Wigilia miała być taka jak zwykle. Oni z córką, jego mama i przyjaciółka, która w ostatniej chwili zrezygnowała z wyjazdu do rodziny. Nie są wierzący, ale święta Bożego Narodzenia obchodzą, bo uważają, że tradycja jest ważna. Tak samo jak dodatkowe nakrycie przy stole, które jednak tym razem nie pozostało puste.
Oni – to Bartek i Monika. W ich mieszkaniu, w kamienicy w centrum Krakowa, piętrzą się stosy książek, planszówek, płyt i filmów na DVD. Monika jest etnolożką, prowadzi podkast historyczny. Bartek pracuje jako informatyk.
Ich córka to Cherry. Niedawno skończyła 18 lat i studiuje projektowanie gier na AGH.
Gość, który przyszedł na Wigilię, to Nuka – partner Cherry, rok starszy od niej. Studiuje filmoznawstwo na UJ.
Tranzycja – dwie historie
Cherry urodziła się jako chłopiec w 2007 r. Dziś jest po tranzycji.
– Jeszcze w podstawówce czułam, że coś jest ze mną nie tak, że nie pasuję do chłopięcego świata – wspomina Cherry. – Byłam gnębiona. Każdy pretekst był dobry. Im bardziej próbowałam dopasować się do roli chłopaka, tym gorzej się kończyło. Byłam workiem do bicia. Jeśli ktoś miał gorszy dzień, wyżywał się na mnie.
O tym, co działo się w szkole, długo nie mówiła w domu. Choć wiedziała, że rodzice są wspierający i tolerancyjni, bała się rozczarowania. – Raz powiedziałam o tym nauczycielom, ale mnie zawiedli. Od tamtej pory straciłam zaufanie do dorosłych – tłumaczy.
Nuka urodził się jako dziewczynka. Dorastał w pobożnej, katolickiej rodzinie pod Krakowem.
– Bardzo szybko, już we wczesnych klasach podstawówki, poczułem, że nie pasuję do innych dzieci – opowiada. – Rodzice przywiązywali ogromną wagę do tego, żebym wyglądał i zachowywał się jak dziewczynka, żebym miał takie same zainteresowania. A dla mnie to nie miało znaczenia. Nawet nie potrafiłem odróżnić, kto jest dziewczynką, a kto chłopcem, dopóki ktoś mi nie powiedział.
O swojej odmienności Nuka zaczął myśleć w wieku 11 lat. Był dzieckiem wierzącym, uczestniczył w życiu parafii, przyjmował sakramenty. Jedną z pierwszych osób, którym zwierzył się z tego, że nie czuje się dziewczynką, był zaprzyjaźniony ksiądz. Jeździli razem na obozy i rekolekcje.
– To było już po bierzmowaniu – wspomina. – Powiedział mi, że to wynaturzenie, że może nie powinienem się nigdy urodzić. Straciłem wiarę i odszedłem z Kościoła.
Jego tożsamości nie zaakceptowali również rodzice. Trzykrotnie próbował dokonać coming outu. Za każdym razem kończyło się tak samo.
– Odbierali to bardzo osobiście – mówi. – Jakbym robił im na złość. Nie wiedzieli, co powiedzieć znajomym, sąsiadom. Wstyd był dla nich ważniejszy niż ja. Mama do dziś nie pogodziła się z tym, że nie może zakładać mi sukienek.
Rodzice Nuki próbowali na siłę robić z niego kobietę i skierować na terapię konwersyjną, choć Ministerstwo Zdrowia w 2020 r. uznało, że takie terapie „są niezgodne z aktualną wiedzą medyczną”, a rzecznik praw obywatelskich apelował o ich zakaz. Dowiedzieli się o tym, kiedy jedyny raz poszli z nim do terapeuty. Od tamtej pory odmówili udziału w jakiejkolwiek terapii – i rodzinnej, i takiej, która mogłaby pomóc Nuce odnaleźć się w społeczeństwie.
Zabronili mu zapraszać przyjaciół, którzy zwracali się do niego wybranym imieniem. Sami używali go tylko ironicznie, gdy chcieli mu dokuczyć. – Miałem tego dość – mówi Nuka. – Tych sukienek, spojrzeń, udawania, że jestem dziewczynką.
Dziś nie utrzymuje kontaktu z biologicznymi rodzicami. Jak mówi, zużył zbyt wiele energii, próbując zdobyć ich akceptację, zamiast zaakceptować siebie takim, jakim jest.
Kiedy Nuka i Cherry opowiadają swoje historie, trzymają się za ręce.
Rodzicielstwo po tranzycji – lęk i akceptacja
Dla rodziców Cherry tożsamość córki nigdy nie była problemem, który mógłby wpłynąć na ich relacje. Kiedy miała 13 lat, kupiła pierwszą spódnicę i zaczęła ją nosić. W odbiorze społecznym wciąż była chłopcem.
Monika wspomina, że nie wzbudziło to w niej niepokoju. Myślała, że „niektórzy chłopcy lubią ubierać się w damskie ubrania i że to przecież tylko ciuchy – nic, z czego trzeba robić problem”. Martwiła się jedynie o to, by nikt nie zrobił dziecku krzywdy.
Wszystko zmieniło się pewnego wieczoru. – Cherry przyszła jak zwykle do naszej sypialni – wspomina Monika. – Mieliśmy taki zwyczaj, że wieczorami siadaliśmy razem w łóżku i rozmawialiśmy. I wtedy powiedziała: „No właściwie to chyba jestem dziewczyną, nie?”.
Monika przyznaje, że to był moment zaskoczenia. Pomyślała: „O kurwa, trzeba coś z tym zrobić”. Nie chodziło o brak akceptacji, ale o niepewność, co dalej. – Znaliśmy osoby transpłciowe, ale nie wiedziałam, jak się za to wszystko zabrać – przyznaje.
Najpierw poszła sama do psychiatry, specjalizującej się w pracy z osobami transpłciowymi. – Uznałam, że to jak w samolocie: najpierw trzeba nałożyć maskę sobie, a potem dziecku. Jeśli ja sobie nie pomogę, jej też nie pomogę – tłumaczy. I dodaje: – Niektórzy w środowisku transpłciowym nie lubią określenia „żałoba”, ale dla mnie to było właśnie coś takiego – proces, w którym trzeba pożegnać wizję dziecka, jaką się miało, i przyjąć nową. Ale to przecież wciąż to samo dziecko, tylko przyszłość wygląda inaczej.
Najsilniejszym uczuciem, które jej wtedy towarzyszyło, był strach – nie przed tym, kim Cherry jest, lecz przed tym, co mogą zrobić jej inni. – Wiemy przecież, w jakim społeczeństwie żyjemy. Zwłaszcza dopóki nie przejdzie tranzycji takiej, by miała „passing” – mówi.
„Passing”, czyli wygląd, w którym osoba transpłciowa jest postrzegana zgodnie ze swoją tożsamością płciową, bez konieczności tłumaczenia się z tego, kim jest.
Monika podkreśla, że nigdy nie miała wątpliwości, po której stronie stoi. – Priorytetem jest zawsze moje dziecko, a teraz dwoje moich dzieci – powtarza. – Jeśli ktoś z rodziny nie potrafi tego zaakceptować, wybór jest prosty. Jeśli np. babcia miałaby z tym problem, to trudno – żegnamy babcię. Cherry nie przyszła na świat z własnej woli, tylko dlatego, że my z Bartkiem podjęliśmy taką decyzję. To nasza odpowiedzialność, żeby była szczęśliwa – dodaje.
Bartek patrzy podobnie, ale zwraca uwagę na trudność, jaką w nowej rzeczywistości przyniosła mu codzienność językowa. – W angielskim łatwiej uniknąć pomyłek, bo misgendering pojawia się głównie wtedy, gdy mówi się o kimś w trzeciej osobie – wyjaśnia – a w polskim, przez ogrom zaimków, właściwie co chwilę ujawniasz się ze swoimi myślami. To prozaiczne, ale ciągłe myślenie o tym, jakiego zaimka użyć, powodowało we mnie stres, poza samym lękiem o bezpieczeństwo dziecka.
Akceptacja w szkole i w rodzinie – różne doświadczenia
Cherry i Nuka poznali się w liceum. Z okazji szkolnego jubileuszu Nuka przeprowadzał wywiady z najzdolniejszymi uczniami, a Cherry już wtedy zajmowała się tworzeniem gier na urządzenia mobilne. Potem spotykali się sporadycznie i przypadkowo – na korytarzu czy na peronie.
– Chodziliśmy tak przez rok wokół siebie i nic z tego nie wynikało – wspomina Cherry i patrzy przy tym na Nukę. – Czasami nie widzieliśmy się przez parę miesięcy, a potem kilka dni z rzędu widzę cię na stacji i gapię się, próbując rozpoznać, czy ja cię naprawdę znam? Aż do momentu, w którym do mnie podszedłeś, bo ja byłam wówczas zbyt wycofana.
W szkole Nuka musiał ukrywać swoją tożsamość, głównie ze względu na rodziców. – Nie byłem jeszcze pełnoletni, a w polskim liceum jest tak, że nawet jak skończysz 18 lat, to wiele spraw załatwiają rodzice. Ale Cherry już wtedy wiedziała o mnie więcej niż inni. Ja też wiedziałem, że rozpoczęła terapię hormonalną. Od tego spotkania na stacji dużo ze sobą rozmawialiśmy.
Cherry w liceum była już wyoutowana, czuła się akceptowana przez koleżanki i kolegów. Gorzej było z nauczycielami, zwłaszcza z wychowawczynią. – Komentowała mnie w nieprzyzwoity sposób – mówi Cherry. – Podobnie pielęgniarki. Miałam wrażenie, że po prostu mnie „macają” i nie rozumieją słowa „nie”. Część nauczycieli celowo używała mojego „deadname’u”, dodając często do niego formę „pan”, choć zazwyczaj nie zwracali się tak do innych uczniów.

Wielokrotnie wzywano ją też do dyrektora przez szkolny interkom, używając jej dawnego imienia i męskiej formy. – Słyszała to cała szkoła – mówi.
Paradoksalnie, jednym z nielicznych nauczycieli, którzy okazali jej szacunek, był nauczyciel historii, związany z IPN, „über-katolik” – jak określa go Cherry. – Nie rozumiał i nie akceptował transpłciowości w sensie światopoglądowym, ale miał takie podejście, że póki mu krzywdy nie robię, to on to akceptuje. Zwracał się do mnie poprawnie, może unikał bliższych kontaktów, ale nigdy mnie nie poniżał.
Monika wspomina, że moment oficjalnego coming outu Cherry w szkole wyglądał jak scena z rozprawy sądowej. – Zostaliśmy wezwani przez dyrekcję w pełnym składzie, z dyrektorem, wicedyrektorką i kilkoma nauczycielami – opowiada. – Tymczasem sprawa była prosta: chcieliśmy, żeby szkoła zaczęła używać wobec Cherry poprawnych form językowych. Wydawało się nam, że to tylko formalność, kwestia jednego słowa. Ciało pedagogiczne było jednak w szoku. Tak jakby to był jakiś skandal albo Cherry kogoś zamordowała.
Podczas zebrania nauczyciele i dyrekcja zastanawiali się, „co mają z tym tematem zrobić”. Rodzice i ona sama usłyszeli też, że Cherry jest jedyną uczennicą transpłciową w historii szkoły. Dziś dziewczyna śmieje się z tej sytuacji. Mówi, że już wtedy wiedziała, iż w szkole uczy się więcej osób transpłciowych.
No i był przecież Nuka. – To było absurdalne – wspomina Cherry. – Dorośli, którzy uważają, że coś takiego nigdy się nie zdarzyło, choć dzieje się tuż obok nich.
Na koniec tej narady dyrektor chciał popisać się otwartością i rzucił do Moniki: „Jesteśmy tolerancyjną szkołą, nawet raz było tak, że dwie dziewczyny przyszły razem na studniówkę”. Pamięta, co wtedy pomyślała: „No, gościu, chyba medal powinieneś dostać, tęczowy!”.
Mężczyzna jako wyższa forma bytu
Nuka przyznaje, że jego doświadczenia były zupełnie inne. – Mogłem swobodnie przeskakiwać między używaniem jednych zaimków a drugich. W szkole nikt nie reagował agresywnie, a ewentualne komentarze łatwo zbywałem: „Tak, noszę spodnie i mam krótkie włosy, bo tak mi wygodniej. Kobiety też noszą spodnie” – tłumaczy.
Taka wymówka, która dla niego działała jak tarcza ochronna, okazywała się pozbawiona mocy w przypadku Cherry. – Jeżeli Cherry założyła spódnicę, wszyscy od razu źle patrzyli – mówi Nuka i dodaje: – A to przecież często byli ci sami ludzie, ci sami nauczyciele.
Oficjalnego wezwania przed szkolne gremia nigdy nie miał. Jego obecność po prostu nie budziła sensacji, choć już wtedy funkcjonował jako Nuka – tak zwracali się do niego wszyscy znajomi, nawet jeśli w dokumentach widniało jeszcze inne imię. – Łatwiej było mi uchodzić za chłopczycę – wyjaśnia. – Krótkie włosy, spodnie, neutralny styl – wszystko to pozwalało przejść niezauważonym.
Prawdziwe trudności pojawiły się później, na studiach. Zanim zdążył zmienić imię i nazwisko, zaczęły się problemy z tzw. nakładką – formalnym uzgodnieniem danych w uczelnianych dokumentach. Musiał chodzić po wykładowcach, tłumaczyć, prosić, by zwracali się do niego „on”. – To było zupełnie inne doświadczenie niż w liceum – mówi. – Ale w końcu się udało.
Różnice w podejściu szkoły do tożsamości Cherry i Nuki Monika tłumaczy odmiennym nastawieniem społeczeństwa do transmężczyzn i transkobiet, zakorzenionym w patriarchalnym postrzeganiu ról płciowych oraz ich „przydatności”. – Mam wrażenie, że w społeczeństwie panuje przekonanie, iż mężczyzna jest czymś lepszym – mówi. – Jeśli dziewczyna jest chłopczycą, to bywa akceptowana, bo stając się facetem, staje się jakąś wyższą formą bytu i okej, możemy to uznać. Ale w drugą stronę to już nie działa.
Dlatego podejście do transkobiet jest o wiele częściej nacechowane pogardą i agresją. To jeden z powodów, dla których Cherry miała trudniej w szkole.
Ucieczka i nowe narodziny
Monika i Bartek wiedzieli, że Cherry spotyka się z Nuką. Wiedzieli też, że Nuka ma bardzo trudną sytuację domową. Podczas jednej z rozmów powiedzieli mu: „Jak będziesz miał już tak ciężko, że nie dasz rady, to napisz do nas. Coś wymyślimy”.
Nuka przyznaje, że przez ostatnie lata niemal nieustannie myślał o ucieczce z domu. Szukał sposobu, by zarobić i uniezależnić się, ale dopóki nie miał 18 lat, nie było to łatwe. Mówi o życiu w stanie ciągłego napięcia – każdy dzień przynosił myśl o znalezieniu drogi ucieczki, ale żadna nie była realna.
– Wiedziałem, że następne święta z rodziną mogą mnie zabić – mówi. Propozycja zamieszkania u Moniki i Bartka zabrzmiała jak ratunek. „Jeśli oferujecie z serca, to ja to biorę” – pomyślał. To był impuls.
Dzień przed Wigilią Monika odczytała wiadomość od Nuki: „Nie zniosę jeszcze jednych świąt, na których będę musiał być dziewczynką”. Umówili się, że kiedy jego rodzice będą w kościele, Bartek po niego pojedzie.
Jeszcze tego samego dnia Nuka stanął w drzwiach ich mieszkania z plecakiem, komputerem i łyżwami. I właściwie od razu stał się częścią rodziny.
– Po prostu stwierdziliśmy, że mamy drugie dziecko – wspomina Monika – bo jeśli ktoś do nas trafia, to nie będzie dzieckiem gorszego Boga, tylko żyje tu z nami na równych prawach.
Nuka przyznaje, że początki były dla niego trudne. – Czułem się, jakbym był na obozie, tylko trochę dłuższym – mówi. Inna sprawa, że był przyzwyczajony do życia w tymczasowych przestrzeniach, a nagle znalazł się w miejscu, gdzie ludzie byli naprawdę życzliwi.
Z początku jednak prawie nie wychodził z pokoju. Przez lata używał tzw. bindera, czyli bardzo ciasnej opaski do spłaszczania klatki piersiowej. Noszenie go powodowało ból i problemy z oddychaniem. – Siedziałem w nim cały czas, nie ruszałem się, bo to było bardzo bolesne – wspomina. Dopiero po pewnym czasie zaczął wychodzić, choćby na obiad, na kwadrans, potem trochę dłużej.
Swoim rodzicom Nuka zostawił list. Napisał, że podejmuje taką decyzję, bo nie szanują jego prywatności, jego tożsamości, nie czuje się dla nich ważny.
Początkowo próbowali go szukać. Udało im się dotrzeć do Moniki, która opowiada: – Kiedy napisałam im, że jest bezpieczny, żeby się o niego nie martwili, kontakt się urwał.
Tranzycja i co dalej?
Monika z Bartkiem pomogli mu zorganizować terapię hormonalną. – Mieliśmy to już przepracowane, tylko w drugą stronę – śmieje się Bartek. Dali też Nuce swoje nazwisko. W tym czasie był już pełnoletni, nie było więc większych problemów, jak przy adopcji dziecka.
Monika uważa jednak, że urzędowa zmiana imienia i nazwiska to w Polsce wciąż ruletka. – Wszystko zależy od kaprysu kierownika urzędu stanu cywilnego. Na szczęście tu nie obowiązuje regionalizacja i w społeczności LGBT istnieje ranking mniej lub bardziej przyjaznych urzędów. Jeszcze niedawno wiele osób jeździło zmieniać dane do Sosnowca, ale dziś również w Krakowie odbywa się to bez większych problemów. Na szczęście nie obowiązuje już prawo, w myśl którego dziecko zmieniające płeć musiało składać pozew przeciwko rodzicom.
Trudniej było z mastektomią (usunięciem piersi) Nuki. W Polsce, mimo braku prawnego zakazu, większość klinik wymaga od osób transpłciowych długich procedur: zaświadczeń od psychiatrów, terapii hormonalnej, opinii lekarskich. – A przecież nikt nie wymaga zaświadczenia od psychiatry, kiedy ktoś chce sobie powiększyć piersi – mówi ironicznie Monika. Udało im się jednak znaleźć klinikę, w której lekarze byli przyjaźni.
***
Monika: – Od tej jednej Wigilii nasze życie się zmieniło. Nuka wypełnił jakąś pustkę w naszej rodzinie. To prawda, że znalazł tu swoje miejsce, ale my też znaleźliśmy kogoś, kogo nam brakowało do pełni.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















