Granica Syria-Liban: kobiety sprzedają tu kawę, a przemytnicy szmuglują syryjskich uchodźców

Jedni są z niej zadowoleni, bo daje im zarobić. Innym wielka dziura, właściwie krater wybity w drodze izraelską rakietą, psuje biznes. Opowieść o ludziach, którzy żyją na granicy pomiędzy Syrią a Libanem – oraz dzięki tej granicy.
z pogranicza syryjsko-libańskiego
Czyta się kilka minut
Pracownicy Syryjskiego Czerwonego Półksiężyca, arabskiej organizacji humanitarnej, pomagają Syryjczykom przenieść bagaże przez dziurę powstałą po wybuchu izraelskiej rakiety w pobliżu syryjsko-libańskiego przejścia granicznego, październik 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska
Pracownicy Syryjskiego Czerwonego Półksiężyca, arabskiej organizacji humanitarnej, pomagają Syryjczykom przenieść bagaże przez dziurę powstałą po wybuchu izraelskiej rakiety w pobliżu syryjsko-libańskiego przejścia granicznego, październik 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

Na początku października w libańskiej dolinie Bekaa, na drodze wiodącej do Syrii, pojawiła się wielka dziura. Krater po izraelskiej rakiecie, zaledwie 700 metrów od przejścia granicznego Masnaa.

Izrael poinformował, że droga ta miała być używana do transportu broni od sojuszniczych reżimów w Syrii i Iranie przez Hezbollah – szyicką partię i organizację militarną, której zniszczenie jest celem izraelskiej inwazji na Liban.

W ostrzale drogi nikt nie zginął. Ale jej podział na dwie części zmienił życie lokalnej społeczności i setek ludzi, którzy od początku inwazji codziennie przekraczają granicę.

Na granicy między Syrią a Libanem 

Zmęczona upałem, Azraa al Ali stoi przy dziurze od strony Syrii, a nad głową ma parasol. Ma ją chronić od słońca, które przy dziurze jest wyjątkowo nieznośne. Zwłaszcza że Azraa stoi tu cały dzień.

Azraa dumnie prezentuje zawartość swojego straganu. Są tu ciastka i ciasteczka, batoniki i wafelki, chipsy i guma do żucia. Są napoje gazowane i woda, które jeszcze nie zdążyły się nagrzać od słońca. Jest też kawa: czarna i mocna, taka, która daje siłę, by przenosić przez dziurę walizki, pakunki, a czasem nawet ludzi: dzieci i staruszków. Kawę dostarcza mąż Azry, Mohammed, profesjonalny zaparzacz kawy w ich wiosce położonej niedaleko drogi.

Biznes Azry powstał z potrzeby chwili. Gdy dziury jeszcze nie było, ludzie przekraczali granicę samochodami, a zakupy robili na pobliskiej stacji benzynowej i w sklepach. Dziś ci, którzy idą z Syrii, zanim przejdą przez dziurę i złapią dalszy transport, zaopatrują się u Azry.

Podobnie ci, którzy podróżują do Syrii: kupują u niej coś do jedzenia z nudów albo z głodu, gdy czekają na dalszy transport. Czasem to taksówka, czasem ktoś bliski, a najczęściej autokar Syryjskiego Czerwonego Półksiężyca – arabskiej organizacji humanitarnej, która od początku wojny w Libanie oferuje Syryjczykom bezpłatny transport do ojczyzny. Tym samym, którzy parę lat temu uciekli przed wojną do sąsiedniego Libanu.

Wśród przemytników, Hezbollahu i innych podejrzanych osób

U Azry ceny są wyższe niż w sklepach bliżej miasteczka, ale tak być musi, bo inaczej by nie zarobiła. Ludzie płacą, bo nie mają wyjścia. Nie mają też do niej pretensji.

46-letnia Azraa nie planowała otwierać biznesu, zanim powstała dziura. Ale pięć dni temu jej 10-letni syn Maher pokazał jej, jak można zarobić. Zainwestował dwa dolary w ciastka i stanął przy dziurze. Sprzedał je błyskawicznie. Ojcu jednak nie podobało się, że małoletni spędza czas wśród przemytników, kierowców (być może od Hezbollahu) i innych podejrzanych osób. Pozwolił za to, by syn kontynuował biznes razem z matką. Potem dołączyła do nich córka Azry, a siostra Mahera. I tak we troje już piąty dzień handlują przy dziurze.

Kobieta sprzedająca kawę przy dziurze powstałej po uderzeniu izraelskiej rakiety, październik 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

– Zaczynałam od dwóch kartonów ciastek i jednego stolika, a popatrz, co mamy teraz! – emocjonuje się kobieta i wskazuje na swój imponujących rozmiarów stragan. Wcześniej nie mogła znaleźć pracy ani w swoim zawodzie krawcowej, ani w żadnym innym. Wraz z mężem ledwo wiązali koniec z końcem. – Szkoła dzieci, książki, to wszystko sporo kosztuje. Ale odkąd tu stoję, już na wszystko zarobiłam – mówi.

Po czym pochyla się nad kartką i zapisuje coś starannie czarnym markerem. Pytam, co to oznacza. 

– Café Dziura – odpowiada. – Syn zażyczył sobie, byśmy tak ją nazwali.

Azraa pochodzi z Syrii, z Aleppo. Jej przyszły libański mąż wysłał swatów na chwilę przed tym, jak wiosną rozpoczęła się syryjska wojna. Przeszła przez granicę w 2010 r. w białej sukni i już została w Libanie.

Choć Syrią wciąż rządzi Asad, wielu syryjskich uchodźców decyduje się na powrót

Rok później setki tysięcy jej rodaków pokonały tę samą drogę, lecz nie z nadzieją na nowe piękne życie, tylko uciekając od okrucieństwa reżimu Baszara al-Asada i od wojny.

Tak jak Samah, kobieta po trzydziestce, która siedzi teraz pod ścianą obok dziury. Siedzi tak z czwórką dzieci, teściową i siostrami, chowając się przed słońcem.

Czekają na transport Czerwonego Półksiężyca z powrotem do Syrii. Choć w 2011 r., gdy uciekała z kraju, Samah myślała, że opuszcza go na zawsze. Pochodzi z regionu Dżazira, na północy, który dziś wchodzi w skład Rożawy, regionu autonomicznego Kurdów.

Samah mówi, że jej mąż był zaangażowany w syryjską rewolucję przeciw Asadowi, dlatego uciekli. Zamieszkali w Nabatiyeh, szyickim miasteczku na południu Libanu, przy granicy z Izraelem. Żyli spokojnie. Mąż pracował jako złota rączka i robotnik najemny, ona zajmowała się domem i dziećmi. Aż do teraz: gdy Izrael zaatakował Liban, koszmar wrócił.

Nabatiyeh to jedno z tych miasteczek, gdzie Hezbollah ma spore wpływy. Jako takie było na liście Izraela do zniszczenia. Już w pierwszych dniach października Izrael zarządził jego ewakuację. Ale Samah i jej rodzina nie mieli dokąd pójść. W bezpieczniejszych częściach Libanu, gdzie szkoły przekształcono na obozy dla uchodźców, Syryjczycy nie byli mile widziani. Nie mieli też pieniędzy na wynajem.

Myśleli, że jakoś to będzie. Ale gdy izraelski pocisk zrównał z ziemią sąsiedni dom, postanowili uciekać. – Pięć godzin szliśmy z dziećmi na piechotę, zanim dotarliśmy do miejsca, które było bezpieczne – mówi Samah, a na jej twarzy widać przerażenie. – Potem rodzina podwiozła nas tutaj.

Jej mąż nie zdecydował się na powrót do Syrii. Wie, że reżim Asada wystawił za nim list gończy i przekroczenie granicy może oznaczać dla niego więzienie, nawet śmierć. Zaszył się w rejonie Bekaa, chce przeczekać wojnę. Jak to wszystko się skończy, znów będą razem.

Gdy Izrael zaatakował Liban, granicę przekraczały tysiące ludzi dziennie

Samah nie wraca do Rożawy, z jej domu nic nie zostało. Zamieszka z krewnymi w części Syrii kontrolowanej przez Asada. Boi się. Podróżuje z nią jej 28-letni brat. Pięć lat temu dostał odroczenie służby wojskowej, ale nie jest pewien, co będzie, jak przekroczy granicę. Ryzykuje, ale nie chce się tułać po Libanie, spać pod gołym niebem i czekać na śmierć z głodu albo od rakiet.

Samah i jej rodzina nie są sami. Od początku izraelskiej inwazji do Syrii wyjechało ok. 400 tys. osób – zarówno Syryjczyków, jak i libańskich szyitów, sympatyków Hezbollahu, którym reżim Asada zaoferował pomoc.

Po syryjskiej stronie dziury utworzyły się trzy różne sektory dla pojazdów. – Po lewej stoją samochody Hezbollahu. Oni biorą Libańczyków zazwyczaj za darmo i dowożą ich na miejsce. Pośrodku stoją taksówkarze, czasem rodziny, które przyjechały po krewnych. A po prawej co pół godziny podjeżdża Czerwony Półksiężyc po Syryjczyków – mówi Muhammad, lat 53.

Przed pojawieniem się dziury sprzedawał ubezpieczenia i pomagał przekraczającym granicę wypełniać druczki. Zarabiał 150 dolarów miesięcznie. Ale odkąd pojawiła się dziura, jego biuro zamknięto. Postanowił działać na własną rękę.

Przed powstaniem dziury wielu Syryjczyków jeździło do Libanu po benzynę, tańszą niż w Syrii. Teraz od najbliższej libańskiej stacji benzynowej dzieli ich krater. Muhammad kupił więc kilka galonów benzyny i stanął przy dziurze. Sprzedał je prawie od razu. – W ciągu dwóch-trzech godzin mogę zarobić 40 dolarów i iść do domu – mówi z zadowoleniem i przyznaje, że lokalna społeczność wzbogaciła się dzięki dziurze.

Co prawda na początku października zarobek był lepszy, bo granicę przekraczały tysiące ludzi dziennie. Ale i teraz nie narzeka. Ludzi mniej, ale każdy potrzebuje benzyny.

Syryjska ingerencja w politykę Libanu odcisnęła piętno na całym kraju

Wymiana towarów i usług jest typowa dla każdego pogranicza. Ale dolina Bekaa i jej mieszkańcy dzielili ze swoimi syryjskimi braćmi dużo więcej. Na przykład reżim Asada. Syryjska okupacja Libanu zaczęła się w 1976 r. podczas libańskiej wojny domowej, a zakończyła dopiero w 2005 r. po zabójstwie premiera Rafica Hariri, prawdopodobnie na zlecenie Hezbollahu. W dolinie Bekaa Syria została jednak pół roku dłużej. A okupacja oraz syryjska ingerencja w politykę Libanu na długo odcisnęła piętno i tutaj, i na całym kraju.

– W 2005 r., gdy chcieliśmy pojechać do Bejrutu na protest przeciw obecności syryjskiej armii w naszej okolicy, musieliśmy przejść syryjski checkpoint. Nie mogliśmy tak po prostu wywieszać libańskiej flagi, bo było to odbierane jako wystąpienie przeciw okupantowi – mówi Khaled, 39-letni architekt i aktywista. Od wielu lat pomaga syryjskim uchodźcom w dolinie Bekaa.

– Gdy w 2011 r. zaczęła się rewolucja w Syrii – kontynuuje Khaled – mówiliśmy naszym znajomym Syryjczykom, że znamy ich reżim lepiej niż oni, bo to nas przez lata torturował i zabijał ich dyktator. Ale większość nam nie wierzyła i liczyła, że rewolucja coś zmieni. Pomagaliśmy, bo walczyli w końcu z naszym wrogiem. Pomagaliśmy nawet wtedy, gdy Hezbollah – na zlecenie Asada – zaczął zabijać ich w Syrii.

Khaled mocno zaangażował się w pomoc humanitarną uciekinierom. Jego mała ojczyzna, dolina Bekaa, była do tego odpowiednim miejscem. Jest zamieszkana przez sunnitów, katolików, maronitów i druzów – niewiele tu rejonów szyickich, kontrolowanych przez Hezbollah.

Dlatego – z paroma wyjątkami – izraelskie rakiety omijają dziś pogranicze libańsko-syryjskie. I dlatego to właśnie tu osiadła większość syryjskich uchodźców uciekających przed reżimem Asada, który jest sojusznikiem Hezbollahu.

Ci uchodźcy w większości nie wracają dziś do Syrii. Wracają za to ci, którzy osiedlili się w miastach lub na szyickich terenach.

„Haj Hussein” miał 18 lat, gdy zaczął szmuglować ludzi przez granicę

Ale są też wyjątki. I te wyjątki potrzebują specjalnych, skrojonych na miarę usług. A w tych specjalizuje się człowiek, który mówi, aby nazywać go „Haj Hussein”.

To kolega Khaleda z podwórka. Podaje pseudonim, bo to, czym się zajmuje, jest nielegalne i parę razy zawiodło go do więzienia. Khaled wspomina, że gdy on uczył się (bo marzył o wykształceniu i pracy na rzecz swojej społeczności), to „Haj Hussein” marzył o wielkich pieniądzach. Od małego miał żyłkę do interesów.

Już w 2003 r., w wieku 18 lat, wszedł w branżę, w której pracuje do dziś. Wtedy to po raz pierwszy został poproszony, by za pieniądze przeprowadzić grupę ludzi przez góry z Libanu do Syrii, a potem wrócić z inną grupą. W tamtym czasie trwała syryjska okupacja, granice były łatwiejsze do pokonania. A większość klientów stanowili obcokrajowcy: Sudańczycy, Irakijczycy czy Egipcjanie, którzy do Syrii wjeżdżali bez wizy, ale by dotrzeć do Libanu i jechać dalej w świat, potrzebowali pomocy.

Po paru latach „Haj Hussein” zarządzał już swoją grupą przemytników.

Teraz nie chciał się spotkać przy dziurze. Dla niego to ryzyko, nie chce się afiszować, bo ma zatargi z policją. Spotykamy się w eleganckiej restauracji w ormiańskim rejonie doliny. „Haj Hussein” jest wysoki, o twarzy niesfornego chłopca. Na szyi i nadgarstku nosi potężne srebrne łańcuchy, a palce pokrywają spore sygnety. Jego jaguar zaparkowany przed restauracją też jest srebrny.

Khaled śmieje się, że „Haj Hussein” ma tak wielkie ręce, że gdy się wita, ściska dłoń wraz z całym nadgarstkiem.

Usługi przemytnicze na pograniczu libańsko - syryjskim

Przemytnik twierdzi, że od początku izraelskiej inwazji jego ludzie przeprowadzili przez zieloną granicę do Syrii ok. 7 tys. osób. Najwięcej, po tysiąc dziennie, w pierwszych paru dniach wojny. Teraz, jak twierdzi, około 50 osób dziennie.

Część to ludzie, którzy do Libanu wjechali nielegalnie, potrzebują więc pomocy jedynie przy przekroczeniu pierwszego libańskiego checkpointu. Za tę usługę „Haj Hussein” bierze skromne 20 dolarów. Twierdzi, że dlatego tak tanio, bo chce pomóc. Odstawia ich przy dziurze, gdzie mogą złapać autobus Czerwonego Półksiężyca i dalej radzą sobie sami.

Jeśli ktoś chce przedostać się przez obie granice, jest to możliwe za dodatkową opłatą. Te osoby często pobierają zasiłki dla uchodźców od ONZ i nie chcą ich stracić. A to niechybnie by się wydarzyło, gdyby wrócili do Syrii.

Ale są też ci, których poszukuje syryjski reżim. Ludzie, którzy tak jak mąż Samah brali udział w rewolucji. Oni też wracają dziś do Syrii. „Haj Hussein” i jego przemytnicy są w stanie dowieźć ich pod osłoną nocy pod wskazany adres. Inną drogą niż ta z dziurą. Ale to wymaga większych nakładów finansowych. Tych, którzy w desperacji ryzykują życie, by uciec z Libanu, jest dziś sporo.

„Haj Hussein” wierzy, że pomaga swoim klientom. A czasem nawet ratuje życie. – Pracuję dla ludzi, a ludzie mi za to dziękują. Zawsze okazują mi ogromną wdzięczność – mówi.

***

Inaczej niż Azraa, „Haj Hussein” nie jest zadowolony z dziury. Część dochodów odebrał mu transport Czerwonego Półksiężyca. Pojawiła się też drobna konkurencja. Nie jest jej wiele, ale ceny za pomoc w przekraczaniu checkpointów trochę spadły.

– Przed inwazją Izraela granice były bardziej kontrolowane i do szmuglowania ludzi do Syrii potrzeba było specjalistów. Teraz służby trochę odpuściły – mówi.

Dodaje, że część z tych, którzy wyjechali do Syrii w pierwszych dniach inwazji, zdążyła już wrócić. – Tych powracających służby pilnują jednak dużo, dużo bardziej.

A życie wewnętrzne pogranicza dostosowuje się do sytuacji. Jak zawsze.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Café Dziura