Palestyńczycy w Libanie. Żyjący tam od pokoleń uchodźcy mówią o izraelskiej inwazji

Choć od tamtej pierwszej ucieczki minęło ponad 75 lat, kolejne ich pokolenia żyją w miejscach zwanych nadal obozami. Bez własnego państwa, ich dzieci i wnuki wciąż zwane są uchodźcami. W Libanie jest ich ćwierć miliona. „Chcemy pokoju i chcemy wrócić do Palestyny. Ale Izrael się nie zatrzyma” – uważa 27-letnia Nirmeen.
z obozu Szatila (Liban)
Czyta się kilka minut
Na ulicach Szatili wiszą zdjęcia Palestyńczyków, którzy zginęli w walce z Izraelem. Napis na plakacie z Arafatem głosi: „Droga Palestyny nie jest usiana różami, lecz wybrukowana krwią męczenników”. Bejrut, 13 października 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska
Na ulicach Szatili wiszą zdjęcia Palestyńczyków, którzy zginęli w walce z Izraelem. Napis na plakacie z Arafatem głosi: „Droga Palestyny nie jest usiana różami, lecz wybrukowana krwią męczenników”. Bejrut, 13 października 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

Pośród labiryntu ciasnych uliczek, przez które nie przeciśnie się samochód, za to dziesiątki pędzących skuterów zręcznie omija stragany, ludzi i śmieci, na plastikowym krześle siedzi mężczyzna.

Siedzi samotnie i patrzy na ścianę przeciwległego budynku. Patrzy ze spokojem, a na twarzy ma przyjazny uśmiech. Przedstawia się jako Abu Shadi Salhani, ojciec Shadiego, lat 72. I mówi, że czeka na śmierć.

Potem wybucha śmiechem. Ale oboje wiemy, że nie żartuje. Jego dom w Szatili, obozie dla takich jak on palestyńskich uchodźców, leży dziś w miejscu, którego zaraz może nie być. Położony jest bowiem zaledwie paręset metrów od – zbombardowanej niedawno – drogi między Szatilą a Bourj el-Barajneh, innym palestyńskim obozem. I trochę dalej od Ad-Dahiji, szyickiej dzielnicy na południu Bejrutu, która dziś straszy pustymi ulicami zdewastowanymi przez izraelskie naloty.

Abu Shadi Salhani przed swoim domem w Szatili. Bejrut, 13 października 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

Konflikt Izraela z Hezbollahem niszczy Liban

Od kiedy pod koniec września tego roku rozpoczęła się izraelska inwazja na Liban, dookoła Salhaniego jest głównie destrukcja.

Po długich miesiącach wymiany ognia z Hezbollahem (wspieraną przez Iran szyicką partią polityczną i organizacją militarną z Libanu), Izrael zdecydował się na radykalne kroki. Najpierw, na skutek akcji izraelskich służb, wybuchły pagery i walkie-talkie, z których korzystali bojownicy Hezbollahu. Potem rozpoczęła się inwazja. Bomby zniszczyły szyickie wioski na południu kraju i południowe przedmieścia Bejrutu. Część z nich przeznaczona była dla kierownictwa Hezbollahu, którego liderzy, w tym przywódca Hassan Nasrallah, zginęli w nalotach.

Ponad 1,2 miliona Libańczyków musiało opuścić swoje domy i szukać schronienia w innych częściach kraju, a prawie 2,5 tys. ludzi, w większości cywili, straciło życie.

Jako że źródłem inwazji był konflikt między Izraelem a Hezbollahem, libańska armia wstrzymuje się od działań przeciwko najeźdźcy. I to pomimo że na skutek izraelskiej inwazji cierpią nie tylko szyici, lecz również inne grupy wyznaniowe w Libanie, kraju głęboko podzielonym religijnie i politycznie.

Dziś jednak, choć wielu Libańczyków nie chce lub boi się do tego przyznać, to w obronie przed armią Izraela mogą liczyć tylko na Hezbollah.

Palestyńczycy bez obywatelstwa

Salhani siedzi przed swoim domem i przygląda się życiu Szatili. Choć tak naprawdę od lat sypia już poza jej murami, ciasnymi i lepkimi od wilgoci. Dorobił się drugiego domu w bezpieczniejszej i bardziej zamożnej okolicy, z dala od problemów palestyńskich obozów. Ale Szatila to nie tylko brudne ulice i liche konstrukcje. To jego życie, jego społeczność, przyjaciele. I dlatego, mimo zagrożenia, każdego dnia wraca, by posiedzieć na krzesełku w zatęchłej uliczce.

Ten dom Salhaniego w Szatili wcześniej należał do jego rodziców. Byli uchodźcami z Palestyny: wygnani przez Izrael w 1948 r., znaleźli schronienie tutaj, w libańskim Bejrucie. Na początku wydawało się, że będzie to schronienie tymczasowe, ale lata mijały, a Palestyńczycy nie mieli dokąd wracać. Z czasem namioty zamieniły się więc w bardziej trwałe konstrukcje, cztero- i pięciopiętrowe, utwardzane doraźnie, czym tylko się dało.

I choć do tej pory kolejne pokolenia Palestyńczyków rodzą się tutaj jako bezpaństwowcy, to ten kilometr kwadratowy ciasnych uliczek – na którym mieszka ok. 12 tys. spośród społeczności libańskich Palestyńczyków, liczącej dziś ok. 250 tys. ludzi – jest ich domem.

Domem, któremu daleko do ideału, który nie jest ani wymarzoną Palestyną, ani bogatą Europą czy Kanadą, dokąd ucieka stąd tak wielu młodych. Jest jednak symbolem trwania palestyńskiego narodu, jego namacalną pamięcią – co w obliczu izraelskiej destrukcji Strefy Gazy nabiera dodatkowej, symbolicznej wymowy.

Izraelska inwazja zmusza libańskich Palestyńczyków do ucieczki

– To jest mój rodzinny dom. W tym domu moja matka urodziła dwanaścioro dzieci. Rodziła co roku – od roku 1949 do 1961. Potem moje dzieci urodziły się już w Libii, gdzie pracowałem przez 11 lat. Dziś mieszkają za granicą, w Niemczech i Szwecji. Ale przez lata mieszkaliśmy tutaj i to tu są nasze korzenie – mówi Salhani. – Moje siostry mieszkają na południu Libanu. To o nie się boję najbardziej – dodaje.

Czy śmierć przyjdzie, czy też nie – to nie ma dla Salhaniego większego znaczenia, bo wierzy, że wszystko jest w rękach Boga. A Bóg jest dobry i sprawiedliwy. Salhani widzi jednak popłoch u reszty społeczności.

Choć ciężko w to uwierzyć, patrząc na stale zatłoczone uliczki Szatili, od początku izraelskiej inwazji wielu jej mieszkańców opuściło obóz. Setki Syryjczyków i Palestyńczyków z Syrii, którzy wcześniej, w czasie syryjskiej wojny domowej, uciekli stamtąd i znaleźli schronienie w libańskiej Szatili, teraz, po rozpoczęciu bombardowań Bejrutu, spakowały walizki i opuściły obóz.

Jednak większość z nich nie miała gdzie się podziać. Naprędce otwarte schroniska w szkołach, w środkowej i północnej części kraju, przeznaczone dla wojennych przesiedleńców, przyjmują tylko Libańczyków. Z braku innego wyjścia, po wielu latach na uchodźstwie, tysiące Syryjczyków – w tym syryjskich Palestyńczyków – powróciły do Syrii. Decydując się na to, pomimo że reżim Baszara al-Asada nadal prześladuje przeciwników politycznych.

Ulice Szatili. Bejrut, 13 października 2024 r. // Fot. Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

Masakra w Szatili

Salhani uważa, że ludzie uciekają z Szatili, bo ta izraelska inwazja na Liban wygląda mniej przewidywalnie niż poprzednia z roku 2006. Wtedy w ciągu 34 dni życie straciło ponad tysiąc ludzi, a 900 tys. musiało opuścić swoje domy. – Wtedy mniej więcej wiedzieliśmy, gdzie będą spadać bomby. Dziś to jest loteria. To zdecydowanie najstraszniejszy moment w historii obozu, który przeżyłem – przekonuje Salhani.

A obóz widział już straszne rzeczy. W 1982 r. Izrael najechał na Liban, by ostatecznie rozprawić się z Organizacją Wyzwolenia Palestyny – grupą polityczno-militarną, mającą na celu utworzenie palestyńskiego państwa. Jej militarne skrzydło od końca lat 60. organizowało zbrojne akcje przeciw Izraelowi, w tym z terenów południowego Libanu.

We wrześniu 1982 r. nacjonalistyczna milicja maronicka, występująca pod nazwą Siły Libańskie i wspierana przez armię izraelską, dokonała masakry libańskich szyitów i Palestyńczyków właśnie w Szatili, a także w sąsiedniej Sabrze. Wedle różnych szacunków w czasie dwudniowego szturmu na obóz zginęło od 1300 do 3,5 tysiąca ludzi. Do dziś zbrodnia ta uznawana jest za jedną z bardziej tragicznych kart libańskiej wojny domowej, która toczyła się pomiędzy różnymi frakcjami i grupami wyznaniowymi w latach 1975-1990.

„Doktryna Ad-Dahiji”

Od tamtej inwazji w 1982 r. armia izraelska okupowała południowy Liban. Wprawdzie w 2000 r. wycofała się, ale sześć lat później, w odpowiedzi na przygraniczne ataki Hezbollahu, Izrael znów najechał sąsiada i rozpoczął trwający ponad miesiąc ostrzał kraju.

To wówczas ukuto termin „doktryna Ad-Dahiji” – nazwa wzięła się od szyickich dzielnic w południowym Bejrucie, uważanych za bastion Hezbollahu, które zarówno w 2006 r., jak i teraz stały się celem izraelskich nalotów i ostrzałów. Doktryna ta ma zakładać niszczycielskie ataki na dzielnice mieszkalne i niszczenie cywilnej infrastruktury, w tym wodociągów, szkół, szpitali czy zbiorników na wodę.

Salhani uważa, że tegoroczna inwazja przewyższa koszmarem tę z 2006 r.

Opinię tę potwierdza Nirmeen, 27-letnia piękność z Szatili. Choć podczas poprzedniej wojny miała jedynie dziewięć lat, pamięta, co się wtedy działo. Dziś na jej długich czarnych włosach widnieją już nitki siwizny. Życie w Szatili nie oszczędza nikogo, a Nirmeen jest młoda i chce żyć. Marzy o wyjeździe na studia magisterskie do Kanady, ale nie wiadomo, kiedy to będzie możliwe. Na razie skończyła licencjat z public relations na jednym z bejruckich uniwersytetów, ale nie ma stałej pracy.

Palestyńczycy z Szatili

Jako Palestynka z syryjskim paszportem, Nirmeen nie może wykonywać większości dobrze płatnych prac. Wprawdzie jej matka jest Libanką, ale w Libanie kobiety nie przenoszą obywatelstwa na swoje dzieci. Nirmeen mogła zatem ubiegać się jedynie o paszport syryjski – po ojcu, który był Palestyńczykiem z Syrii.

Był, bo w 2016 r. został zastrzelony po tym, jak wydał wojnę obozowym dilerom narkotyków. Odpowiadał w Szatili za bezpieczeństwo i podczas jednego z nocnych dyżurów dostał kulę w obojczyk. Nie zdążono go uratować. Dziś jego portrety wiszą na murach Szatili koło portretów Jasera Arafata, wieloletniego przywódcy OWP, a także obok portretów Palestyńczyków z Gazy, którzy zginęli (tutaj mówią: męczenników).

Gdy Izrael zaczął ostrzeliwać sąsiednie rejony, Nirmeen, najmłodsza z rodzeństwa, zarządziła ewakuację całej rodziny mieszkającej w lichym czteropiętrowym bloku: – Pojechaliśmy do siostry, która mieszka w bezpiecznej części Bejrutu.

Następnego dnia Nirmeen i jej rodzina postanowili jednak wrócić do Szatili. – Nie czuję się bezpiecznie, gdy nie jestem u siebie w domu. Jeśli mam umrzeć, to chcę, żeby to się stało tutaj – tłumaczy.

W libańskim obozie dla uchodźców

Nirmeen uważa, że Izrael do tej pory nie zbombardował palestyńskiego obozu, bo poza biedotą nie ma tutaj nic: ani infrastruktury, ani żadnego centrum dowodzenia, ani liderów. A przecież – jak na razie – deklarowanym celem nalotów jest Hezbollah. Bo to on od lat jest jedyną siłą w Libanie, walczącą zbrojnie o prawa Palestyńczyków.

Aby zapomnieć o tym, co się dzieje, Nirmeen i jej rodzina starają się każdą wolną chwilę spędzać wspólnie. Gdy nie są razem, piszą do siebie wiadomości. Nirmeen jest też wolontariuszką w szkole, która w ostatnich tygodniach została przekształcona na obóz dla uchodźców z Ad-Dahiji i południowych rejonów kraju. Pomaga rozdawać jedzenie, rozmawia z przesiedleńcami. Choć nie jest pewna, czy szkoła to bezpieczne miejsce.

Jednak przynajmniej uchodźcy czują się tu w miarę bezpiecznie. W kompleksie policealnej szkoły technicznej, składającej się z czterech sporych bloków, 1 października miał się rozpocząć rok szkolny. Ale się nie zaczął – dziś każdą salę lekcyjną zajmuje inna rodzina. Jak na razie miejsca starcza dla ponad 1100 osób. Na dziedzińcu dzieci grają w piłkę nożną, wolontariusze z palestyńskiej organizacji pomocowej czekają na instrukcje, rodziny z maleńkimi dziećmi w wózkach spokojnie spacerują.

Każdy marzy, by wrócić do domu. I jest wdzięczny, że inwazja zbiegła się z okresem, gdy noce ciągle jeszcze są ciepłe. Gorzej byłoby zimą.

Libańskie kryzysy humanitarne

Nikt nie ma wątpliwości, że gdyby nie społeczeństwo obywatelskie, niezależne organizacje i wolontariusze, libańskie państwo nie poradziłoby sobie z kolejnym kryzysem.

Te trapią Liban od dawna. W 2019 r. rewolucja przeciw korupcji i sztucznemu systemowi politycznemu, który tylko wzmacnia sekciarskie i religijne podziały, wywróciła życie w kraju do góry nogami. Potem pandemia wzmogła mnożące się problemy. W końcu w sierpniu 2020 r., przy ciągle trwających społecznych protestach, eksplozja zmagazynowanych w bejruckim porcie łatwopalnych materiałów zniszczyła północno-wschodnią część Bejrutu.

Od lat różne libańskie kryzysy nakładały się na siebie, aż zabrały ludziom nadzieję na zmiany. Obecna wojna to „tylko” kolejne z wielu nieszczęść trawiących Liban.

Tymczasem w szkole-schronisku Nirmeen wita się ze wszystkimi. Um Yousif, matka Yousifa, siada na plastikowym krzesełku przed budynkiem, który na jakiś czas ma zastąpić jej dom, i zapala papierosa. Głęboko wciąga dym do płuc.

Um Yousif ma 64 lata. Zanim na stałe zamieszkała na południowych przedmieściach Bejrutu, niedaleko Bourj el-Barajneh (kolejnego z palestyńskich obozów), parę razy przyszło jej opuszczać miejsce, które nazywała domem.

Urodziła się jako dziecko przesiedleńców z Palestyny. W dzieciństwie i młodości tułała się z rodzicami po różnych obozach dla uchodźców. Najpierw na południe od Bejrutu, potem w samej stolicy. Łącznie mieszkała w trzech. Ma nadzieję, że teraz to jej ostatnie przesiedlenie.

Pytani o przyszłość, libańscy Palestyńczycy mówią dziś jednym głosem

Um Yousif wspomina chwilę, gdy kilkanaście dni temu opuszczała swój ostatni dom w Bejrucie: – Nocne bombardowanie było intensywne. Z moim synem i 93-letnim sparaliżowanym ojcem najpierw przemieściliśmy się na parter domu. Potem udaliśmy się do mojej siostry. Nawet nic ze sobą nie zabraliśmy. Później okazało się, że możemy zatrzymać się tutaj.

– Żadne miejsce w Libanie nie jest dziś bezpieczne – uważa Um Yousif, która chciałaby tylko wrócić do siebie. Do domu. Lub do tego, co z tego domu zostało.

Liczy, że wojna może się zakończyć w każdej chwili. Ale to tak naprawdę niczego nie zmieni. Dopóki trwa okupacja Palestyny, dopóki nie ma palestyńskiego państwa, dopóty walka z Izraelem będzie trwać – tak to widzą.

Nikt z Palestyńczyków, z którymi rozmawiałam, nie wierzy, że ataki Izraela, które pozbawiły życia przywódców Hezbollahu, zdołały osłabić organizację. – Tu chodzi o ideę. Ludzie wierzą w ideę. I Palestyńczycy, i Libańczycy. Tu nie chodzi o konkretnych ludzi, każdego można zastąpić kimś innym – uważa Nirmeen.

– Chcemy tylko pokoju: i w Libanie, i w Gazie – zapewnia dziewczyna. – I chcemy wrócić do Palestyny. Ale Izrael nigdy się nie zatrzyma. On chce nie tylko Palestyny, ale i Libanu, i Jordanii, i Syrii. Tak długo, jak długo będzie trwała okupacja, będzie trwał i nasz opór.

Wszyscy Palestyńczycy w obozie i poza nim mówią dziś jednym głosem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 43/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Oczami Palestyńczyków