Przechodzenie z jednego wyznania do drugiego wcale nie musi być rozstaniem

Różnorodność wyznań – postrzegana dotychczas jako niszcząca – staje się obecnie szansą na odrodzenie.
Czyta się kilka minut
Uczestnicy procesji Bożego Ciała w Warszawie, czerwiec 2022 r. // fot. Karina Krystosiak / REPORTER
Uczestnicy procesji Bożego Ciała w Warszawie, czerwiec 2022 r. // fot. Karina Krystosiak / REPORTER

Abp Carlo Maria Viganò jest oskarżony o »publiczne wypowiedzi, które wskazują na zaprzeczenie punktom niezbędnym do zachowania komunii z Kościołem katolickim«. W szczególności chodzi o negowanie prawowitości papieża Franciszka i zerwanie komunii z papieżem, a także odrzucenie Soboru Watykańskiego II. Przestępstwo schizmy jest karane ekskomuniką” – doniosły niedawno agencje prasowe. 

Ekskomunika za schizmę: owszem, tak stanowi prawo, ale z tego nie wynika, że po jej nałożeniu problem mamy z głowy. Zostaje człowiek, jeszcze przed chwilą nazywany siostrą, bratem, współwyznawcą, a przede wszystkim dzieckiem Boga.

Mamy precyzyjne definicje schizmatyków, heretyków czy apostatów. Może jednak nadszedł czas, żeby ogłoszenie, że czyjeś poglądy przeczą poglądom Kościoła, wyprowadzić z zaklętego kręgu jurydycznej sprawiedliwości rozpiętej między winą i karą? A jeśli już musimy być przeciw sobie, to czy nie pora, żeby przypomnieć przykazanie o miłości nieprzyjaciół?

Cerkiew jezuitów

Na szczęście w historii mamy przykłady przekraczania w praktyce sztywnych podziałów. I tak w katolickiej gdańskiej farze, której budowę zakończono w 1502 r., już w 1529 r. pierwsze swoje nabożeństwo odprawili protestanci, ale główny ołtarz aż do 1572 r. służył katolikom i aż do drugiej połowy XVII wieku proboszczami kościoła byli katoliccy duchowni wyznaczani przez króla polskiego. Podobnie działo się w Toruniu. W 1530 r. katolicką farę przejęli protestanci, ale od 1583 r. odprawiano tam nabożeństwa również dla katolików. Katolicy modlili się po prawej stronie świątyni, ewangelicy po lewej. Można? Można.

Co prawda nie zapobiegło to tzw. tumultowi toruńskiemu, ale patrząc z perspektywy lat, trzeba przyznać, że jest do czego nawiązać w ekumenicznych staraniach. Coś podobnego dzieje się obecnie. Od rosyjskiej inwazji na Ukrainę w jezuickim kościele w Poznaniu, na podstawie uzgodnień z abp. Stanisław Gądeckim, działa kapelan uchodźców wojennych przynależących do Cerkwi Prawosławnej Ukrainy. On sam, jego żona i dzieci, mieszkają w domu zakonnym. Wśród Ukraińców utarło się nawet powiedzenie: „Idę do cerkwi do jezuitów”. Tak to życie ożywia i doskonali doktrynę.

Nie mogę się też oprzeć pokusie opowiedzenia szmoncesu, który z kolei opowiedział mi w Jerozolimie białoruski rabin. Otóż załoga jakiegoś statku odkryła na bezludnej wyspie samotnego Żyda, który tam już na dobre się rozgościł. Zbudował nawet dwie synagogi. Na pytanie zdziwionych wybawców, po co mu aż dwa domy modlitwy, odpowiedział: Żeby było normalnie. Normalnie? No tak, jedna jest tą, do której chodzę, a druga jest tą, do której nie chodzę i tak jest dobrze – nie cierpię przymusu.

Odeszli, żeby pozostać

Ostatnio trafił w moje ręce maszynopis wywiadów przeprowadzonych przez Ewę Barciszewską z chrześcijanami, którzy przeszli przeważnie z Kościoła rzymskokatolickiego do Kościoła ewangelicko-reformowanego. Czytam te rozmowy w kontekście trwającego już trzy lata synodu mojego Kościoła, który ma rozstrzygnąć, czym jest synodalność – dla nas swego rodzaju nowość, dla prawosławnych i protestantów codzienna praktyka. Wśród opinii na temat synodalności znalazłem ciekawą wypowiedź generała cystersów Mauro Giuseppe Leporiego. Stwierdził, że poznanie drugiego człowieka jest zależne przede wszystkim od umiejętności słuchania, gdyż „słuchanie drugiego zawsze mówi mi prawdę”, jako że „wypływa z jego doświadczenia”. Nawet „jeśli drugi mówi coś, z czym się nie zgadzam”. Dzięki temu tworzy się wspólnota, która pomaga odkryć, że „zmierzamy do czegoś, co jest dobre dla całego Kościoła”. Tym dobrem jest nawrócenie „naszego serca na to, co Bóg chce, a nie na to, co mamy w naszych planach”.

Pomyślałem, że oto nadarza mi się doskonała okazja posłuchania, co mają do powiedzenia siostry i bracia, którzy... No właśnie, chciałoby się powiedzieć: kiedyś należeli do mojego Kościoła, ale odeszli.

Odeszli? Z treści wywiadów wynika, że niekoniecznie. Zresztą, skąd ta pewność, że odeszli, a może przeciwnie, jeszcze mocniej wrośli właśnie w Kościół twój i ich – Kościół nasz? A takie określenia, jak Kościół rzymskokatolicki, Kościół ewangelicko-augsburski, Kościół ewangelicko-reformowany, Kościół prawosławny, zamiast dzielić, odsłaniają różnorodność podejścia do Kościoła powszechnego. Różnice z przekleństwa stają się błogosławieństwem. Nic to nowego, ale wciąż jeszcze nieoczywistego. Pozostaje powrót do źródeł.

Paweł Apostoł mówi: „Otrzymałem, bracia moi, wieści od ludzi Chloe, że spieracie się między sobą. Mam na myśli to, że jeden mówi: »Ja jestem Pawła«, drugi: »Ja jestem Apollosa«, inny: »Ja jestem Kefasa« lub jeszcze inny: »Ja jestem Chrystusa!«. Czy można dzielić Chrystusa? Czy Paweł za was został ukrzyżowany? Czy w imię Pawła zostaliście ochrzczeni?” (Kor 1, 9-13). W jeszcze innym Liście Paweł pisze: „Tego, kto jest słaby w wierze, przyjmujcie bez roztrząsania poglądów. Jeden jest przekonany, że może jeść wszystko, słaby natomiast spożywa jarzyny. Ten, kto je wszystko, niech nie lekceważy tego, który czegoś nie je. Ten zaś, kto nie je wszystkiego, niech nie osądza tego, który je. Bóg przecież go przyjął. Ty natomiast kim jesteś, że osądzasz czyjegoś sługę? To, czy on stoi, czy upada, jest sprawą jego Pana. Ostoi się jednak, ponieważ Pan ma moc go podtrzymać. Ktoś znowu wyróżnia jeden dzień spośród innych, dla innego wszystkie są równie ważne. Niech każdy zostanie przy swoim przekonaniu. (...) Nikt z nas nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie. Bo jeśli żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli umieramy, umieramy dla Pana. Czy więc żyjemy, czy umieramy, należymy do Pana” (Rz 14, 1-8). „Należymy do Pana” – to Pawłowe stwierdzenie jest jak klucz, który otwiera zardzewiałe bramy naszych Kościołów.

Odstępcy?

Większość bohaterów książki, zanim odnalazła się w Kościele ewangelicko-reformowanym, przez jakiś czas była katolikami. Piszę „odnaleźli się”, gdyż to tam, u ewangelików, poczuli się u siebie, we wspólnocie „należących do Pana”. Znaleźli się tam, gdyż jak wierzą, był w tym „palec Boży”. Wszystkie inne przyczyny są drugorzędne. Elżbieta na zastrzeżenie Ewy Barciszewskiej: „Chyba nie trzeba zmieniać wyznania, żeby zdać sobie sprawę z tego, kim się jest: że i kimś wyjątkowym, i takim samym, jak każdy inny”, odpowiada: „Być może, ale to w tym Kościele [ewangelicko-reformowanym] nauczyłam się najtrudniejszej rzeczy w moim życiu: nieoceniania innych ludzi. To jest potwornie trudne, bo my chcemy innych pouczać, dawać im dobre rady, jeżeli błądzą, podawać im rękę. W pewnym momencie stwierdziłam, że nie. Każdy z nas ma swoją drogę. Moja była bardzo długa, momentami bardzo bolesna, ale widzę, że to wszystko było potrzebne”.

Wynika z tego, że podziałów wśród uczniów Chrystusa nie musimy postrzegać jako dzieła szatana i jego sług, ale że Duch Boży też ma tu coś do powiedzenia. Potrafi jednać przeciwieństwa i również ze zła wyprowadzić dobro. Tymczasem w „Dekrecie Ogólnym Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wystąpień z Kościoła oraz powrotu do wspólnoty Kościoła” (z 2016 r.), występujących z Kościoła nazywa się odstępcami i ekskomunikuje. Tylko co dalej – czy jak w tygodniu modlitw o jedność Kościoła, mamy z tymi wyrzuconymi za próg apostatami przekazać sobie znak pokoju?

Co więc takiego stoi na przeszkodzie, żeby wreszcie uwierzyć, iż przechodzenie z jednego wyznania do drugiego wcale nie musi być rozstaniem, odrzuceniem, a – przeciwnie – może być dopełnieniem? Grzegorz na pytanie: „A pan jakiejś krzywdy doznał w Kościele rzymskokatolickim?” odpowiada: „Nie, nie, ja po prostu konwersją chciałem zawalczyć o swoje chrześcijaństwo. Ona na pewno wynikła z chęci, aby ten mój irracjonalny cud wiary (...) zachować. Teraz naprawdę często jestem bardzo dumny z parafii. Nie zawsze z całego Kościoła, ale z parafii tak”.

Jak widać, chcąc dochować wierności Chrystusowi, nie musimy zaraz wskakiwać w buty antykatolickie czy antyewangelickie, jest możliwa inna opcja – wzajemne uzupełnienie się i dopełnianie. A że to dobra droga, zaświadczyła o tym np. „Wspólna deklaracja w sprawie nauki o usprawiedliwieniu” (z 1999 r.).

Bogactwo różnorodności

Wróćmy jeszcze do źródeł dzielących nas różnic, które czasami wydają się nie do zasypania, choćby kwestia nabożeństwa Wieczerzy Pańskiej, czyli Eucharystii. Wciąż jeszcze w moim Kościele słyszę, że najważniejszą częścią mszy jest, mówiąc uczenie, transsubstancjacja, czyli przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana Jezusa. Tymczasem istnieje katolicki Kościół syromalabarski rytu chaldejskiego, w którego liturgii słowa przeistoczenia czy ustanowienia w znanej nam formie nie występują, a chrześcijanom, w tym katolikom tradycji wschodniej, z trudem przychodzi zrozumienie sensu teoforycznych procesji np. w uroczystość Bożego Ciała. Przecież chleb nie jest do pokazywania – mówią – ale do jedzenia. Gubi nas, jak widać, brak znajomości nie tylko Biblii, ale i Tradycji, a także pewnego rodzaju historycyzm: Wszystko najistotniejsze dla ludzi dokonało się w przeszłości, a dzisiaj już się tylko tę przeszłość „aktualizuje”, kiedy tymczasem imieniem Boga jest „JESTEM”, a nie tylko byłem i kiedyś jeszcze będę.

Z tego wynika, że niekoniecznie mamy chlebem pozostałym po Wieczerzy Pańskiej karmić ptaki, ale nie ma też konieczności, żeby w każdym chrześcijańskim kościele było tabernakulum, natomiast jest konieczne, żeby była wspólnota. Niekonieczny jest krzyż i inne plastyczne przedstawienia, skoro życie Jezusa nie skończyło się na Golgocie, a On sam żyje właśnie w Kościele. „Istotą Kościoła jest to, co mówi Jezus: »Gdzie dwaj albo trzej zgromadzeni są w imię moje, tam Ja jestem pośród nich«, a nie tam, gdzie jeden siedzi przed monitorem” – mówi biskup ewangelicki Przemysław Semko Koroza.

Jestem z wami

Czeski jezuita Jan Rybář mówi: „Chciałbym mocno wierzyć, że za papieża Franciszka skończy się rozbicie Kościoła na przedsoborowy i posoborowy. Martwi mnie stawianie litery ponad Duchem. Prawników ponad apostołami. Przestarzałe sposoby wyjaśniania wiary ponad nowe sposoby”. Mamy wiele do zrobienia i nie podołamy w pojedynkę. Najpierw trzeba uwierzyć, że „Bóg jest miłością”, a różnorodność religii, wielość teologii i eklezjologii, światopoglądów i rozmaitość kultur jest „chciana przez Boga” i powinna być darem.

Weźmy dla przykładu kwestię zapożyczeń od naszych Kościołów, jak też z innych religii i kultur, choćby wielkanocne błogosławienie pokarmów – na Zamojszczyźnie nazywane paską. Ten obrzęd niekoniecznie trzeba widzieć jako pogański zabobon, choć rzeczywiście pochodzi on z religii przedchrześcijańskich. Przeciwnie, może poszerzać granice rozumienia rzeczywistości. W końcu w każdym domu najświętszy jest stół, łóżko i portfel. A chrześcijaństwo wzięło początek na uczcie w Kanie Galilejskiej, dopełnienie na uczcie w Wieczerniku, potwierdzenie na pikniku na brzegu Jeziora Tyberiadzkiego i wypełni się na uczcie w nowej ziemi i w nowym niebie.

Pamiętając o tym, można pójść jeszcze dalej i zapytać, czy nie nadszedł czas, by oddać poganom, co im się należy. „Paweł stanął pośrodku Areopagu i powiedział: »Ateńczycy! Widzę, że jesteście nadzwyczaj religijni. Kiedy się bowiem przechadzałem, oglądając wasze świątynie, natrafiłem też na ołtarz z napisem: ‘Nieznanemu Bogu’. Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając«”. Na pozór ta dysputa dla Pawła skończyła się klęską. W rzeczywistości Paweł położył tam fundamenty pod synodalność, ekumenizm, dialog między międzyreligijny i z ateistami.

Wspólny Jezus

Andrzej, kolejny rozmówca Ewy Barciszewskiej, mówi: „Bardzo szanuję również osoby będące w innych Kościołach, czy wręcz poza nimi, jednak postępujące tak, że w gruncie rzeczy żaden Kościół nie jest im potrzebny. Mnie ten Kościół jest potrzebny, bo mam jeszcze dużo ze sobą do zrobienia. I ciągle się uczę, więc chodzę do tej szkoły, ale w pewnym momencie mógłbym dostać świadectwo i przestać chodzić. Kościół to jest tylko nasza droga do znalezienia czegoś, czego poszukujemy. Jeżeli ktoś w Kościele katolickim znajduje możliwość szacunku dla innych ludzi, dobrej relacji z nimi, rozumienia ich, daleko posuniętej empatii, jeżeli czuje się w dobrym związku z przyrodą, po prostu jest dobrym człowiekiem, to nie musi już do żadnego innego kościoła chodzić. I takie myśli przewijają się czasem w kazaniach naszego pastora. On nie mówi: Tylko ja mam pełną wiedzę, tylko ja mogę mówić pełną prawdę, a wy to się na tym nie znacie”.

Sedno sprawy: wolność w Kościele. Patrząc na mój Kościół, muszę powiedzieć, że przestał być „potrzebny”, skoro w ciągu paru ostatnich lat odeszło z niego ponad 6 milionów wyznawców. Podobne zjawisko zachodzi w pozostałych Kościołach. Jednak wielu z tych, jak wskazują badania socjologiczne, którzy się z nami rozstają, nie porzuciło Boga. Może więc ta różnorodność wyznań, to co nas dotychczas niszczyło, staje się na naszych oczach szansą na odrodzenie. Skoro całe chrześcijaństwo jest w dołku, jedna odpowiedź z całą pewnością nie wystarczy. Również to, że starania ekumeniczne drepcą w miejscu, wskazuje na konieczność takiej jedności, w której przepływ z jednego wyznania do drugiego będzie odbywał się bez bólu. Nie będzie to proste. Wystarczy przyjrzeć się reakcjom na trwający w Rzymie synod. Dla jednych jest źródłem nadziei na przyszłość, a dla drugich, o zgrozo, protestantyzacją i demokratyzacją naszego Kościoła.

Z niektórych wywiadów dowiedziałem się też, że dla odmiany w Kościołach ewangelickich dają o sobie znać obawy o katolicyzację czy liberalizację, ale jeśli tak się dzieje i u was, i u nas, to dobrze, bardzo dobrze. W Kościele, i wszędzie indziej, zaczyna dziać się dobrze, gdy różnice zaczynają boleć, pozorowana jedność zaczyna trzeszczeć, a dogmaty i paradygmaty tracą szczelność.

Zatroskanym o przyszłość Kościoła Anioł Ślązak, czyli Johannes Scheffler radzi (przekład Andrzeja Lama): „Mędrcowi wszystko jedno, w spokoju się chowa: / Co nie po jego myśli, po woli idzie Boga”, a „Skoro tak skwapliwie chronisz swój majątek, / Spokoju prawdziwego nigdy nie osiągniesz”. Natomiast „Kiedy bogacz chętnie o swej nędzy gada, / Uwierz mu skwapliwie: to jest szczera prawda”. I wreszcie: „Bóg musi być początkiem i środkiem i końcem, / By zechciał w dziele rąk twych upodobać sobie”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Odchodzący są nam potrzebni