Zazwyczaj chodzi o oczekiwania, bardziej lub mniej podświadomie wpajane nam od pokoleń przez społeczeństwo. – Zastanawialiśmy się z mężem, jak to będzie, gdy Kajetan przedstawi nam swoją dziewczynę? – wspomina Dorota. Krzysztof dodaje: – Myślałem, że będę dziadkiem, a syn z żoną będą przychodzić na niedzielne obiady.
Wtóruje im Tomasz: – Pewnie, że chciałem doczekać się wnucząt.
Jesteśmy tolerancyjni tylko w połowie
Ostatnie dane z raportu Kampanii Przeciw Homofobii (KPH) i stowarzyszenia Lambda Warszawa („Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce. Raport za lata 2019-2020”) pokazują, że 37 proc. badanych ukrywa własną orientację seksualną lub tożsamość płciową przed całą swoją rodziną. Robi to ze strachu przed brakiem akceptacji i utratą bliskich, wyśmiewaniem, niezrozumieniem, w obawie przed bezpośrednią przemocą czy wyrzuceniem z domu.
Odrzucenie nieheteronormatywnego człowieka przez najbliższe otoczenie odziera go z podstawowej tarczy ochronnej przed społeczeństwem, w którym wciąż nietrudno o homofobię i transfobię. Zaledwie 61 proc. matek i 54 proc. ojców w Polsce akceptuje odmienną od „normy” orientację swoich dzieci. Transpłciowość już tylko – kolejno – 47 i 40 proc. „Co, jeśli moi rodzice są we wrogo nastawionej grupie?” – to pytanie zadaje sobie wiele osób.
W świetle danych każdy dobrowolny coming out przed matką i/lub ojcem to dowód ogromnego zaufania, częściej więc zdarza się, że dzieci wypuszczają, jak nazywa to jeden z moich rozmówców, „balony próbne”. Mają one rozpoznać światopoglądowe granice rodziców.
– W czasach raczkującego internetu, kiedy mieliśmy w domu jeden stacjonarny komputer, na pulpicie kilkukrotnie znalazłem gejowski film pornograficzny. Pomyślałem, że to wirus. Dopiero później syn przyznał, że były to wskazówki dla mnie – wspomina Krzysztof.
Tomasz dodaje: – Syn miał ledwie kilkanaście lat, kiedy na komputerze znalazłem odpalone strony internetowe dotyczące społeczności LGBT+. Na początku je zignorowałem.
Rodzice przymykają oko z nadzieją, że to niedopasowanie jest „fazą”, która przeminie i wszystko wróci na znajome tory. Zdarza się i tak, choć z nieheteronormatywnej orientacji czy tożsamości płciowej nie można przecież wyrosnąć jak z dziecięcej niechęci do warzyw. W naszej rozmowie Wiolka opowiada o „chłopackich” zainteresowaniach swojego dziecka: piłka nożna, szermierka, spędzanie czasu tylko z kolegami. Nie chciało nosić się typowo dziewczęco, a róż był nielubianym kolorem. Włosy? Ścinane na krótko.
Niespodziewany coming out dziecka
Dziecku Wiolki, któremu przy urodzeniu przypisano płeć żeńską, od małego towarzyszyły zachowania stereotypowo przypisane do płci „przeciwnej”. To, że są one konstruktem społecznym, który częstokroć ma się nijak do rzeczywistości, pokazuje opowieść Agnieszki. Jej dziecku przy urodzeniu przypisano płeć męską. – Zachowywało się jak typowy chłopiec. Bawiło się autkami, rycerzami, robotami. Dopiero w czasie dojrzewania, w gimnazjum, zaczęło zawalać szkołę, zamykać się w pokoju, zamiast bawić się z rówieśnikami i rówieśniczkami, wolało grać samotnie w gry. Coraz trudniej było mi do niego dotrzeć. Coś ewidentnie się stało – mówi Agnieszka.
Najczęściej rodzice nie mają w takich sytuacjach dobrych wzorców. Nie znają zazwyczaj osób niehetero albo transpłciowych w swoim otoczeniu. Są one odległe, obce. Tomasz, który 30 lat przepracował w policji, wspomina homofobiczne kawały i wzajemne wyzywanie się od „pedałów”. – Co prawda nie uważałem się za homofoba, ale potencjalna homoseksualność syna budziła mój wewnętrzny sprzeciw. Bycie gejem nie kojarzyło mi się z męskością, jaką widziałem w otoczeniu – dodaje.
Coming out często przychodzi niespodziewanie. Dorota wspomina: – Pewnego wieczoru mój 18-letni syn powiedział: „Mamo, tato. Jestem gejem”. Tak po prostu.
24-letnia córka Anny wyznała, że jest lesbijką, po upartym dopytywaniu przez matkę: „Dlaczego się za żadnych chłopakiem nie obejrzysz?”.
Z kolei Agnieszka, obserwując postępującą alienację swojego dziecka, zgłosiła się z nim po pomoc psychiatryczną. Diagnoza: depresja. Leki na niewiele się zdały. – Dziecko jeszcze bardziej zamknęło się w sobie – opowiada. – Myślałam: „Na pewno jest gejem”. Nie miałabym z tym problemu, pochodzę z otwartej rodziny. Minęło gimnazjum, zaczęło się liceum. Dziecko samo do mnie przyszło. Usłyszałam: „Mamo, jestem kobietą, nie mężczyzną”. Jeśli miałam jakieś wyobrażenia o jego przyszłości, właśnie runęły.
– Moje 11-letnie dziecko zamykało się w sobie, izolowało. Nie potrafiłam do niego dotrzeć. Szukałam powodów. Z bezsilności zaczęłam przeglądać jego telefon. Wszystko miał poustawiane po angielsku, do przyjaciół pisał również w tym języku. Języku, dodam, którego właściwie nie znam. W nocy przepisywałam te wiadomości i potem tłumaczyłam. Zajęło mi to trzy miesiące – opowiada Katarzyna. – Dowiedziałam się, że moje dziecko czuje niezgodność płciową i cierpi tak bardzo, że chce odebrać sobie życie. Wstrząsnęło mną nie to, że jest transpłciowe, tylko to, że boi się i nie ufa mi na tyle, by powiedzieć, co się dzieje. Rano, gdy wstało, powiedziałam, że o wszystkim wiem. Że przejdziemy przez to razem, że go nigdy nie zostawię, bo je kocham.
Wyzwania rodziców osób LGBT+
Dziecko Wiolki zostawiło list, w którym napisało, że obrzydza je własne ciało. Matka przyznaje, że niewiele z tego zrozumiała. W szóstej klasie powiedziało: „Czuję się chłopakiem”. „Pogadamy po 18-ce” – bagatelizowała mama. – Myślałam, że napatrzył się, jak ciężko kobietom jest w życiu, jak wiele z nich ma nieudane związki – wspomina Wiolka, która sama miała bardzo złe doświadczenia z byłym partnerem.
Teraz jej własne dziecko cierpiało. Zaczęło się samookaleczać. Groziło, że skoczy z mostu. Nie było akceptowane przez rówieśników, a nauczyciele nie reagowali.
Doświadczenia współczesnej młodzieży potwierdzają, że utożsamianie się z jedną z literek skrótowca LGBTQ+ to nadal w rodzinie bardziej problem niż powód do dumy. W głowie matek i ojców zapalają się wtedy sygnały ostrzegawcze. Pytania: „Co ludzie powiedzą?”, „Czy to moja wina?”. Lęki: „Jego/jej życie będzie horrorem”, „Nie poradzi sobie!”, „Skończy na ulicy”, „Będzie samotna/y”.
– Wszystkie te trwogi i strachy ukryłam w sobie, ale do córki wyszłam z sercem. Samo wyoutowanie pomogło nam w dalszej drodze. Zresztą, córka okazała się dobrze przygotowana. Wiedziała już, do którego ma iść lekarza, by rozpocząć terapię hormonalną – komentuje Agnieszka.
Dorota z kolei wspomina, że w podobnej sytuacji wybuchnęła płaczem. To mąż stanął na wysokości zdania. Powiedział synowi: „Kochamy cię”.
Wiolka na oczy przejrzała dzięki terapeutce, która używanie deadname’u (imię sprzed rozpoczęcia tranzycji) porównała do wbijania synowi gwoździa w serce. Kiedy wyszła z gabinetu, przytuliła dziecko i obiecała wsparcie.
Tomasz przyznaje, że nie pamięta konkretnego momentu wyjścia syna „z szafy”; o jego homoseksualności „po prostu wiedział”. Przypomina sobie jednak inną sytuację: – Kiedy syn, już wtedy student, nas odwiedził, powiedziałem mu, że wiem, iż jest gejem i że to toleruję, ale nie wyobrażam sobie, żeby przyjechał do domu z chłopakiem. Jakiś czas potem syn przypomniał mi o tym, mówiąc, że niewiele brakowało, by już nigdy tu nie wrócił. Poczułem, jakby ktoś kijem bejsbolowym przyfasolił mi w głowę. Dotarło do mnie, że przecież rodzice są po to, aby wspierać dzieci niezależnie od tego, jaką mają orientację czy tożsamość. Najważniejsze jest ich dobro.
Katarzyna od razu zaakceptowała transpłciowość syna. Nie chciała iść na kompromisy, tak w rodzinie, jak i w szkole. Wymieniła całą garderobą dziecka, nakazała zwracać się wybranym przez niego imieniem. Kiedy nauczyciele i nauczycielki robili problemy, załatwiła synowi nauczanie indywidualne. Ojcu dziecka, a jej byłemu partnerowi, akceptacja zajęła dużo czasu. Katarzyna słyszała od niego, że transpłciowość to wynik jej błędów wychowawczych albo złych genów. – Używał deadname’u i błędnych zaimków. Posunęłam się do ostateczności. Zagroziłam, że zabronię mu kontaktów. Podziałało – dodaje.
Przestałam się stawiać w roli „biednego rodzica chorego syna”
Po pierwszym szoku, jaki wywołał coming out ich dzieci, moi rozmówcy i rozmówczynie rzucili się do edukacji. Przeszukiwali internet, sięgali po książki. Pytali dzieci o radę. Oddzielali informacyjne ziarno od plew. Dowiadywali się, jakie potknięcia zdarzają się najczęściej: od używania deadname’u (u dzieci trans), przez wyjawianie przed rodziną i przyjaciółmi orientacji dzieci bez ich zgody, aż po niewłaściwie skonstruowane pytania: „Czy potrzebujesz psychologa?”, „Co wpłynęło na twój wybór orientacji?”.
Niektórzy rodzice ukrywali przed otoczeniem prawdę – ze strachu przed stygmatyzacją. Pojawiało się poczucie straty. I głębokiej samotności.
– Słyszałam: „Nie martw się”, „Na pewno mu przejdzie”. Od pary, z którą przyjaźniłam się 40 lat, usłyszałam: „Teraz będziemy musieli zmienić poglądy”. Było to, czego się bałam. Homofobiczne otoczenie, puste deklaracje – wspomina Dorota. – Szukałam osób, z którymi mogę porozmawiać o moim doświadczeniu, zwłaszcza że dostałam pozwolenie od syna.
Na stronie KPH Dorota trafiła na informację o organizowanej właśnie Akademii Zaangażowanego Rodzica (AZR), cyklu sześciu weekendowych warsztatów dla matek i ojców osób LGBTQ+. Podzieliła tym samym drogę części moich bohaterek i bohaterów. Inni dołączyli do stowarzyszenia „My, Rodzice”. Wśród jego współorganizatorek były m.in. Dorota i Anna.
– Ważny jest nasz dopisek: „stowarzyszenie matek, ojców i sojuszników osób LGBTQIA”. Daje on jasno do zrozumienia, że jesteśmy generacją, która kroczy przed naszymi dziećmi i je chroni. W pełnej nazwie nie ma wstydu, nie ma proszenia o akceptację. Jest duma – komentuje Dorota.
Ich wizją jest Polska, w której respektowane są prawa każdego człowieka, a wszyscy traktowani są równo. Podczas zjazdów spotykają się ze specjalistami, dostają swobodę mówienia o złożonych tematach dotyczących orientacji seksualnej i tożsamości płciowej oraz o swoich doświadczeniach. Lepiej też mogą zrozumieć swoje dzieci i znajdują pokrewne dusze. – Przeglądamy się w doświadczeniach innych jak w lustrze. Gdy ktoś opowiada o swoim dziecku, mówimy: „Mieliśmy tak samo” – wspomina Agnieszka.
Dorota dodaje: – Uświadomiłam sobie odwrócenie hierarchii. Teraz to nasze dzieci wprowadzały nas w świat, nie odwrotnie. Przestałam stawiać się w roli „biednego rodzica chorego syna”. Dość szybko powiedziałam głośno: „Jestem matką geja!”. Kiedy wypowiesz te słowa, przestają być one tabu.
Stowarzyszenie „My, Rodzice”
Dla Krzysztofa, obok poczucia wspólnotowości, najcenniejsza była zmiana, która zaszła w nim i żonie. – Pochodzę z bardzo tradycyjnej, katolickiej rodziny, do tego męskiej, bo mam jeszcze dwóch braci. Nikt nie rozmawiał ze mną o seksualności. Gdy dowiedziałem się, że nasze płeć i tożsamość to spektrum, przeżyłem szok poznawczy. Tradycyjne oczekiwania i wiedza przestają być aktualne w momencie, w którym dowiadujesz się, że jesteś rodzicem osoby nieheteronormatywnej. Nic nie jest stałe, nic nie jest pewne. Różnorodność jest wspaniała!
Agnieszka była w stowarzyszeniu jedną z pierwszych mam dziecka transpłciowego. – Przecierałam szlaki. Dziś przede wszystkim zgłaszają się do nas rodzice dzieci niebinarnych. To nie jest moda. Po prostu wcześniej niebinarność nie była nazywana. Wraz z edukacją zwiększyła się świadomość.
Nowe osoby pytają: „Co będzie dalej?”, „Jak żyć?”, „Co mamy robić?”. Nadziei szukają w doświadczeniu innych, u osób po tranzycji lub w jej trakcie, u rodziców, których synowie geje i córki lesbijki, mimo braku podstawowych praw, prowadzą gospodarstwa domowe, „normalnie” radząc sobie w życiu.
– Dzięki mojemu synowi odnalazłam siebie. W aktywizmie zaś poczułam się jak ryba w wodzie – dodaje Katarzyna, która, prócz działania w „My, Rodzice”, moderuje facebookową grupę „Transpłciowość w rodzinie”. – Najczęstsze pytanie od rodziców? „Co, jeśli zgadzając się na tranzycję podejmiemy błędną decyzję?”, „Co, jeśli dziecko za ileś lat »zmieni zdanie«?” Nikt tego nie wie, bo nie żyjemy w przyszłości. Należy jednak towarzyszyć swojemu dziecku i je wspierać podczas obranej drogi.
„My, Rodzice” to nie tylko spotkania i edukowanie się we własnym gronie. To też działanie na rzecz tęczowej społeczności. Motywacją Tomasza była wściekłość, którą poczuł podczas kampanii prezydenckiej w 2020 r., kiedy Andrzej Duda posługiwał się homofobiczną i transfobiczną retoryką. Usłyszał wtedy: „LGBT to nie ludzie, to ideologia”. Niezgodę przekuł w pomaganie nie tylko rodzicom, ale i dzieciakom LGBTQ+.
Podobnie Anna: – Weszłam w społeczność gejów i lesbijek, która przyjęła mnie niczym królową! Akceptujący rodzice są tam na wagę złota.
„Daj mamie, niech zadzwoni”
W raporcie KPH i Lambdy czytamy: „Ogólnie doświadczenie akceptacji ze strony rodziny łączy się z lepszym stanem zdrowia, wyższą samooceną i zadowoleniem z życia, a także niższym poczuciem osamotnienia wśród społeczności LGBT+. Co więcej, akceptacja wiąże się z mniejszym nasileniem objawów depresji, mniejszą częstotliwością myśli samobójczych”.
Wejście moich rozmówców i rozmówczyń do tęczowej społeczności i działanie na jej rzecz zacieśniło więzi z ich dziećmi. – Mój syn zacytował mi rozmowę ze swoim homoseksualnym kolegą: „Twoja mama współdziałała w KPH, a moja przewodzi wszystkim homofobicznych matkom”. Światy mogą tak bardzo różnić się od siebie – mówi Dorota.
Flagi stowarzyszenia powiewają podczas niemal wszystkich istotnych wydarzeń, jak marsze i parady równości. Do matek i ojców zrzeszonych w „My, Rodzice” podchodzą wtedy tęczowe „dzieciaki”. Pytają czy mogą się przytulić. Zwierzają się. Proszą o radę. Płaczą. – Dajemy im wizytówki. Mówimy: „Daj mamie, niech zadzwoni. Nie jest jedyna” – wspomina Dorota. Agnieszka wtóruje: – Wskazują też palcem w tłum i wołają: „Moja mama też jest ze mną!”, „Mój tata idzie z nami!”.
Dorota, kończąc naszą rozmowę, opowiada: – Niedawno podeszło do nas niebinarne dziecko. Powiedziało: „Gdyby moja mama was nie spotkała, moje życie pewnie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Dziękuję”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















