Przełom lat 60. i 70. zeszłego wieku. Kilkuletni wówczas Tomasz Stachura spaceruje z rodzicami nadbrzeżem portowym w Gdyni. Ojciec mówi coś o zacumowanych statkach. Mama palcem wskazuje na jednostki majaczące dalej na horyzoncie, ale chłopiec patrzy gdzie indziej. – To jedno z moich pierwszych wspomnień, ale wyraźnie pamiętam, że gapiłem się w wodę – wspomina. – Już wtedy towarzyszyło mi poczucie, że jej lustro wyznacza jedynie granicę znanego nam świata, za którą rozciąga się inny, bardziej interesujący od tego na powierzchni.
Rok 2013. Tomasz Stachura – już doświadczony płetwonurek, znany eksplorator bałtyckich wraków i zarazem właściciel prężnej firmy produkującej skafandry nurkowe – przegląda wiadomości. Jeden z artykułów donosi o fiasku wojskowej misji, która wyruszyła na Morze Północne w poszukiwaniu słynnego okrętu podwodnego ORP „Orzeł”. Jesienią 1939 r. o brawurowej ucieczce polskiej jednostki z Tallina, gdzie załodze skonfiskowano mapy, mówiły media w całej nieogarniętej jeszcze wojną Europie. Bez kapitana, który został w estońskim szpitalu i praktycznie bez nowoczesnej nawigacji, złożona z młodziutkich marynarzy załoga zdołała przebić się aż do Szkocji, zaciekle ścigana po drodze przez połowę bałtyckiej obsady Kriegsmarine.
23 maja 1940 r. ORP „Orzeł” z 63 osobami na pokładzie wyszedł z portu w szkockim Rosyth na patrol bojowy. Osiągnięcie wyznaczonej pozycji w sektorze A3 pośrodku Morza Północnego załoga miała wedle niektórych źródeł potwierdzić nazajutrz zaszyfrowanym radiogramem. Na wysłany 1 czerwca rozkaz przejścia do sąsiedniego sektora A1 już nie odpowiedziała. Bez odzewu pozostało także wydane 6 czerwca polecenie powrotu do portu.
11 czerwca 1940 r. kontradmirał Jerzy Świrski, szef kierownictwa Marynarki Wojennej podpisał komunikat, w którym stwierdził, że „z powodu braku jakichkolwiek wiadomości i niepowrócenia z patrolu w określonym terminie – okręt podwodny Rzeczypospolitej Polskiej »Orzeł« uważać należy za stracony”.
Tomasz Stachura: – Jak każdy chłopak urodzony za PRL-u, legendę „Orła” znałem niemal na pamięć. O jego zaginięciu od zawsze dużo mówiło się także w środowisku eksploratorów bałtyckich wraków, w którym obracałem się od lat 80., jednak nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego go nie odnaleziono. Wydawało mi się naturalne, że powinno na tym zależeć państwu polskiemu. Czytając tamte wiadomości, przeżyłem więc coś na kształt szoku. Okazało się, że polska marynarka wojenna po zaledwie jednej próbie nie planuje wznowienia poszukiwań. Rzuciłem temat naszej grupie poszukiwaczy wraków, wypłaciłem pieniądze z konta i wyruszyliśmy do Szkocji. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że dziesięć lat później nie tylko nie będę wiedzieć, gdzie spoczywa „Orzeł”, ale że nawet nie będę mieć pomysłu, gdzie jeszcze poszukać, tobym go wyśmiał. Tymczasem na koncie mamy już dziesięć ekspedycji i żadna nie zbliżyła nas do odpowiedzi na pytanie, gdzie okręt zakończył szlak bojowy. Dlatego w tym roku nie popłyniemy. Od zeszłorocznej wyprawy nie natrafiliśmy na żaden nowy trop wart sprawdzenia na morzu.
Bratni ogień, stary olej
Poszukiwanie szczątków 84-metrowej jednostki na obszarze półtora raza większym od całego Bałtyku może się wydawać zadaniem z góry skazanym na niepowodzenie. W rzeczywistości Morze Północne – zwłaszcza tzw. obszar A3, który wiosną 1940 r. miał patrolować ORP „Orzeł” – to wody stosunkowo płytkie i od dawna dobrze rozpoznane. Doskonałym źródłem informacji są zwłaszcza rybacy, którzy wolą nie tracić sieci na przeszkodach na dnie i każdy napotkany zaczep z pieczołowitością nanoszą na swoje mapy. Konsultacje z szyprami kutrów to podstawa warsztatu poszukiwaczy wraków i w Polsce, i w Szkocji.
Plan, z którym Stachura z ekipą ruszyli do Szkocji w 2014 r., zakładał jednak weryfikację hipotezy dr. Huberta Jandy, który w oparciu o brytyjskie i niemieckie dokumenty podejrzewał, że polski okręt został omyłkowo zbombardowany przez brytyjskie lotnictwo. W archiwach RAF historyk natrafił na informację, że około ósmej rano 3 czerwca 1940 r. załoga maszyny Lockheed Hudson z 224. dywizjonu w Leuchars dokonała skutecznego ataku na okręt podwodny (po akcji piloci zauważyli plamę ropy na powierzchni). Brytyjczycy byli przekonani, że zatopili U-Boota, z analizy danych o ruchu niemieckich sił morskich wynikało jednak, że tego dnia na podanej przez lotników pozycji nie mógł się znajdować żaden okręt podwodny Kriegsmarine. Miejsce ataku było oddalone o ponad 100 mil morskich także od pozycji wyznaczonych w pierwotnym rozkazie załodze „Orła”. Czyżby – jak przypuszczał Jando – polski okręt znalazł się w feralnym miejscu wskutek nieujawnionych do dziś tajnych rozkazów dowództwa brytyjskiego, które wyznaczyło mu inne zadanie? Polski historyk postawił taką hipotezę w oparciu o archiwa niemieckiego kontrwywiadu, w których zachowała się informacja, że nad ranem 3 czerwca 1940 r. sektor A1 rzeczywiście opuścił aliancki okręt podwodny.
– Ze wszystkich hipotez ta wydawała nam się najbardziej prawdopodobna – tłumaczy Tomasz Stachura. – Inne, mówiące choćby o wejściu na minę lub zbombardowaniu przez niemiecki samolot, albo miały słabe umocowanie w źródłach, albo były po prostu nieprzekonujące. Uważałem i nadal uważam, że „Orzeł” musiał zatonąć najpóźniej kilka dni po wyjściu z portu. Jego zadanie polegało głównie na obserwacji jednostek niemieckich i przekazywaniu takich danych dowództwu. Gdyby doszło do awarii radiostacji, jak chce część badaczy, okręt zawróciłby do portu.
Na pokładzie wynajętego kutra rybackiego Stachura z towarzyszami wyszedł w morze. – I kilka kolejnych dni spędziliśmy dosłownie rzygając na zmianę za burtę – wspomina. – A przecież w wyprawie udział brali sami doświadczeni płetwonurkowie i marynarze, dla których choroba morska to nie problem. Coś mi nie grało, bo sam czułem się zbyt fatalnie jak na warunki, które zastaliśmy na morzu. Wróciliśmy więc do portu, po czym okazało się, że załatwił nas wynajęty na miejscu kucharz, który przygotowywał nam posiłki na starym oleju.
Znikające punkty
W 2015 r. wyposażeni w lepszy sprzęt i żywność poszukiwacze wracają w miejsce przebadane rok wcześniej. Nie natrafiają na „Orła”.
Rok później ekspedycja kieruje się do Holandii, dla sprawdzenia hipotezy, że jednostka zaginęła podczas ataku przeprowadzonego przez niemiecki okręt Schnellboot S13 w okolicy portu Den Helder. Znów pudło.
W 2017 r. ekipa ponownie wraca na miejsce zbadane w 2014 i 2015 r., ale rozszerza obszar poszukiwań. Natrafiają na wrak o wymiarach zbliżonych do „Orła”, podwodne oględziny wraz z analizą archiwów uzmysławiają im jednak, że odnaleźli szczątki brytyjskiego okrętu HMS Narwhal, który zaginął kilka tygodni po polskiej jednostce.
Kolejna wyprawa w 2018 r. odbywa się w dwóch turach. Za pierwszym razem warunki na morzu uniemożliwiają poszukiwania. W drugim podejściu zespół sprawdza 43 pozycje w środkowej i wschodniej części Morza Północnego, przepływając w tym czasie 1162 km. Odnajduje aż 16 nieznanych dotychczas wraków, żaden nie jest jednak tym poszukiwanym.
W 2019 r. badania koncentrują się na obszarze A3, w którym „Orzeł” miał działać zgodnie z pierwszym rozkazem. Osiem dni na pełnym morzu, blisko dwa tysiące pokonanych kilometrów, dziesiątki godzin pod wodą i aż 183 przebadane pozycje, z których 83 okazują się nieznanymi dotąd wrakami. Śladów „Orła” – znów brak.
Rok 2020. Na pokładzie profesjonalnej jednostki do prac podwodnych poszukiwacze weryfikują hipotezę o tym, że polski okręt zatonął po omyłkowym wejściu na brytyjskie pole minowe. W pewnym momencie członkom ekipy serca zaczynają bić żwawiej: na ekranach echosondy pojawia się obiekt o kształcie i rozmiarach odpowiadających ORP „Orzeł”. Na dno schodzi robot, jednak analiza zdjęć wykazuje, że odnaleziony wrak to zatopiony w 1918 r. brytyjski okręt podwodny L10. Zaledwie 160 metrów dalej poszukiwacze natrafiają na dnie na szczątki niemieckiego torpedowca S34, z którym brytyjscy marynarze stoczyli zapewne ostatnią potyczkę.
– W zeszłym roku, po przerwie wymuszonej pandemią, wyruszyliśmy sprawdzić jeszcze jeden trop – mówi Stachura. – Część badaczy przypuszcza, że pozbawiony kontaktu z dowództwem „Orzeł” mógł odejść daleko na wschód, w pobliże wybrzeża Danii, żeby obserwować stamtąd ruch niemieckich jednostek. Następnie mógł wylecieć na minie. Przebadaliśmy aż 149 potencjalnych lokalizacji, które podsunęli nam rybacy oraz zaprzyjaźnieni badacze wraków Morza Północnego. Zidentyfikowaliśmy kilka okrętów podwodnych i jeden pancernik. „Orzeł” pozostaje nieuchwytny. Z listy hipotez dotyczących jego losów skreśliłem już, jako sprawdzone, te najbardziej prawdopodobne i te trudniejsze do przyjęcia, choć możliwe. Wynajęliśmy zawodowych archiwistów, którzy na nasze zlecenie kopali w niemieckich i angielskich archiwach. Utrzymujemy kontakty z miejscowymi rybakami i poszukiwaczami wraków. Na razie nie wpadło nam do ręki nic, co mogłoby pchnąć poszukiwania w nowym kierunku, dlatego wstrzymaliśmy prace na morzu.
Mail od Ballarda
Firma Stachury radzi sobie dostatecznie dobrze, by w pojedynkę ponieść koszty poszukiwań. Pojawili się też inni sponsorzy gotowi wesprzeć poszukiwania wraku najsłynniejszego polskiego okrętu. Za historycznie wzmożonych rządów PiS zgłosił się nawet Lotos z propozycją hojnego dofinansowania. Skończyło się na tym, że statek, na którego pokładzie ekipa miała ruszyć w morze, został tylko do pełna zatankowany przez gdańską firmę. – Zadzwoniłem, grzecznie wyjaśniłem, że nie możemy zamienić wyprawy w przedsięwzięcie promujące markę Lotosu, i o dziwo spotkałem się z pełnym zrozumieniem – uśmiecha się Stachura.
Legenda „Orła” sprawia, że na dalszy plan schodzą osobiste animozje czy polityczne resentymenty. Nieznani pasjonaci historii piszą do prowadzącej dziś projekt fundacji „Santi. Odnaleźć Orła” z informacjami mogącymi pomóc w poszukiwaniach. Do kolejnych wyjść w morze zgłasza się więcej doświadczonych nurków i hydrogeologów niż potrzeba – mimo że za kilka tygodni na morzu nikt nie dostaje wynagrodzenia. Gert Normann, bodaj największy ekspert od wraków Morza Północnego, udostępnił polskiej ekipie swoją bazę danych o obiektach na dnie. W sprawie współpracy pisał nawet Robert Ballard, legendarny odkrywca wraku Titanica. – Miło się nam zrobiło, ale nic by nam to nie dało poza rozgłosem, a na tym akurat nam nie zależy – zapewnia Tomasz Stachura. – Każdy z nas ma oczywiście osobistą motywację, ale dzielimy przekonanie, że pracujemy z delikatną materią.
Nie chodzi tylko o stan obiektów pod wodą. Wrak na dnie to niekiedy tylko fragmenty drewna lub stali rozsiane na powierzchni boiska piłkarskiego. Na identyfikację pozwalają wówczas charakterystyczne elementy konstrukcyjne, detale wykończenia, czasem charakterystyczny ładunek. Inne jednostki siadają jednak na dnie w niemal nienaruszonym stanie, zapewniając wrażenie obcowania z przybyszem z innej epoki, kiedy wąski snop latarki po raz pierwszy wyławia je z podmorskich ciemności. Często towarzyszy temu dojmująca świadomość, że wizytuje się miejsce, w którym na wieki spoczął nie tylko statek.
Stachura do dziś nie potrafi opanować emocji, wspominając pierwsze spotkanie z „Karlsruhe”, wrakiem niewielkiego statku handlowego, który 11 kwietnia 1945 r. wyszedł z Królewca jako ostatnia jednostka uczestnicząca w operacji „Hannibal”, morskiej ewakuacji ponad dwóch milionów mieszkańców ówczesnych Prus Wschodnich.
Na pokładzie 66-metrowego statku znajdowało się 150 żołnierzy pułku „Herman Göring”, 25 robotników kolejowych oraz 888 uchodźców. Wraz z załogą – łącznie 1083 osoby. Nad ranem 13 kwietnia wypatrzyły go radzieckie samoloty. Zbombardowany „Karlsruhe” zatonął w ciągu trzech minut wraz z całym ładunkiem. Ocalało jedynie około stu osób, które nie były jednak w stanie wskazać precyzyjnego miejsca ataku. Dokładnych wskazówek nie dostarczyły też dane z radzieckich i niemieckich archiwów wojskowych.
– Na każde nurkowanie do niezidentyfikowanego wraku ruszamy z czymś w rodzaju instrukcji, które przygotowuje nam Tomasz Zwara, członek naszej ekipy specjalizujący się w historii marynistyki. Płynąc na pozycję, która potem okazała się wrakiem „Karlsruhe”, również mieliśmy takie dossier – wyjaśnia Stachura. – Tomek dołączył do niego relację ocalałego chłopca, który wspominał, że na dziobie statku stała niewielka ciężarówka. Kiedy na „Karlsruhe” spadły radzieckie bomby, zapadł się pokład i samochód na oczach chłopaka wleciał do ładowni. Dopływamy na pozycję, wskakujemy do wody, schodzimy na dno, w głowie mam jeszcze tamten opis. Przy dnie trafiam na silny prąd, a na głębokości ponad 80 metrów walka z nim może doprowadzić do hiperwentylacji, czyli tak naprawdę uduszenia się, mimo że w butlach jest gaz oddechowy. Próbuję schować się przed prądem, w części dziobowej wraku znajduję dziurę w kadłubie, wchodzę do niej, zaglądam do środka – i widzę świetnie zachowaną ciężarówkę! Poczułem, jakbym w ciągu sekundy odbył podróż w czasie do kwietnia 1945 r.

Zamknąć historię
Jak będzie wyglądać „Orzeł”, kiedy po dekadach na dnie znów padnie na niego światło? Wody Morza Północnego nie są tak łaskawe dla wraków jak Bałtyk. Metalowy kadłub „Orła” – jeśli tylko okręt nie eksplodował pod wodą – powinien być jednak zachowany w stanie lepszym od większości jednostek, które zatonęły w trakcie II wojny światowej. W przeciwieństwie do niemieckich U-Bootów z końca wojny, które na zlecenie Kriegsmarine budowano w dużych ilościach, polski okręt konstruowano z naciskiem na jakość. Kadłub nie był nitowany, lecz spawany, co w tamtych czasach stanowiło technologiczną ciekawostkę. Wręgi, czyli jego ożebrowanie, wyprowadzono na zewnątrz dla zapewnienia większej przestronności w środku, co również było rzadkim rozwiązaniem. Nietypową na owe czasy konstrukcję miał także kiosk „Orła” i klapy wyrzutni torped.
– Jeśli okręt się rozpadł, te elementy powinny pomóc w identyfikacji – podkreśla Stachura. – Wiemy, że na dziobie z odlanych z brązu liter ułożono jego imię, ale wiadomo też, że zdejmowano je lub zamalowywano, kiedy okręt wychodził na misję bojową. Możliwe więc, że ich tam nie będzie.
W gruncie rzeczy – jak mówi – nie to będzie jednak najważniejsze. Odnalezienie miejsca ostatecznego spoczynku „Orła” w pewnym sensie zaszkodzi wręcz jego awanturniczej legendzie, na którą składa się i brawurowa ucieczka okrętu z Tallina, i szalona eskapada po omacku przez Bałtyk oraz Morze Północne, i wreszcie tajemnica jego ostatniej misji.
– Mnie od lat dźwięczy w pamięci rozmowa z krewnym jednego z marynarzy z „Orła” – mówi Stachura. – Zadzwoniłem z pytaniem o detale i wtedy ten starszy już człowiek powiedział, że czekał na ten telefon od 70 lat. Wtedy dotarło do mnie, że rodzinami ludzi, którzy jako jedni z nielicznych zapisali się chlubnie w naszej historii pełniąc służbę na morzu, państwo polskie nigdy się nawet nie zainteresowało. Zamykając historię „Orła” opowieścią o jego ostatniej godzinie, oddamy więc honor również im.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















