Skąd się właściwie wzięło zamieszanie z Marią Magdaleną? Ze skrótowości relacji ewangelicznej? Z weny kaznodziejów pierwszych wieków? Dość, że nieporozumienia, które na łamach tego wydania wyjaśnia Paweł Rakowski SJ, dziś już odchodzą w przeszłość. Jakimś ukoronowaniem tego jest podniesienie wspomnienia Marii Magdaleny (22 lipca) do rangi święta (zmiana nastąpiła w 2016 r.), co przywraca jej należne miejsce. Na tym można by poprzestać. Jednak artykuł ks. Rakowskiego prowokuje kolejne refleksje. Pisze on, że losy św. Marii Magdaleny mogłyby posłużyć „jako rachunek sumienia z tego, jak głos kobiet w Kościele jest słyszany i wzmacniany dziś”.
„Niestety, dyskryminacja ochrzczonych ze względu na płeć stała się częścią rzymskokatolickiej tradycji” – czytamy. „Jeśli już gdzieś się dokonuje istotna zmiana w życiu chrześcijanek – pisze dalej nasz autor – to poza wspólnotą rzymskokatolicką”. Wszystko, co pisze, jest arcysłuszne. Kobiety odegrały w rzymskokatolickim Kościele ważną rolę, zawsze jednak – no, prawie zawsze – musiały działać w cieniu mężczyzn.
Może błąd tkwi nie tylko w wykluczeniu (w jakimkolwiek sensie) kobiet. Może istotą problemu jest męski charakter Kościoła i jego męskie zwierzchności. Myślę, że nie da się zmienić tego, nad czym ubolewa nasz autor, bez rewizji całego systemu władzy i ważności w Kościele rzymskokatolickim. Rzecz nie tkwi – być może – we władzy sakramentalnej mężczyzn, ale w rozciągnięciu męskiej władzy na całe życie Kościoła. Sakramentu chrztu mogą, owszem, udzielać kobiety, do sakramentu małżeństwa w istocie rzeczy nie jest potrzebny ksiądz, problem ma jednak szerszy zakres. Może pytanie nie brzmi, kto udziela sakramentów, lecz kto rządzi w Kościele.
Zmiany oczywiście zachodzą, ale powoli, i mężczyźni trzymają się mocno. Tak jest zbudowana ta społeczność. My dziś pytamy: przez kogo tak zbudowana? Nikt poważny chyba nie twierdzi dziś, że cały system władzy w Kościele ma boskie pochodzenie. Oto pierwszy lepszy przykład: żeby księża reprezentujący władzę w Watykanie mogli skuteczniej działać, mianuje się ich biskupami. Kto to wymyślił? Pan Jezus? Wątpię. Raczej przemawiały za tym względy ludzkie. I nie w tym rzecz, że nie ma kobiet-biskupów, ale w tym, że stopnie władzy w Kościele są dla kobiet zamknięte. Władzy, czyli udziału w podejmowaniu decyzji. W innych sferach życia kobiety ten szklany sufit w większym lub mniejszym stopniu pokonały, ale nie w Kościele. Nawet jeśli zdarzają się wyjątki, to są one rzadkie i zwykle nie mają dalszego ciągu. Potwierdzają regułę. Oczywiście, sprawa nie jest prosta, ktoś zawsze przypomni a to o całych stuleciach praktyki, a to o różnicach między mężczyznami i kobietami. Choć z Ewangelii mimo wszystko nie wynika, żeby Jezus tych różnic nie doceniał, a nawet, żeby nie zlecał zadań zgodnie z nimi.
Dziś wiem, że nie należy w tych sprawach być nerwowym. Paweł Rakowski SJ ów rachunek sumienia z tego, jak głos kobiet jest w Kościele słuchany, podsumowuje: „katolickość Kościoła rzymskiego, wyrażająca się również w równych prawach osób ochrzczonych, jest ciągle przed nami”. Ks. Józef Tischner powtarzał, że dopiero przed nami jest chrześcijaństwo w ogóle. Kto więc wie, co jeszcze przed Kościołem?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















