Jak zostać w Kościele? Czy zostać w Kościele? Jak pani wytrzymuje w Kościele? Słyszałam podobne pytania wielokrotnie. Czasem konfrontacyjnie, jako zarzut, że jeszcze w Kościele jestem, czasem z niedowierzaniem. Częściej z bólem i dezorientacją – zadawane przez rozdartych skandalami, szukających dawnego przywiązania, chcących uwierzyć, że zostając, nie współpracują ze złem systemu. Być może to pytanie brzmi tak naprawdę: po co mam zostać w Kościele?
Czasem przychodzi mailem, czasem na rodzinnym spotkaniu, innym razem w sylwestra, już po północy, od nowo poznanych osób. Być może to jedno z bardziej dręczących pytań, często powierzanych w zaufaniu, bo nierozumianych przez otoczenie, które albo trwa w Kościele bez zadawania pytań, albo już dawno przestało się nim przejmować. Widziałam, jak przez lata ton pytania u tych samych osób się zmienia, a odpowiedzią zaczyna być czasem większe zaangażowanie, a czasem schizma albo apostazja. Czasem jedno po drugim.
Zmiana pozycji
Dlatego z ciekawością czekałam na odpowiedź, jaką da na to pytanie teolog Marek Kita w zapowiadanej przez wydawnictwo Więź książce, która ukazała się niedawno pod tytułem „Zostać w Kościele. Zostać Kościołem”. Czytam ją własnym okiem, ale też przez pryzmat wszystkich wersji pytania o sens zostawania w Kościele. Czy książka Kity daje na nie odpowiedź?
Autor od razu zapowiada, że nie jest to projekt reformy Kościoła ani plan rewolucji, tylko propozycja osobistych rekolekcji dla tych, którzy decydują się pozostać w Kościele, jednocześnie przesuwając się na inne w nim pozycje. „Nie chodzi więc o to, żeby zostać w kościelnej rzeczywistości, jaką ona jest obecnie, ale właśnie o to, żeby z niej wyjść i zostać tym, czym jesteśmy w marzeniach pełnych Ducha” – pisze autor.
Zatem i wyjść, i zostać. Przemienić swoje bycie w Kościele. W odpowiedzi na ten ruch, na przeformułowanie swojego bycia w Kościele Kita proponuje swoje refleksje. Pisze je nie dla apostatów, których decyzje szanuje, i nie dla zadowolonych z tego, co jest – tylko dla tych, którzy podzielają krytyczne diagnozy, a jednak nie chcą opuszczać duchowego domu. „Gdy duchowy dom został sprofanowany i stoi w ogniu, próbują się jakoś odnaleźć na pogorzelisku”.
Jeśli próbujesz się odnaleźć na pogorzelisku albo męczy się z tym ktoś, kogo znasz, to może być książka, po którą trzeba sięgnąć.
Asertywne świadectwo
Nie chcę zdradzać wszystkich odpowiedzi Kity, bo to niewielka książka i łatwo sprawdzić samemu. W dodatku, co ważne, jest to książka, przy której lekturze czuć, że powstała z głębokiej i uczciwej medytacji nad problemem. Kita wierzy, że Zmartwychwstały „może nas wyprowadzić poza kościelny matrix drogą rewolucji pokoju”. Co proponuje? „Drogę asertywnego dawania świadectwa o znajomości z Nim, oraz skrzykiwania się ze wspólnikami w tym doświadczeniu, żeby »przygotować Mu drogi« w naszym sąsiedztwie”.
Nie musimy przy tym atakować biurokratów (sami się doprowadzą do klęski). Tylko słuchać Bożych natchnień i robić swoje, a uzyskane w ten sposób doświadczenie da nam materiał do refleksji nad reformą. Kita pisze: „Istnieje droga krytycznej ortodoksji oraz obywatelskiej wolności wierzących, niesprzeczna z lojalnością wobec Kościoła (rozumianego jako wspólnota w dziedzictwie słowa i sakramentów). Do pójścia nią potrzeba uczciwej powtórki z Nowego Testamentu, życia tym, co stanowi sedno, i świadomości ewolucyjnego charakteru tradycji. (...) Żeby zostać Kościołem w sensie pozostania nim, trzeba nim zostać w sensie stawania się – dokonać wewnętrznego przemieszczenia”.
Siedem prawd
Duża część książki to powtórka z Ewangelii, a nie projekt zmian w Kościele. Powtórka warta czytania. Znakomitym pomysłem jest zastąpienie sześciu prawd wiary, znanych z książeczek do nabożeństwa i katechezy, a w istocie nieewangelicznych, siedmioma nowymi prawdami, które Kita wywodzi z Ewangelii. W tych siedmiu prawdach opisany jest Bóg bliski, a nie sędzia, który karze. Jest to Bóg Ewangelii.
Autor zapewnia, że to, co proponuje, jest nie tyle antyklerykalne, ile aklerykalne, bo podział na duchownych i świeckich to zastarzałe skrzywienie teologii. Omija więc ten podział i nie poświęca mu wiele miejsca. Księży uwikłanych w system nieraz traktuje ciepło, namawia do wyrozumiałości wobec nich. Przyznam, że tu poczułam opór, bo wiem, że moja praktyczna aklerykalność nie zmienia tego, że instytucja działa według zasad klerykalnych, a co za tym idzie – teologią, majątkiem oraz życiem Kościoła zarządzają samorekrutujący się do tego mężczyźni.
Masz tę moc
To nie znaczy, że Kita uchyla się od krytyki zastanej rzeczywistości. Tyle że kryzys go nie ekscytuje, nie zatrzymuje się przy nim. Czytamy soczyste frazy o tym, że spada „liczba zainteresowanych pozostaniem w Kościele w charakterze podopiecznych kleru”, czy o tym, że „codzienność wielu parafii oraz innych struktur kościelnych szydzi sobie z teologii Ludu Bożego. Mowa jest o systemie, który krzywdzi najmniejszych”. Kita stwierdza wreszcie: „Nie mówimy o gaszeniu pożaru, bo to, co płonie, powinno się spalić do końca”. I wzywa: nie gaście go, to musi spłonąć do końca.
Dla polskich katolików głos przypominający o demokratycznym rozlewaniu się Ducha może być wyzwalający. Konfrontacja z tym, co jest, to nie tylko wyjście ze wspólnoty, ale radykalna zmiana własnej perspektywy. Możemy mieć eklezjalną wyobraźnię, dzielić się słowem, wspierać innych – nie w salce, nie z biskupią pieczątką i bez asysty człowieka w koloratce.
Masz tę moc, to prawo, ono przychodzi z chrztu. Nie musisz o nie prosić. Mam wrażenie, że polski katolik czuje się w sprawach wiary niekompetentny, dlatego tak łatwo oddaje front księżom. Kita pomoże przemeblować głowę.
Nabrani na synod
Jeśli chodzi o sposób pozostania w Kościele, chętnie się z Kitą pospieram, choć może mój opór momentami wynika z tego, że usadza moją nadaktywność i każe spojrzeć głębiej. Jestem, jak wielu czytelników „Tygodnika”, wychowanicą formacji powtarzającej, że to my jesteśmy Kościołem, a Kościół jest nasz, świeckich również, i nie damy się wypchnąć. Mój katolicyzm formował się na lekturach „Tygodnika”, „Więzi” i „Znaku” bardziej niż na parafialnej codzienności, gdzie te hasła zdawały się mrzonką.
Po ćwierćwieczu wciąż wierzę w bycie w tej pielgrzymującej wspólnocie, ale dodałabym ostrzeżenie, jak na papierosach, że to nie chroni przed frustracją i wątpliwościami, wręcz je wzmaga. Kita to widzi, ale wciąż rekomenduje. Na jednej z pierwszych stron książki pisze: „Ile już było zapału i oddania ze strony przebudzonych świeckich, których aktywność odbiła się od ściany księżowskiej rutyny, została zlekceważona i zmarnowana? Jak niby mamy praktycznie »zostać Kościołem« (aktualizować bycie nim), skoro instytucja świetnie sobie radzi bez naszych działań, a oddolne inicjatywy wyraźnie sprawiają jej kłopot i niepokoją? I w ogóle, czy warto po raz kolejny dać się nabrać na »odnowę Kościoła«, gdy aktualne skandale pokazują, jak mało znaczy Ewangelia w korporacji wyświęconych?”.
To jest palące pytanie. Nabieramy się na różne odnowy, synody, obietnice, teologiczne wizje, a potem okazuje się, że mydlono nam oczy i nic się nie zmienia. Jak wyjść z tego impasu?
Nie tylko schron
W tym sensie nie wiem, czy podstawowe wspólnoty kościelne, ta kuroniowska eklezjologia samoorganizacji, są receptą na kryzys. Bardzo ciężko jest w małej grupie wykarmić się Słowem, modlitwą i wspólnotą, gdy wokół padają autorytety, instytucja okazuje się pełna szlamu, a my w swoich zasobach mamy jedynie 12 lat miernej katechetycznej formacji. To jest elitarna propozycja dla osób z wysoką religijną kompetencją. A pytanie o pozostawanie w Kościele słyszę także od takich, którzy polegali dotąd na kościelnych „usługach” i bez nich czują się bezradni. Taka samodzielność może być większym wyzwaniem niż odchodzenie lub zaciśnięcie zębów, żeby wytrzymać. Czemu mamy robić Kościół na boku własnymi siłami, jednocześnie płacąc instytucjonalnym funkcjonariuszom?
Esej Kity o „pozbieraniu na nowo (re-collectio) zarówno myśli o wierze, jak i siebie samych, rozbitych w zderzeniu z ciemną stroną Kościoła” naszpikowany jest rewolucyjnymi postulatami, wykraczającymi poza projekt budowania wspólnot-schronów. Pozornie tylko Kita nie wzywa do rewolucji w Kościele, bo buduje fundament pod ewangeliczny przewrót. To po prostu projekt rewolucji Kościoła skierowany do wewnątrz – na przemianę serc, wspólnot, która przemieni i resztę eklezji.
Jednak w punktowaniu błędów, autorytaryzmu, nadużyć władzy jest bezwzględny nie publicystycznie, ale też teologicznie precyzyjny. W efekcie ta lektura to też lekcja krytycznego myślenia o doktrynie i organizacji instytucji, możliwych zmianach i ich granicach. Wiem, że to o mnie, i wiem, że przydała mi się powtórka z Ewangelii, której prorocką moc zasłania codzienność Kościoła. Po takich rekolekcjach trzeba ruszyć do pracy, która odmieni ten Kościół.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















