Miłość w czasie wojny. Opowieść z Ukrainy: o tym, jak żyć, gdy ginie ukochany

Olga Danczenko-Konował ma 36 lat i jest wdową. Jej mąż, ukraiński żołnierz Serhij Konował, zginął kilka miesięcy temu. Oto jej opowieść: o Serhiju, ich małżeństwie i stracie. A także o innych kobietach, które również straciły swoich kochanych.
z obwodu donieckiego (Ukraina)
Czyta się kilka minut
Olga i Serhij pobrali się w styczniu 2024 r. Mąż zginął na froncie trzy miesiące później.
Olga i Serhij pobrali się w styczniu 2024 r. Mąż zginął na froncie trzy miesiące później.

Serhij mawiał, że miejsce prawdziwego wolontariusza jest na froncie – mówi mi Olga, gdy spotykamy się w przyfrontowym miasteczku w obwodzie donieckim. – I właśnie na froncie się poznaliśmy: ja wolontariuszka, on dowódca kompanii „Stalowa Sotnia” w 67. Brygadzie, stworzonej na bazie Ukraińskiego Ochotniczego Korpusu Prawy Sektor. To była wiosna 2022 r., front w obwodzie charkowskim, niedaleko miejscowości Barwinkowe.

Serhij służył od 2014 r. Kiedy pierwszy raz trafił na front, miał 22 lata. Na początku był w „Hospitalierach”, ochotniczej jednostce medycznej. Potem kierował tarnopolskim Prawym Sektorem.

Przyjechałam do jego oddziału na cztery dni. Zostałam do teraz. Żyłam z tym oddziałem. Nie, nie brałam udziału w walkach. Odpowiadałam za zaopatrzenie dla chłopaków. I dbałam o ich stan moralno-psychologiczny, mam dyplom psychologa.

W sierpniu 2023 r. Serhij oświadczył mi się, a w styczniu 2024 r. wzięliśmy ślub, w Tarnopolu. Choć nie chciałam zimowego ślubu. Wyobrażałam sobie, że będzie ciepło i pięknie. Jak małej dziewczynce, marzyły mi się pantofelki i warkocze. Ale on nalegał, mocno.

„Serhij nie mówił o śmierci, nie miał fatalistycznego nastawienia”

Serhij zginął w kwietniu 2024 r. Razem z nim zginął jego zastępca i najlepszy przyjaciel, Taras. Wcześniej Taras przygotowywał żonę na swoją śmierć. Wspominała, że czuła to w rozmowach z nim. Ja z Serhijem – nigdy. Nie mówił nic takiego, nie miał fatalistycznego nastawienia. Zawsze, kiedy wychodził na pozycję, miał gdzieś schowaną notatkę ode mnie – taką mieliśmy tradycję. Nigdy nie wiedział dokładnie, gdzie je schowałam. I zawsze, kiedy kończyła się jego rotacja, lub kiedy sytuacja nagle się pogarszała, od razu pisał mi wiadomość. „U nas beznadzieja”. Odpowiadałam: „To znajdź notatkę”. Tak było za każdym razem.

Olga Danczenko-Konował, 2024 r. // Fot. Archiwum prywatne

Zawsze czekałam, żeby zostawił też coś dla mnie, ale nigdy nie było dla mnie notatki. Aż przyszedł dzień jego śmierci. Dostałam wiadomość, gdy byłam w drodze powrotnej z Wielkiej Brytanii – w Krakowie na lotnisku. Potem było pożegnanie na kijowskim Majdanie, a następnie pożegnanie i pogrzeb w Tarnopolu.

Nie zabawiłam długo w zachodniej Ukrainie, po tygodniu wróciłam do oddziału. Weszłam do naszego pokoju w przyfrontowej kwaterze, otworzyłam laptop Serhija. Chłopcy nie dotykali w pokoju nic od jego śmierci. Na laptopie otworzony był plik z długą notatką, wręcz listem dla mnie. Pierwszy raz, kiedy zrobił to dla mnie, był też ostatnim. Nie było w nim złych przeczuć. Pisał mi, co będzie, jak wróci z pozycji. O tym, żebyśmy poszli na pizzę w Kramatorsku.

„Gdybyśmy wiedzieli wcześniej o tej możliwości, teraz z dumą urodziłabym jego dziecko”

Kiedyś zginął też mój bliski przyjaciel. Wcześniej, na długo przedtem, przygotowywał na to swoją żonę. Nagrał specjalnie wideo, na którym pokazywał, jak wymienić akumulator w samochodzie. Gdzie klucz do piwnicy, gdzie do garażu. Zginął trzy miesiące później.

Nie, to nie kwestia przeczucia. To po prostu świadomość ryzyka i możliwości śmierci. Rozmawiam z chłopakami o takich przeczuciach. Nie jak psycholog, tylko po przyjacielsku. O tym, co w ich głowach, oraz o praktycznych kwestiach, które powinni brać pod uwagę.

Przypominam na przykład o napisaniu testamentu. Oraz że w Zbrojnych Siłach Ukrainy jest bezpłatny program zamrożenia nasienia. Chłopcy są w szoku, wręcz przestraszeni, gdy słyszą o tym po raz pierwszy. Wyjaśniam im, że gdybyśmy z Serhijem wiedzieli wcześniej o tej możliwości, teraz z dumą urodziłabym jego dziecko. Tej możliwości nie będzie już nigdy.

„Psycholog powiedział mi: zrób sobie w głowie plan na wszelki wypadek”

To było lato 2023 r., gdy zaczęły się u mnie ataki panicznego strachu o Serhija. Bałam się cały czas. Zaczęłam kontrolować jego każdy krok. Gdy był na pozycjach i choć przez godzinę nie dawał znać, co u niego, zaczynałam się trząść. Kontaktowałam się wtedy z innymi chłopakami, którzy byli na zmianie, aby usłyszeć np., że Serhij po prostu śpi.

Poszłam wtedy do psychologa. Ten zaproponował: wyobraź sobie, że to się stało, że Serhij nie żyje. Wyobraź sobie, że właśnie się o tym dowiedziałaś. Zrób sobie w głowie plan na wszelki wypadek. Wówczas bardzo mi to pomogło.

„Wiele kobiet po stracie szuka siły i schronienia w tej przestrzeni, która zadała im największy ból”

Trzeciego dnia po śmierci Serhija powiedziałam, że będzie zemsta. Uruchomiłam produkcję dronów FPV. Początkowym celem była setka. Do teraz zrobiliśmy i wykorzystaliśmy ich ponad trzysta.

Pragnienie zemsty za Serhija podtrzymywało mnie, nie rozsypałam się. I dało to nadzieję także innym wdowom. Dostałam mnóstwo wiadomości, w których pisały, że widzą w tym inspirację. Trudno jest, gdy zabili twojego męża i nie możesz nic zrobić, jak tylko usiąść i płakać. A zemsta i działanie przynoszą ulgę. Wiele kobiet po stracie zabiera się za intensywny wolontariat. Często starają się trafić do tego oddziału, w którym służył poległy. Szukają siły i schronienia w przestrzeni, która zadała im największy ból.

„Niemal każda z nas przynajmniej raz myślała o samobójstwie”

Mija trzeci rok wojny. Niektóre z wdów zdążyły powtórnie wyjść za mąż. Niektóre znowu za wojskowego. Niemal każda przynajmniej raz, w swoim czasie, myślała o samobójstwie. Nie słyszałam o takiej z nas, która by nie miała takich myśli. Myśli, że to będzie jedyna skuteczna ucieczka od tego stanu zapaści, od tego stresu.

Brakuje nam fizycznego kontaktu, bliskości. Mnie przytulają dwie bliskie przyjaciółki. Przeglądając nasze wspólne zdjęcia, niemal na każdym widzę, jak się obejmujemy. Rozmawiałam z nimi o tym; usłyszały, jak jest to dla mnie ważne. Bo one wrócą do swoich domów i przytulą się do swoich mężów. A ja wrócę do domu sama.

Ciężko być w cywilnym świecie, wśród kompletnych rodzin. W mediach społecznościowych odsuwam się od widoku tych, którzy wrzucają szczęśliwe zdjęcia rodzinne. Zwłaszcza jeśli to znajomi, którzy nie służą w wojsku. Skoro wiem, że od patrzenia na to czuję się źle, po co mam patrzeć? Gdy podczas spotkań ze znajomymi para zacznie się przytulać, proszę ich, żeby nie robili tego przy mnie. Umiem powiedzieć to na głos, ale wiele dziewczyn nie jest w stanie. Zamykają się przez to w sobie, przestają widywać ze znajomymi.

„Wiele żon i partnerek nie wierzy w śmierć, dopóki nie ma ciała lub próbki DNA”

W wyjątkowo ciężkiej sytuacji są te kobiety, których bliskich uznano za zaginionych bez wieści. Przyglądam się temu problemowi, pracując z żonami zaginionych, a także z ludźmi z projektu „Na Tarczy”, którzy odpowiadają za transport ciał.

Bez ciała nie da się udowodnić czyjejś śmierci z prawnego punktu widzenia. Nawet jeśli są świadkowie, chłopaki z oddziału. Dlatego oni często są proszeni o przyniesienie choćby skrawka ciała, z którego da się pobrać próbkę materiału genetycznego.

Status „zaginionego bez wieści” utrzymuje się prawnie przez sześć miesięcy. Po upływie tego czasu sąd uznaje taką osobę za zmarłą. Ale dla wielu żon i partnerek niechby było i sto decyzji sądowych – dopóki nie będzie ciała lub próbki DNA, nie uwierzą w śmierć.

(Dodajmy, że nieporównywalne z poprzednimi latami tej wojny nasycenie frontu dronami FPV sprawia, że coraz częściej rezygnuje się z prób wydostania ciał z zerówki. Bezwładnego trupa niesie się ciężej niż zesztywniałego rannego – słyszę od żołnierzy. Trudno wynieść martwego towarzysza, jeśli to oznacza ryzykowanie życiem kolejnych czterech ludzi).

„Bez pogrzebu i żałoby trudniej wyjść ze stanu wiecznego oczekiwania i stresu”

Olga: – Nawet jeśli bracia z oddziału mówią, że widzieli moment śmierci, niejedna żona ma nadzieję, że przeżył i trafił do niewoli. To najgorsze. Słyszę: „Jak mam zbudować moje życie na nowo? Wyjdę znów za mąż, a za dziesięć lat on stanie u moich drzwi. Co wtedy?”.

Dopóki utrzymuje się status „zaginionego bez wieści”, rodziny otrzymują 100 tys. hrywien miesięcznie [ok. 10 tys. złotych – red.], to równowartość dodatku bojowego. Gdy sąd uzna żołnierza za poległego, zaczyna się zbierać wszystkie dokumenty. Rekompensata wypłacona zostanie tylko, jeśli udowodni się śmierć poniesioną w strefie działań bojowych, w obiekcie wojskowym. Nie w wypadku drogowym, jakich sporo na donieckich drogach. Nawet nie wtedy, gdy żołnierz zginie w przyfrontowym sklepie trafionym rakietą. 

I, przede wszystkim, nic po rekompensacie, jeśli we krwi wykryta zostanie obecność alkoholu lub narkotyków. Jeśli zginął na pozycji, a nie miał kamizelki i hełmu – tak samo. Niebagatelna suma wypłacana do podziału najbliższej rodzinie – rodzicom, żonie i niepełnoletnim dzieciom – wynosi 15 mln hrywien.

Żony zaginionych całymi dniami przeczesują internet. Od rana do nocy. Są grupy na Facebooku i Telegramie. Są osobne kanały, gdzie Rosjanie wrzucają tylko zdjęcia trupów ukraińskich żołnierzy. Są takie ze zdjęciami jeńców. Gdy trupy na zdjęciu są w złym stanie, niektóre kobiety w każdym z nich dopatrzą się swojego męża. „Ten jest mój, poznaję!”. Także w każdym zdjęciu wychudłego ciała jeńca, z zaklejonymi taśmą oczami, widzą swojego, bo w niewoli wszystkie ciała wyglądają tak samo.

Wiele kobiet załamuje się wtedy psychicznie. Gdy ciała nie ma, nie ma grobu. Proces żałoby nie przebiega prawidłowo. Bo pogrzeb to chwila, gdy zaczyna się przyjmować do wiadomości, że jego już nie ma. I żałoba. Bez tego trudniej wyjść ze stanu wiecznego oczekiwania i stresu. Co z tym robić? Trzeba szukać pomocy psychologa.

Psycholog i jeszcze raz psycholog – Olga powtarza to z naciskiem. – Nie ma innego wyjścia.

Olga i Serhij // Fot. Archiwum prywatne

„Mówi się, że tylko wdowa zrozumie wdowę, ale nie do końca tak jest”

Żałobę każda przeżywa po swojemu. Mówi się, że tylko wdowa zrozumie wdowę, ale nie do końca tak jest. Zwłaszcza jeśli któraś z nas zamyka się w sobie. Ja zdecydowałam się być wciąż z oddziałem, kontynuować działalność. Inna przywdziewa czerń i spędza cały czas na cmentarzu.

Znam kobiety, które przez rok żałoby codziennie chodzą na groby mężów. Przygotowują dwie kawy, dla siebie i dla niego. Gotują potrawę, którą mąż lubił. I tak idą do niego.

Tak, trzeba swoje przepłakać. Ale trzeba też wiedzieć, kiedy w końcu należy pogodzić się ze śmiercią ukochanego i zacząć wychodzić z żałoby.

„Chłopcy z jego kompanii mówią, że w mojej obecności wciąż czują jego obecność”

Przez ostatnie pół roku, od kiedy Serhij zginął, staram się nigdy nie być sama. Rzadko jestem w naszym domu. I choć rzadko tam bywaliśmy razem, bo cały czas spędzaliśmy przecież na wojnie, a dom to umowne pojęcie – miejsce, gdzie są nasze rzeczy... – to są to wszystko jego rzeczy. Wszystkie jego książki, bo dużo czytał. Wszystkie rzeczy związane z nim okrążają mnie, gdy wchodzę do mieszkania. On gdzieś wśród nich wciąż jest.

Chłopcy z kompanii, którą dowodził, mówią, że w mojej obecności wciąż czują jego obecność. I na odwrót. Gdy jestem z nimi, jakby i on gdzieś był – na pozycjach, na naradzie. Czuję w tym jakąś wspierającą siłę. Ale w domu nie.

Pół roku zleciało, a nie robi się lżej. Zaczynam rozumieć, że Serhij już nie wróci.

„Coś we mnie pęka za każdym razem, gdy jadę przez Czuhujiw”

Nawroty stanów bezsilności przychodzą do mnie w konkretnych miejscach. Jak miasteczko Czuhujiw w obwodzie charkowskim. Spędziliśmy tam trzy tygodnie, gdy jednostka odzyskiwała w miasteczku siły. To był nasz spokojny czas, tuż po okresie ciężkich walk w Lasach Kremińskich. Teraz coś we mnie pęka za każdym razem, gdy jadę przez Czuhujiw.

(Olga przejeżdża tędy często, bo Czuhujiw, niewielkie miasto powiatowe, ale za to ważny węzeł komunikacyjny, leży na trasie, która prowadzi do obwodu donieckiego, gdy jedzie się tam z Kijowa przez Charków).

Także w Słowiańsku i Kramatorsku, gdzie pijaliśmy razem kawę, też jest dziwnie... I w Łymaniu, gdzie mieszkaliśmy dziewięć miesięcy. Teraz czasem tam bywam, mogę przyjechać na naszą ulicę i przed dom, w którym kwaterowaliśmy. Teraz jest pusty, nikt tam nie mieszka.

Nie oglądam wspólnych zdjęć, nie czytam naszych starych konwersacji. Od innych kobiet wiem, że czasem spędzają tak dużo czasu. Nie widzę w tym sensu, skoro ta historia się skończyła. Co innego, gdy się rozstajecie, gdy jest nadzieja na ponowne spotkanie. Ale tu nie ma żadnej takiej możliwości.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Staram się nie być sama