Adam Robiński: Mówi Pani o sobie: jestem z wrzosowisk. Co to właściwie znaczy?
Dorthe Nors: Niebo nad środkowozachodnią Jutlandią przypomina to rozciągnięte ponad preriami. Jest ogromne, zwieńczone horyzontem tak odległym, że można ku niemu wędrować ścieżkami przez wieczność. Dookoła pola uprawne, lasy, cisza i samotność. To nie jest malowniczy krajobraz, raczej surowy. Mało przytulny, ale piękny. W takim miejscu się wychowałam.
Co taki krajobraz robi z człowiekiem?
Sprawia, że gdziekolwiek jesteś, szukasz horyzontu. Mieszkałam potem w Kopenhadze i w Aarhus. Dużo czasu spędziłam w Londynie i w Nowym Jorku. Lubię duże miasta, ale szybko mnie wykańczają. Nie umiem w nich na dłuższą metę funkcjonować, być może dlatego, że nie widzę horyzontu. Dlatego ostatecznie osiedliłam się w miejscu, w którym wzrastałam, na jutlandzkich wrzosowiskach, bo to miejsce jest elementem mojej tożsamości.
Pytam o te wrzosowiska, bo jeśli spojrzeć na mapę Jutlandii, człowiekowi wydaje się, że kluczowe będzie jednak morze.
Morze Północne to bardzo teatralne środowisko, jego obecność jest niezwykle silna. Moje wrzosowiska wykształciły się właśnie dzięki sąsiedztwu morza. Wiatr nawiewa piasek w głąb lądu, zubażając glebę. Można więc powiedzieć, że wybrzeże Jutlandii i jej wnętrze to jeden i ten sam krajobraz, związany rozległym horyzontem. Dla niektórych to bywa nie do zniesienia. Zabrałam raz nad Morze Wattowe [przybrzeżny akwen w południowo-wschodniej części Morza Północnego, w rzeczywistości nie będący morzem – przyp. ar] dwie znajome pisarki z Kopenhagi. Dałam im wskazówki, ostrzegłam przed niebezpieczeństwami, a potem puściłam wolno. Jedna z nich od raz poszła przed siebie, zupełnie sama, bez jakichkolwiek obaw. Druga nie odstępowała mnie na krok. Trzymała się mnie kurczowo.
Co się jej stało?
Wyjaśniła mi później, że wychowała się w szwedzkich lasach i widok bezkresnego horyzontu ją przytłacza. Woli zamknięte krajobrazy, w których można uwić przytulne gniazdo. Za to ta druga była zachwycona. Powiedziała, że gdyby nie dzieci w Kopenhadze, natychmiast przeprowadziłaby się nad morze. Dlatego tak ważne wydaje mi się ustalenie, który krajobraz odpowiada każdemu z nas. Jaki krajobraz jest twój.
„Słone łąki” to książka napisana nad Morzem Północnym, ale Dania to dwa morza. Spotykają się w Skagen na północy Jutlandii. Opisuje Pani stanie w rozkroku i moczenie stóp w jednym i drugim naraz.
Zarówno Morze Północne, jak i Bałtyk są niezwykle ważne dla Duńczyków. Mamy siedem i pół tysiąca kilometrów wybrzeża, głównie za sprawą wysp i półwyspów. Duża jego część to cieśniny i Bałtyk. Dla mnie jest on morzem obcym, ale dla wielu Duńczyków stanowił bramę do Europy. To morze, na którym handlowaliśmy i toczyliśmy wojny. Wystarczy odbić od brzegu, by za chwilę trafić na inny naród, inną kulturę, z którą można zawrzeć sojusz albo wzniecić konflikt. A co oznacza Bałtyk dla Polaków?
To morze wakacyjne. Jest dekoracją dla urlopu, na ogół niczym więcej. Jesteśmy narodem śródlądowym, przywiązanym raczej do rzek.
Tymczasem będąc w Danii, właściwie ciągle jesteś nad morzem. Nigdy nie znajdujesz się dalej niż 50 km od wybrzeża. Przychodzi mi do głowy tylko jeden europejski naród, który byłby tak blisko związany z wodą jak my. To Holendrzy. Wracając do Bałtyku – żeglowałam kiedyś po nim i mam wrażenie, że szybko łapie się tam chorobę morską. Bałtyk jest ostry, twardy. A Morze Północne to przede wszystkim wszechobecny wędrujący piasek. Morze Północne jest miękkie. Uspokajające.
To bardzo ciekawe, bo z naszego, polskiego punktu widzenia jest zupełnie na odwrót: to Morze Północne jest obce i budzi postrach. Tymczasem Bałtyk jest swojski, przypomina jezioro, które da się objechać dookoła.
Oczywiście Morze Północne potrafi przerażać. Ale to moje morze, potrafię je czytać, więc działa na mnie uspokajająco. Chodzi o jakąś formę komunikacji między człowiekiem a krajobrazem. Wiem, co wolno, a czego nie wolno. Wiem, że przy pewnej pogodzie należy po prostu siedzieć w domu. Turysta wyjdzie na spacer w trakcie huraganu, tubylec wie, że to przerażające doświadczenie, więc zostanie w domu. Ale ponieważ zna ten akwen od dziecka, wcale go to nie dziwi. Taka jest kolej rzeczy i kropka.
Wie pan, to tak jakby postawić Duńczyka na nartach. Zupełnie sobie nie poradzi. Weźmy za to na przykład Norwega. Norwegowie to najlepsi narciarze we wszechświecie. Rodzą się z nartami na nogach, potrafią wyczyniać na nich cuda. Znają śnieg, znają góry, rozumieją ich realia. W przeciwieństwie do Duńczyków. Duńczyk na nartach w norweskich górach zaraz się zabije. Ale ten sam Duńczyk nie utonie w Morzu Północnym. W przeciwieństwie choćby do Niemca, dla którego to bardzo obcy świat. No więc, rozumując w ten sposób, Bałtyk jest dla mnie środowiskiem obcym. Bałtyk komunikuje się językiem, którego nie rozumiem. Nie lubię pływać w Bałtyku, nie robię tego.
Z lektury obu wydanych po polsku Pani książek – obok „Słonych łąk” to powieść „Lusterko, ramię, kierunkowskaz” – wyłania się narracja, wedle której aby docenić macierzystą ziemię, musiała Pani najpierw przenieść się do miasta.
Rzeczywiście. Potrzebowałam oczywiście wykształcenia i pracy. Ale nawet tam moje szlaki wiodły głównie po parkach i nabrzeżnych promenadach. W pewnym momencie zapytałam samą siebie: dlaczego ciągle robię to, czego oczekują inni? Dlaczego nie znajdę własnej drogi? Przecież jestem dorosła, mogę żyć tak, jak mi pasuje. To gdzie chciałabym mieszkać? Odpowiedź była oczywista: zachodnia Dania. Szybko znalazłam dom, w którym mogłam żyć i pracować.
Ale to miasto zrobiło z Pani pisarkę?
Chciałam nią zostać, od kiedy miałam osiem lat. Jakbym urodziła się z energią, która każe mi wszystko przekładać na język pisany. Pierwsze rzeczy, jakie napisałam, miały również związek z krajobrazem, który mnie wówczas otaczał. Ale, oczywiście, to wszystko się sprofesjonalizowało, gdy przeniosłam się na studia literaturoznawcze. W moim domu nie było wiele książek ani tradycji pisarskich. Potrzebowałam miasta, żeby stać się zawodową pisarką.
Tym samym wpisała się Pani w tradycyjną duńską migrację z zachodu na wschód.
Kopenhaga to centralny ośrodek duńskiej władzy. Nie zawsze tak było. To miasto bałtyckie. Wzrosło w siłę i bogactwo, bo kontrolowało cieśniny. Dzięki temu wygrało wewnętrzną walkę o kontrolę nad krajem. To wschód stał się ważny. W efekcie, aby się dorobić, trzeba było przenieść się na spokojne bałtyckie wody i czerpać z tamtego bogactwa.
Nam zdarza się pisać o Polsce dwóch prędkości, Polsce A i Polsce B. W takim razie Półwysep Jutlandzki to Dania B?
Gdy przeniosłam się z powrotem do zachodniej Jutlandii, nikt z moich kopenhaskich znajomych nie rozumiał, co wyczyniam. Zupełnie jakbym robiła krok wstecz. Moje życie zaczęło się zwijać. Nikt nie chciał mnie odwiedzać. Gdybym przeniosła się za pracą do Amsterdamu lub Paryża, wszyscy wsiadaliby w samolot i przylatywali. Ale wybrzeże?!
Jeśli to nie był krok wstecz, to dokąd?
Kiedy już wróciłam, zyskałam wiele zrozumienia dla ludzi stąd, ich zamknięcia w sobie, dystansu do innych. Odniosłam wrażenie, że mają po prostu dość bycia pomiatanymi. Kiedy byłam mała, nie wolno mi było mówić lokalnym dialektem zachodniojutlandzkim. Ludzie z Kopenhagi mogą mieć duże problemy ze zrozumieniem kogoś, kto mówi dialektem. Nam z kolei wmawiano, że to język chłopów i biedoty. Wiele lat później w Nowym Jorku usłyszałam, że to właśnie języki zachodniego wybrzeża dzisiejszej Danii, języki germańskich plemion Anglów, Sasów i Jutów dały początek angielskiemu. I myślę, że to jeden z powodów, dla których wschodnia Dania tak bardzo chciała postawić na swoim. Ludzie stamtąd doskonale zdawali sobie sprawę, że my, Jutlandczycy, wcale ich nie potrzebujemy. W każdej chwili możemy wsiąść do naszych łodzi i popłynąć na zachód, zadawać się z innymi.
„Słone łąki” to książka o podróży, w której łączy Pani punkt widzenia podróżnika z perspektywą tubylca. Jakby była Pani stąd i nie stąd jednocześnie.
Może wynika to stąd, że wybrzeże jest długie, a korzenie można mieć tylko w jednym miejscu? Moim są okolice Limfjord. Jeżdżąc po wybrzeżu, natykałam się na coraz to nowe historie, wątki i dialekty, ale krajobraz był wszędzie ten sam. Tu morze jest źródłem, wszystko inne stanowi coś na kształt posypki, detali.
Wcześniej pisała Pani powieści i opowiadania. Skąd potrzeba zmierzenia się z literaturą faktu?
Pod koniec 2018 r. byłam w trakcie pisania powieści, gdy zwrócił się do mnie pewien fotograf. Miał zlecenie na album o zachodnim wybrzeżu. Potrzebował tekstu, który towarzyszyłby zdjęciom. Było na to dużo pieniędzy. Odrzuciłam tę propozycję, bo byłam zajęta powieścią. Ale regularnie do mnie wracał – najwyraźniej byłam jedyną pisarką z zachodniego wybrzeża. Potrzebowałam czasu, żeby zrozumieć, że bardzo dobrze zrobi mi rok przerwy. Postanowiłam, że się tu pokręcę. Pojadę, usiądę na wydmie, pomyślę. Czytałam wcześniej sporo książek z nurtu przyrodopisarstwa, którego autorzy łączą opisy krajobrazu z relacją z podróży, historią i jeszcze paroma innymi strumieniami narracji. To bardzo twórczy miks. Dlaczego miałabym nie spróbować?
Jak się zostaje pisarką w społeczeństwie, w którym wszyscy mają być tacy sami? Gdzie takie same są ich domy, a nikt – jak głosi tzw. prawo Jante – ma nie czuć się lepszym od pozostałych? Jak w takich warunkach odnaleźć własny głos?
Zanim skończyłam 20 lat, mówiłam wszystkim, że chcę zostać dziennikarką, bo to było społecznie akceptowalne. Pisarka? Artystka? O nie, to już o wiele bardziej niebezpieczne zajęcia. Mam wrażenie, że elementy prawa Jante możemy znaleźć w niemal każdej kulturze. Ale to prawda, że w Danii zostało ono wyniesione na poziom narodowy. Mamy nieustannie asymilować się z otoczeniem. Zlewać się z nim w jedno. Tak jak już mówiłam, jesteśmy małym krajem, a w małych krajach idee często stają się plemiennym wymogiem. Trudno go nie przestrzegać, trudno iść własną drogą, bo od tego plemienia zależy nasze życie. Nikt nie chce być usunięty poza jego nawias. Więc się podporządkowujesz. Starasz się nie wyróżniać.
Buntowała się Pani?
Tak. Miałam rodziców, którzy mnie wspierali w poszukiwaniu własnej drogi. Moja mama była autystyczna i doszła do wniosku, że ja też jestem. Najwyraźniej autyzm był dobrą ścieżką dla tych, którzy chcieli pozostać na uboczu. Ale prawo Jante naprawdę dało mi się we znaki dopiero wtedy, gdy odniosłam sukces międzynarodowy. Nie możesz przecież być częścią plemienia i jednocześnie cieszyć się uznaniem w innym plemieniu! Duńczycy są bardzo dumni ze swoich rodaków, którym dobrze idzie za granicą, ale jednocześnie sam nie powinieneś się tym chwalić. Mówią: „Spójrzcie, oto przedstawiciel naszego plemienia!”. Ale ty wracaj do szeregu i siedź cicho, nie chcemy słuchać, jak się wymądrzasz. Nie ma w tobie nic wyjątkowego. W Stanach Zjednoczonych możesz być kim chcesz, pod warunkiem, że nie dybiesz na cudze pieniądze. W systemie klasowym Wielkiej Brytanii nikt nie ukrywa, że są lepsi i gorsi. Mam zresztą wrażenie, że podobnie skonstruowane są wszystkie społeczeństwa, tylko niektóre, takie jak duńskie, traktują to jako tabu.
Knud Sørensen, poeta, któremu poświęciła Pani w „Słonych łąkach” cały rozdział, napisał wiersz na okoliczność otwarcia Parku Narodowego Thy. Co za wspaniały pomysł! Systemową ochronę przyrody uczcić wierszem.
Knud był moim przyjacielem. Poznałam jego twórczość jeszcze jako nastolatka. Był fantastycznym opowiadaczem. Miałam nawet kasetę z nagraną przez niego opowieścią. Siadałam i słuchałam tego, jak wspaniale prowadził narrację. Niczym w dawno zapomnianych tradycjach oralnego przekazu. Co ciekawe, jego pierwsze próby pisarskie były mocno rozpolitykowane. Dopiero z czasem, gdy się zestarzał, zajął się wyłącznie krajobrazem. Interesowało go już tylko to, co łączy naszą egzystencję z przestrzenią dookoła. Co znajduje się pomiędzy naszym językiem i tym, co ów język opisuje. Kiedy umierał w wieku 92 lat, odnosiło się wrażenie, że granica między nim a innymi jest rozmyta. Jakby żył w każdym z nas.
Chciałem Panią zapytać jeszcze o innego poetę, który kojarzy mi się z Danią, choć był Irlandczykiem. Seamus Heaney miał swego czasu obsesję na punkcie mumii wydobywanych z duńskich torfowisk. Napisał o nich kilka wierszy. Nie kusiło Pani, by podążyć tym tropem? Idealnie zachowane mumie z epoki żelaza, które opisał, to materialny dowód przeszłości zapisanej w krajobrazie. Przypominają fundamenty kościoła zasypanego przez wydmę.
Na twarzy człowieka z Tollund maluje się nieziemski spokój. Jakby spał. Z kolei człowiek z Grauballe [druga słynna mumia, o której pisał Heaney – przyp. ar] zdaje się cierpieć. Widzimy, że jego śmierć nie była łatwa. Obie twarze są niezwykle poetyckie, nie mam żadnych wątpliwości, dlaczego wywarły na Heaneyu takie wrażenie. Sama nie pojechałam do Tollund, bo to już środkowa Jutlandia, zbyt daleko od wybrzeża. Torfowiska, w których mogły się zakonserwować ciała ludzi składanych w ofierze, nie są elementem mojego krajobrazu. Jeśli też ich tu chowano, to ich ciała dawno wymyło morze lub rozłożyły się w piasku.
Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, wspomniała Pani o kolejnej przeprowadzce. To jak jest z tym zapuszczaniem korzeni?
Jestem w trakcie kupowania domu. Kiedy skończymy rozmawiać, zadzwonię do pośrednika handlu nieruchomościami i kto wie, być może dowiem się, że moja oferta została przyjęta. Zachodnia Jutlandia to moje miejsce na ziemi, jestem pewna, że zostanę tu do starości. Ale powiem panu jeszcze jedno: wspominałam wcześniej o moim dialekcie i o jego związkach z językiem angielskim. Bo to też jest prawda o mojej tożsamości – czuję się zakorzeniona w angielskim. Uwielbiam pracować z Brytyjczykami i Amerykanami, ich towarzystwo jest bezpieczne.
Moje poprzednie pytanie miało być pułapką – bo czy da się zapuścić korzenie w miejscu, które składa się przede wszystkim z mórz i cieśnin?
Ma pan zapewne na myśli ciągły przepływ ludzi i idei. Pod tym względem to rzeczywiście bardzo płynna kraina. Kraina w ciągłym ruchu. Tylko że Duńczyków mamy tak naprawdę dwa typy. Są wśród nas ci, którzy siedzą w głębi lądu, trzymając się krajobrazu rolniczego. Podróż kojarzy im się z niebezpieczeństwem. Są nieufni wobec tego, co obce. Ale oprócz nich są też Duńczycy z wybrzeża, którzy znają swoje korzenie, ale jednocześnie strasznie ciekawi ich to, co znajduje się po drugiej stronie wody. I z wytęsknieniem wpatrują się w horyzont. To właśnie ja.
Dorthe Nors będzie gościnią festiwalu Literacki Sopot w dniach 22-25 sierpnia.

Dorthe Nors (ur. 1970) – duńska pisarka i tłumaczka z angielskiego oraz szwedzkiego. Nakładem Wydawnictwa Czarne w lipcu ukazuje się jej zbiór eseistyczny „Słone łąki”, poświęcony Jutlandii, w której Nors mieszka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















