawa.
Tych zmian już nie da się przemilczeć ani zbyć tłumaczeniem, że to naturalne, bo morze odchodzi i wraca. Tu zmiany widać gołym okiem.
– Miejscowi boją się tego momentu, gdy morze odejdzie, bo bez morza Aktau nie ma przyszłości. Bez morza nie będzie istnieć. Morze i Aktau to jedno i to samo – mówi mi Azamat.
– Nawet woda w naszych kranach pochodzi z morza – dodaje Sarsenbajew. – Gdy więc odejdzie, nie będzie wody dla miasta. Prądu też nie będzie, bo czerpiemy go z elektrowni wodnej. Gdy nie będzie wody, nie będzie czym chłodzić generatorów. Tak umrze Aktau.
Czy Rosja jest winna wysychaniu Morza Kaspijskiego?
Azamat Sarsenbajew uważa, że główną winowajczynią wysychania Morza Kaspijskiego jest Rosja. To na jej terytorium znajdują się rzeki, które są głównymi źródłami wody w Morzu Kaspijskim, w tym potężna Wołga, największa i najdłuższa rzeka Europy. To ona dostarcza morzu 80 procent jego objętości. Tymczasem Rosja zbudowała na Wołdze łącznie jedenaście tam i zbiorników wodnych, z jej wód korzysta rosyjskie rolnictwo i rosyjski przemysł.
W rezultacie do „Kaspi” – jak Morze Kaspijskie nazywają miejscowi – dochodzi ograniczona ilość wody, dodatkowo już zanieczyszczona przemysłowo.
Wprawdzie w okolicach kazachskiej linii brzegowej nadal można się kąpać – i wprawdzie nie przypomina ona jeszcze wybrzeży wokół azerbejdżańskiego Baku, gdzie morska woda wygląda jak oleista maź za sprawą odpadów przemysłowych i ropy – ale to kazachska linia brzegowa jest jedną z najbardziej zagrożonych.
Jest to bowiem płytsza część Morza Kaspijskiego, gdzie jego wysychanie odczuwane jest najbardziej i gdzie jest najbardziej brzemienne w skutki.
Kawioru z kaspijskich jesiotrów już nie ma
Aktau wiosną emanuje spokojem. Sowiecka siermiężna zabudowa nabrzeża kontrastuje z kamienistymi plażami i klimatycznymi nadmorskimi knajpkami, w których można zamówić jesiotra, dumę Morza Kaspijskiego. Nie, nie tego z morza, który jest pod ochroną, lecz z prywatnych hodowli.
Adilbek Kozybakow – 51-letni ekolog z Aktau, założyciel ruchu „Kaspi – Moje morze” i członek rady społecznej przy Ministerstwie Ekologii – wspomina w rozmowie, jak w czasach jego dzieciństwa słoik kawioru, jaj jesiotra, był obowiązkowym produktem w lodówce jego rodziców.
Adilbekowi nie smakował. Buntował się, gdy matka zmuszała go do zjedzenia przynajmniej jednej łyżki kawioru na kromce chleba z masłem dziennie. Dla zdrowia.
– Gdy zrozumiałem, jak dobry jest kawior, już go nie było – mówi Kozybakow. – W latach 80. XX wieku jego sprzedaż była jeszcze legalna. W latach 90. zabroniono połowu jesiotra, ale nadal można było go kupić na czarnym rynku i nie był trudno dostępny, choć już drogi. Po roku 2000 zniknął i dziś ciężko na niego trafić.
Winni zniknięcia jesiotra są przynajmniej po części kłusownicy, którzy mimo zakazu nadal zarabiali na nielegalnym połowie i na sprzedaży kawioru po zawyżonych stawkach. Ale zanieczyszczenie wód też ma znaczenie. Ekolog Kozybakow twierdzi, że dziś ryby są sporo mniejsze niż kiedyś i żyją krócej.
Konkretnych badań na razie jednak brak. Państwowy instytut, który ma badać Morze Kaspijskie, dopiero powstaje i minie parę lat, zanim się rozkręci. Tymczasem działać trzeba już.

Czy można jeszcze uratować Morze Kaspijskie?
Sąd zdecydował, że nie rozpatrzy pozwu Wadima Ni. Uznał, że nie ma do tego podstaw. Ale prawnik się nie poddaje. Zamierza się odwołać, a jeśli nie uda się wygrać sprawy w kraju, odwoła się do sądów międzynarodowych. W odpowiedzi na jego działalność Ministerstwo Energetyki wydało oświadczenie, w którym oskarżyło go o podważanie wiarygodności kraju w oczach inwestorów.
Wadim Ni nie zamierza ulec presji. Cytuje międzynarodową konwencję z Aarhus z 1998 r., która reguluje dostęp do informacji dotyczącej środowiska; Kazachstan jest jej sygnatariuszem.
Gdy pytam go, co można zrobić, by uratować Morze Kaspijskie, recytuje dawno opracowaną strategię. Należy więc zrealizować postanowienia konwencji teherańskiej, którą podpisały wszystkie kraje basenu Morza Kaspijskiego (zobowiązały się do ochrony jego środowiska i do zachowania, odbudowy i racjonalnego wykorzystania jego zasobów).
Do tego potrzebna jest przejrzystość w umowach z inwestorami zagranicznymi. Możliwe jest też przetransportowanie wód z wiosennych powodzi do „Kaspi” (praktykowano to już w kazachskiej części Morza Aralskiego).
Zmiana mogłaby zacząć się w Kazachstanie
Potrzeba również, ciągnie Wadim Ni, większej kontroli tego, jakie statki i z jakimi zabezpieczeniami dopuszczane są na Morze Kaspijskie, które dziś jest osią tzw. Środkowego Korytarza – szlaku handlowego, który łączy Chiny i Europę przez Azję Centralną i Kaukaz Południowy z pominięciem Rosji.
Ale przede wszystkim potrzebna jest międzynarodowa współpraca.
– Powinniśmy usiąść wspólnie z Rosją i resztą krajów do rozmowy, co zrobić, by więcej wody z rzek wpadało do morza. Nadal nie ma umowy między Rosją i Kazachstanem o podziale wody, bo Wołga nie jest uznana za rzekę transgraniczną – mówi Wadim Ni.
Jednak o taką współpracę niełatwo. Wszystkie kraje basenu „Kaspi” są mniej lub bardziej autorytarne, nie ma w nich demokratycznej kontroli.
W tej grupie Kazachstan ma i tak najbardziej rozwinięte społeczeństwo obywatelskie. Dlatego zmiana mogłaby zacząć się właśnie tutaj.
Foka sygnalistka
Gdy pytam Assel Baimukanową, po co nam foki kaspijskie, nie kryje rozdrażnienia. Nie lubi tego pytania.
– Foki są gatunkiem wskaźnikowym – tłumaczy. – Dzięki nim, największym mieszkańcom wody, możemy określić, co się dzieje z Morzem Kaspijskim. Dlatego są takie ważne. Zmiany, które widzimy dziś, są dla nas wszystkich sygnałem alarmowym.
– Ponadto nie wiemy, co się stanie, gdy foki znikną – dodaje. – One są tutaj na szczycie łańcucha pokarmowego, to jedyny ssak morski w Azji Centralnej, który nie występuje nigdzie indziej na świecie. Na pewno będzie wtedy wiele niespodzianek.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















