Ofiary sowieckiego programu jądrowego. Relacja z tajnego poligonu w Semipałatyńsku

U wielu mieszkańców Kazachstanu samo słowo „atom” wywołuje wciąż ciarki przerażenia. Mają ku temu powody. Jak 75-letni Kakym Karabajew, który za sprawą testów atomowych, prowadzonych tu w czasach sowieckich na masową skalę, stracił po kolei czworo dzieci. Jego żona zaś z bólu oszalała.
z Semipałatyńska i Kurczatowa (Kazachstan)
Czyta się kilka minut
Wjazd do Kuraczatowa. Kazachstan, 17 września 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska
Wjazd do Kuraczatowa. Kazachstan, 17 września 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

Kakym Karabajew powtarza, że jest zmęczony. Choć ma już 75 lat, a od pięciu jest na emeryturze, życie nigdy nie dało mu odpocząć.

Od prawie trzydziestu lat Karabajew opiekuje się chorą żoną. Jej mózg stopniowo zamierał, aż w końcu przestała cokolwiek rozumieć ze świata. On ją karmi, kąpie, przebiera. Choć może to i lepiej, że żona nic nie rozumie.

Dokładnie pięćdziesiąt pięć dni temu Kakym Karabajew pochował bowiem ich syna. Miał 42 lata. To już czwarty syn pary, który przedwcześnie pożegnał się z życiem.

– To wszystko wina radiacji – powtarza Karabajew raz po raz. Co jakiś czas do oczu napływają mu łzy. – To wszystko atom. Atom i Związek Sowiecki – mówi.

Takich jak on nazywa się dziś „atomowymi żołnierzami”.

Kakym Karabajew w Ałmatach. Kazachstan, 30 sierpnia 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

Kazachstan organizuje głosowanie w sprawie atomu: wynik jest przesądzony

Na początku października w Kazachstanie odbędzie się referendum. Władze postanowiły zorganizować je, aby zapytać obywateli o stosunek do planowanej budowy nowej elektrowni jądrowej.

Choć jego wynik jest już raczej przesądzony. Władze od miesięcy przekonywały, że atom to przyszłość, i że jego przeciwnicy to niepatriotyczni wrogowie postępu, słowem – niewykształcone prymitywy. A ci, którzy na własną rękę organizowali sondaże lub pytali swoich obserwatorów w mediach społecznościowych, jak zamierzają w referendum głosować, karano grzywnami.

Bo tylko państwo może przeprowadzać takie badania. A wedle danych prorządowego Kazachskiego Instytutu Badań Strategicznych trochę ponad 53 proc. społeczeństwa wspiera ideę budowy elektrowni atomowej, natomiast ponad 32,5 proc. respondentów jest jej przeciwnych. Odsetek wątpiących to i tak sporo, jak na miesiące projądrowej propagandy.

I choć w teorii wiele argumentów w istocie przemawia na korzyść atomu, który miałby powoli zastąpić nierentowną i nieekologiczną energię pozyskiwaną dotąd głównie z węgla, to u wielu Kazachów samo słowo „atom” wywołuje ciarki przerażenia. Szczególnie, że wedle najbardziej prawdopodobnych prognoz to Rosja – a nie konkurujące z nią Francja, Chiny czy Korea Południowa – zostanie wykonawcą wielomiliardowej inwestycji.

Co łączy dzisiaj Kazachstan i Ukrainę?

Tymczasem to właśnie Rosji, spadkobierczyni Związku Sowieckiego, nie ufa coraz więcej Kazachów. Szczególnie po tym, jak ta napadła na Ukrainę – kraj, w którym wielu w Kazachstanie widzi swoje lustrzane odbicie. Albo odbicie możliwej przyszłości.

Bo Ukraina, podobnie jak Kazachstan, najbardziej ucierpiała podczas przymusowej bolszewickiej kolektywizacji, która przyniosła masową śmierć głodową, potem zaś czystki stalinowskie pozbawiły ją całej inteligencji.

Bo spora część populacji Ukrainy, mieszkająca przy granicy z Rosją, mówi po rosyjsku, i to rzekoma ochrona tej ludności została cynicznie wykorzystana przez Kreml do uzasadnienia rosyjskiej inwazji. Tymczasem północ Kazachstanu, przy granicy z Rosją, jest również zamieszkana przez rosyjskojęzycznych Europejczyków – potomków narodów zesłanych do Azji Centralnej przez Stalina, którzy dziś często wykazują prorosyjskie sentymenty.

Choć region ten jest integralną częścią niepodległego od 1991 r. Kazachstanu, to rosyjscy politycy i eksperci coraz częściej kwestionują ten stan rzeczy. W sierpniu 2022 r. zasugerował to nawet były prezydent Dmitrij Miedwiediew w poście opublikowanym na rosyjskiej platformie VKontakte.

Wprawdzie potem Miedwiediew oskarżył o jego autorstwo niezidentyfikowanych hakerów, jednak Kazachowie zdążyli przyjąć jego przekaz do wiadomości. Szczególnie, że było już wiadomo, iż memorandum budapesztańskie, które miało zapewnić Ukrainie integralność terytorialną po tym, jak w 1994 r. zrzekła się broni nuklearnej, to dla Rosji nic więcej niż świstek papieru. Ten sam dokument daje w teorii gwarancje także Białorusi i Kazachstanowi, które również zgodziły się zrezygnować z broni nuklearnej – w imię pokoju.

Pomnik Igora Kurczatowa, ojca sowieckiego programu nuklearnego. Kazaschstan, 17 września 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

Tajny poligon powstał w miejscu, które dla Kazachów jest symboliczne

Tym, co łączy Kazachstan i Ukrainę, jest również dziedzictwo sowieckiego programu atomowego. W Ukrainie jego symbolem jest wybuch elektrowni atomowej w Czarnobylu w 1986 r., który do dziś pozostaje największym i najdroższym wypadkiem jądrowych w dziejach.

Ale nawet on nie może się równać z konsekwencjami sowieckiego programu atomowego we wschodnim Kazachstanie – na ściśle tajnym poligonie Semipałatyńsk-21. Dziś Semipałatyńsk, którego nazwę kazachskie władze zmieniły na Semej, jest symbolem śmierci, zniszczenia i kolonialnego eksperymentu (ponieważ mowa tu będzie o historii tego miejsca, używać będziemy nazwy historycznej).

To właśnie tutaj przez przeszło dwadzieścia lat służył i mieszkał Kakym Karabajew wraz ze swoją rodziną. I to tutaj, pomiędzy rokiem 1949 a 1989 (gdy poligon oficjalnie zamknięto), wykonano ponad 450 testów nuklearnych. Ich łączna siła była równoważna z siłą tysiąca takich bomb, jaką Stany Zjednoczone zrzuciły na Hiroszimę w 1945 r.

Stało się to w miejscu, o którym u zarania sowieckiego programu nuklearnego mówiono, że jest pustą przestrzenią. Niezamieszkałym terenem gdzieś pośrodku stepu. To jednak było dalekie od prawdy.

– Region Semipałatyńska ma ogromne znaczenie historyczne jako stolica Ałasz Ordy, czyli niezależnego kazachskiego państwa, które istniało w latach 1917-1920, w czasie rewolucji w rosyjskim imperium. To miejsce symboliczne dla kolejnych pokoleń kazachskiej inteligencji, która walczyła o niepodległość. To miejsce, gdzie mieszkał nasz wieszcz narodowy Abaj – mówi mi Aliszer Hassengalijew, 21-letni aktywista „STOP”.

To kazachska inicjatywa młodzieżowa, która walczy o sprawiedliwość dla ofiar sowieckiego programu atomowego.

O sowieckie próby jądrowe nikt nie pytał. Wtedy spało się lepiej

– Poza tym jest to miejsce pośrodku świętego stepu – dodaje Aliszer Hassengalijew. – To tam się rodzimy, tam umieramy, tam narodziła się nasza cywilizacja i w ogóle cywilizacja koczowników. To sprawia, że całe to doświadczenie jest jeszcze bardziej traumatyczne, bo te straszne eksperymenty przeprowadzono w świętym dla Kazachów miejscu. Ono nie było puste.

To nie przeszkodziło Sowietom testować broni masowego rażenia w odległości 120 km od sporego ośrodka miejskiego.

Do 1963 r. próby jądrowe wykonywano na powierzchni ziemi. Potem, na mocy porozumienia między Moskwą a Waszyngtonem, testy przeniesiono pod ziemię.

Promieniowanie jednak nie znikło. Jego fale zajęły step, rzeki i pola uprawne. Przez wiatr i pył spenetrowało zakamarki okolicznych domów, a przez wodę i żywność wniknęło w ludzkie organy.

Na początku nikt nie wiedział, jakie będą tego konsekwencje. Zresztą ludzie nawet nie wiedzieli, że w ich okolicy wojskowi detonują atomowe bomby. Co jakiś czas informowano jedynie ludność, aby o danej porze mieszańcy wyszli na zewnątrz i okryli się płachtami lub zeszli do schronów, otworzyli okna i pod żadnym pozorem nie patrzyli w niebo. Szkoły w tym czasie ewakuowano. Czasem czuć było wstrząsy podobne do trzęsienia ziemi.

Jednak nikt nie zadawał pytań. W Związku Sowieckim im mniej się wiedziało, tym lepiej się spało.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Kurczatow w niczym nie przypomina już rozwiniętego miasteczka, którym był dawniej. Kazaschstan, 17 września 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

Wojskowi na poligonie mieli dobre życie, przynajmniej do czasu

– Jako żołnierze nie mieliśmy specjalnej odzieży ochronnej. Tylko maskę gazową z filtrem, nic poza tym. Dowódcy mieli dozymetry [przyrządy do badania promieniowania – red.], ale zwykli żołnierze ich nie mieli – mówi mi 66-letni Kairbek Kusainow. Niegdyś służył tu na poligonie. Dziś udziela się w ruchu Semipałatyńsk-21, który zrzesza ofiary sowieckich eksperymentów jądrowych.

– W czasie takiego eksperymentu po prostu stoisz i obserwujesz – wspomina Kusainow. – Potem jakby znikąd pojawia się góra. To przerażający widok. Jeśli wiatr wieje w twoją stronę, to musisz uciekać. Widzisz pył, kolumnę dymu i chmurę w kształcie grzyba w brunatnych odcieniach.

Kairbek Kusainow urodził się koło Semipałatyńska, a na poligon trafił w 1975 r., gdy skończył 18 lat. Oboje jego rodzice umarli w młodym wieku na raka.

W tym czasie Karabajew pracował w wojsku jako kierowca. Do Kurczatowa przeniósł się w 1970 r. Było to wojskowe tajne miasteczko nieopodal poligonu, nazwane tak na cześć Igora Kurczatowa, ojca chrzestnego sowieckiej bomby jądrowej. Dla cywili wstęp był tam wzbroniony.

Karabajew wiedział, że to nie jest zwykły poligon. Produkty do lokalnych sklepów przyjeżdżały specjalnie z Moskwy, a mieszkańcom niczego nie brakowało. Ryby, mięso, ubrania – żołnierze i ich rodziny nie musieli się przejmować brakiem towarów na półkach. Ich zarobki też były dobre, zdecydowanie wyższe niż w innych miejscach w państwie sowieckim. Byli elitą, a ich miasteczko pośrodku stepu, w całości zbudowane przez wojskowych, zapewniało dobre życie dla ich rodzin. A przynajmniej tak się zdawało.

Kairbek Kusainow. Astana, Kazachstan, 12 września 2024 r. // Fot Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

Poligon zabija: dzieci zasnęły i już się nie obudziły

Potem jednak mieszkańcy Kurczatowa i okolic zaczęli chorować. Umierać przedwcześnie na raka, na choroby krwi, a czasem z nieznanych przyczyn.

Coraz częściej rodziły się też dzieci z wadami genetycznymi i deformacjami, które nadawały im nieludzkie wręcz kształty. Dzieci bez kończyn. Dzieci cyklopy z jednym okiem. Dzieci ze zniekształconym szkieletem.

Władze sowieckie otworzyły instytut medyczny, by przyjrzeć się problemowi. Ale bynajmniej nie w celach klinicznych, żeby pomagać pokrzywdzonym, lecz po to, by badać skutki radiacji. Żołnierze, przyzwyczajeni do wykonywania rozkazów, nie zadawali pytań. Wykonywali powierzone im zadania w spokoju i sumiennie, zakładali rodziny i pracowali na chwałę Związku Sowieckiego i jego sukcesu w wyścigu zbrojeń czasu zimnej wojny.

Także Kakym Karabajew niczym się nie wyróżniał. Ożenił się, a wkrótce na świecie pojawiły się dzieci. Najstarszy, Marat, urodził się w 1974 r. Był radosnym i energicznym dzieckiem. Nic nie wskazywało, że ma problemy ze zdrowiem.

Miał dziewięć lat, gdy po popołudniowej zabawie z kolegami na podwórku wrócił do domu, zasnął i już się nie obudził. Cztery lata później, w 1987 r., to samo spotkało jego młodszego brata. Tego dnia był jednym z czterech chłopców, którzy w ich okolicy zasnęli na zawsze. Wtedy to żona Kakyma zaczęła tracić zmysły.

W 1994 r., już po rozpadzie Związku Sowieckiego i zamknięciu poligonu, żona Kakyma zdążyła urodzić jeszcze jednego syna, a rok później całkiem straciła kontakt z rzeczywistością.

Co się stało z dokumentacją atomowego poligonu w Semipałatyńsku?

Od tamtej pory Kakym nie tylko musiał pracować, ale i dbać o czworo pozostałych dzieci – trzech chłopców i dziewczynkę – oraz o żonę. Jej mózg, jak powiedzieli lekarze, utracił 70 proc. swoich funkcji. Nie byli jednak pewni co do przyczyny.

Kazachstan był już wtedy niepodległy, pod rządami prezydenta Nursułtana Nazarbajewa. Ten heroicznie pozbył się broni atomowej w imię pokoju, a pod wpływem antynuklearnych protestów ruchu Newada-Semipałatyńsk zamknął poligon i wprowadził też ustawę pomocową dla ofiar promieniowania.

Obszar kraju podzielono na strefy o różnym poziomie radiacji. Osoby, które mogły udokumentować swój pobyt w strefach najbardziej narażonych, mogły ubiegać się o specjalną rentę w wysokości średniego wynagrodzenia, darmową opiekę medyczną, dodatek pieniężny od pracodawcy oraz od 10 do 15 dni dodatkowego urlopu rocznie.

Projekt był dobrze przyjęty i przynajmniej częściowo zadośćuczynił ofiarom kolonialnego eksperymentu (choć w latach dwutysięcznych benefity znacznie ograniczono).

Sęk w tym, że byli żołnierze – jak Kakym Karabajew – nie byli w stanie dowieść, że spędzili całe lata w samym centrum programu atomowego. Ich miasteczko wszak było tajne, a oni pracowali na rzecz kraju, który już nie istniał. Potwierdzenie swojej służby mogli co prawda dostać od Rosji, ale ta nie była skłonna wydawać takich zaświadczeń. W końcu wszystko związane z bronią nuklearną pozostało tajne nawet po rozpadzie Sowietów.

– Cała dokumentacja została zabrana i nie możemy niczego dowieść. Władze mówią, byśmy pisali do Rosji, ale zawsze dostajemy odpowiedź odmowną: tajemnica państwowa, nic nie możemy wam dać – mówi Kairbek Kusainow, także „atomowy żołnierz”. – Nas, którzy służyli w Kurczatowie, jest coraz mniej. Tymczasem nasze wnuki i prawnuki rodzą się chore.

„Wyglądam w porządku, ale wewnątrz jestem wypełniony bólem”

Droga do Kurczatowa wiedzie przez skąpany w słońcu potężny step. Co jakiś czas pusty krajobraz wypełniają zastępy dzikich koni.

Miasteczko już dawno nie przypomina o dawnej świetności. Opustoszałe, zawalone budynki przywodzą na myśl krajobrazy z amerykańskich horrorów. Zardzewiałe figury i pomniki przypominające o związkach Kurczatowa z atomem wywołują dreszcze. W wyludnionym miasteczku nie ma wielu sklepów, lokali gastronomicznych czy miejsc, gdzie można by spędzić czas. Zresztą trudno sobie wyobrazić, że ktoś chciałby tu mieszkać.

Mimo tragedii, Kakym chciał nadal żyć. Chciał, by klątwa poligonu znikła, a życie wreszcie nabrało kolorów. Przeniósł się więc stąd do Tekeli, miasta w południowo-wschodnim Kazachstanie, o ponad tysiąc kilometrów od Semipałatyńska.

Ale i tam nie zaznał szczęścia. W 2014 r. zmarł jego trzeci syn. Absolwent technikum, dożył dwudziestu lat. Podobnie jak bracia, zasnął i już się nie obudził. A dziesięć lat później, latem 2024 r. – kolejny syn, Serik.

Był on oczkiem w głowie ojca. Z powodu niedokrwienia kończyn najpierw amputowano mu nogi. Aby ratować syna i opłacić mu kosztowne leczenie, Kakym sprzedał auto, a potem dom. Nie udało się. W chwili śmierci Serik miał 42 lata. Osierocił trójkę dzieci.

– Mój syn był piękny, ciągle ze sobą rozmawialiśmy. Utrata dziecka to niewyobrażalna tragedia, której nie życzę nikomu. Rozwala cię od środka – mówi Kakym. – Wyglądam w porządku, jestem zdrowy, ale wewnątrz jestem wypełniony bólem. Wszystko boli.

Przestrzeń w Kurczatowie na każdym kroku przypomina o jego atomowej przeszłości. Kazaschstan, 17 września 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

W sprawie elektrowni jądrowej władze i tak zrobią, co chcą

Kakyma Karabajewa boli też i to, że on oraz inni „atomowi żołnierze”, ofiary sowieckich ambicji atomowych, nie mogą liczyć dziś na pomoc państwa. Choć zdołał udowodnić, że służył na tajnym poligonie, to pomoc, którą otrzymuje, jest symboliczna.

Gdy pytam go o referendum, nie chce wchodzić w szczegóły. Przecież władze i tak zrobią, co chcą.

Aliszer Hassengalijew z młodzieżowej organizacji „STOP” zagłosuje przeciw budowie elektrowni jądrowej. Choć zaznacza, że to nie jest oficjalne stanowisko jego organizacji, lecz jego prywatne zdanie. Aliszer uważa, że korupcja kazachskich władz, w połączeniu z rosyjskim neoimperialnym myśleniem, nie wróżą dobrze. Że jeszcze bardziej uzależni jego kraj od Rosji. Poza tym, dowodzi Aliszer, energia nuklearna wcale nie jest ekologiczna – w końcu coś trzeba będzie zrobić z odpadami promieniotwórczymi. Dlatego woli, aby Kazachstan postawił na zieloną energię, słoneczną czy wiatrową.

Natomiast Kairbek Kusainow, drugi „atomowy żołnierz”, jest zwolennikiem energii nuklearnej. Uważa, że pozwoli ona Kazachstanowi rozwijać się i produkować tańszą i czystszą energię. Stara się tłumaczyć to swoim kolegom zrzeszonym w ruchu Semipałatyńsk-21. Ale, jak mówi, nie wszyscy chcą mu wierzyć.

Choć ich zdania są więc podzielone, jedno jest pewne: decyzja o przyszłości energii atomowej w Kazachstanie – tak jak to było wcześniej – zostanie podjęta ponad ich głowami.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Promieniowanie zajęło step