Piotr Sikora: W opublikowanym niedawno na naszych łamach tekście Artura Sporniaka o mizerii polskiej teologii pojawił się przykład ks. Eligiusza Piotrowskiego, którego przewód habilitacyjny był opóźniany, gdyż tezy jego książki były niezgodne z dominującymi wśród polskich teologów poglądami. Już po publikacji tekstu okazało się, że trzy z czterech recenzji są negatywne i habilitacja została odrzucona. Czy to wydarzenie czysto „branżowe”, czy też ma szersze znaczenie?
Tomasz Polak: Ujawnia się w nim klęska polskiej teologii. Można pokazać, że recenzje nie były niezależne: obszerne fragmenty dwóch z nich, włącznie z poszczególnymi sformułowaniami, są niemal takie same. Dyskwalifikuje to z mocy prawa całe postępowanie, zostanie ono unieważnione i wznowione od początku w innej jednostce akademickiej. Ale chodzi o coś więcej. Recenzje były skrajnie stronnicze i nieobiektywne. Widać, że polska teologia jest nie tylko nie najwyższych lotów, ale też pełna „kolesiostwa”, układów, niemerytorycznych decyzji i ideologizacji.
Co tracimy w związku z taką sytuacją?
TP: Katolicy co niedzielę na mszy słuchają kazań wygłaszanych przez duchownych wykształconych teologicznie. Jeśli w studiach teologicznych coraz mniejsze znaczenie odgrywa sedno chrześcijańskiej wiary, a coraz większą jej ideologizacja, to skutek jest natychmiastowy: wierni słyszą treści ideologiczne, a nie płynące z sedna wiary. To najbardziej bezpośredni, odczuwalny dla szerokich kręgów społecznych, skutek tego, co się dzieje z polską teologią.
Sebastian Duda: Uważam, że jakość teologii ma znaczenie niezależnie od tego, czy jesteśmy wierzący, czy nie. Teologia jest nerwem naszej kultury. Odnosi się do kwestii fundamentalnych i palących. Tematy, które porusza, są ważne nie tylko dla zrozumienia wielu dzieł literackich czy plastycznych, ale dla zrozumienia, kim jest człowiek. Słabość teologii wpływa więc na inne sfery kultury.
Moim zdaniem jednak słabość teologii ma głębsze źródła niż wymienione przed chwilą: wynika z kryzysowej sytuacji chrześcijaństwa na całym Zachodzie. Teologia jest bezradna wobec tego kryzysu. Co nie znaczy, że możemy w Polsce aprobować takie praktyki recenzyjne, o jakich powiedział Tomasz.
Czytając te recenzje, można wysnuć hipotezę, że problemy ks. Piotrowskiego wynikają w dużej mierze z treści, które zawarł w swojej książce.
SD: To tym bardziej istotne, że treść tej książki dotyczy zmartwychwstania Jezusa, czyli kwestii podstawowej dla chrześcijańskiej wiary. Mówiąc językiem używanym przez autora: impulsu, który stoi u początku chrześcijaństwa.
TP: To język nie tylko Eligiusza Piotrowskiego, ja też tak to określam...
SD: ...a Piotrowski bada w swojej książce możliwości zrozumienia, na czym dokładnie ów impuls polegał, co to było. Mówimy po polsku: „zmartwychwstanie”. Ale czy wiemy, co to znaczyło dwa tysiące lat temu?
Co może być kontrowersyjnego w zajmowaniu się teologa tym tematem?
SD: W tym przypadku – sposób podejścia. Piotrowski zajmuje się tematem, używając metody historyczno-krytycznej. Jest ona stosowana od dekad na wydziałach teologicznych całego świata; moim zdaniem dochodzi nawet do pewnego jej kresu, wyczerpania. Jednak w Polsce, jak się okazało, ta metoda budzi defensywną reakcję środowisk konserwatywnych.
TP: Byłem przez wiele lat obecny w środowisku teologicznym jako rektor seminarium i profesor teologii. Uważam, że w ostatnich latach w polskiej teologii nastąpiła głęboka recesja pod względem zrozumienia, czego teologia już dokonała, m.in. za sprawą metody historyczno-krytycznej. Dziś tę ostatnią traktuje się jak niechciany kłopot, a nie jako uprawnioną metodę badań. Gdy studiowałem w latach 70. XX w., dla naszych wykładowców było oczywiste, że mówią nam o tej metodzie i uczą nas jej stosowania. Wtedy polska teologia była kilka razy bardziej progresywna niż obecnie. Wygląda na to, że w polskiej teologii czas się cofa.
Na czym polega metoda historyczno-krytyczna?
TP: To tak naprawdę zespół metod, które pozwalają badać, kiedy określony tekst biblijny powstał, w jakich fazach był redagowany, odczytać jego formę literacką, dowiedzieć się, jakie wpływy kulturowe się w nim ujawniają, jakie uwarunkowania społeczne spowodowały, że zaistniała potrzeba napisania, zredagowania i uruchomienia takiego właśnie tekstu. Teksty biblijne nie spadały przecież z nieba. Pisali je żywi ludzie w realnych środowiskach. Wierząc w natchniony charakter tekstów biblijnych, nie można uznawać, że natchnienie polegało na tym, że anioł szeptał autorowi do ucha. Kościół oficjalnie uznaje, że natchnienie Ducha Świętego wymaga ludzkiego procesu powstawania tekstu.
Co nam daje znajomość tych procesów?
TP: Weźmy fragment listu św. Pawła. Używa on formuły: Pan Jezus – Kyrios Jesus. Wydaje się nam to dziś sformułowaniem oczywistym. Ale zestawienie tych dwóch słów: „Jezus” i „Pan”, to najstarsza postać chrześcijańskiego wyznania wiary, która powstała w pierwszej reakcji na śmierć Jezusa i to, co pierwsze wspólnoty nazwały jego zmartwychwstaniem – cokolwiek to było. Pierwsi chrześcijanie uznali, że to nie mogło się tak skończyć, że po prostu zabito nam naszego mistrza. Bóg go „podniósł” i uczynił Panem. To wyznanie sformułowali w roku 33, albo 34 czy 35. Teksty Pawła, które zawierają tę krótką formułę wiary, powstały 20 lat później. Odwołują się do czegoś, co dla jego czytelników było ważne i dobrze znane.
Inaczej mówiąc, kiedy czytamy Pawła, widzimy tekst w rozwoju, a nie tekst gotowy. Lata między wydarzeniami życia i śmierci Jezusa a powstaniem pism nowotestamentowych muszą interesować wierzących chrześcijan, bo to są lata narodzin ich wiary. Skądinąd interesują też badaczy niewierzących, bo są kluczowe dla zrozumienia jednego z najważniejszych zjawisk religijnych w historii świata.
SD: Także wiedza o tym, że teksty Pawła są 20 lat późniejsze niż pewne formuły, których on używa, jest efektem zastosowania metody historyczno-krytycznej. Obejmuje ona drobiazgowe badania filologiczne, analizę porównawczą z innymi tekstami z tamtych czasów, jak również z tłumaczeniami badanych tekstów w ówcześnie używanych językach. A także badanie historii interpretacji tekstów od momentu ich powstania aż po dziś dzień, tzw. krytykę tekstu, czyli ustalenie, który z istniejących w rękopisach wariantów jest najbliższy oryginałowi, a przede wszystkim badania historyczne i analizę historiograficzną, za pomocą której oddzielamy to, co w treści tekstów opisuje „podkład” wydarzeniowy, faktograficzny, od tego, co jest literacką opowieścią o znaczeniu dydaktycznym czy symbolicznym.
Jakie znaczenie dla mojej wiary, jako chrześcijanina XXI wieku, mogą mieć takie dywagacje historyczno-socjologiczne? Co stracę, jeśli nie będę znał tych historycznych szczegółów?
TP: To, co przeciętny uczeń języka polskiego straci, nie znając historyczno-społecznych okoliczności powstania tekstów literackich. Nie będzie rozumiał, o czym są. Gdyby nie wiedział np., że „Pan Tadeusz” powstał na emigracji w czasie zaborów, jego rozumienie tekstu byłoby znacznie uboższe. Dlatego uważamy za oczywiste, że proces kształcenia obejmuje zapoznawanie uczniów z tą wiedzą. Podobnie jest w przypadku rozumienia tekstu religijnego. Co więcej: poloniści uczą o tekstach biblijnych jako o tekstach literackich. Gdyby teologowie nie uwzględniali historii tekstów wiary, byliby jak przybysze z innej planety.
SD: Warto zauważyć, że oczywiste dziś w kulturze zwracanie uwagi na komponent historyczny w rozumieniu literatury (nie tylko religijnej) ma źródło właśnie w badaniach historyczno-krytycznych nad Biblią. Choć warto też zwrócić uwagę, że istnieją współcześnie nurty filozoficzne kwestionujące możliwość dotarcia do pierwotnego zamysłu autora badanego tekstu, a nawet relatywizujące jego znaczenie w procesie interpretacji. Są nawet bardzo radykalne koncepcje, według których z chwilą powstania dzieła jego autor „umiera”, a z efektem jego pracy możemy robić, co chcemy. Ale trzeba podkreślić, że dla wiary chrześcijańskiej historia pozostaje ważna i taka dowolność interpretacyjna nie jest wskazana. Bo dla chrześcijan istotna jest „replikacja” owego pierwotnego doświadczenia, pierwotnego impulsu, o którym opowiadają teksty paschalne.
Replikacja pierwotnego doświadczenia?
SD: Trzeba być ostrożnym, gdy mówimy o konkretnym doświadczeniu i o wierze we wskrzeszenie Jezusa u początków chrześcijaństwa – wierze, że Bóg go podniósł. Eligiusz Piotrowski dokładnie wyjaśnia to w swojej książce, biorąc za punkt wyjścia większość najważniejszych nowożytnych interpretacji tekstów biblijnych mówiących o zmartwychwstaniu. Co się tak naprawdę (przy całej problematyczności słów: „tak naprawdę”) stało po śmierci Jezusa, dlaczego i jak powstała pierwsza wspólnota uczniów, dlaczego zaczęto mówić o „podniesieniu” Jezusa, co przez to rozumiano, skąd się wzięła formuła „Kyrios Jesus”, o której wspominał Tomasz, jak doszło do spisania opowieści opisujących ów pierwotny impuls, który w ciągu kilkudziesięciu lat doprowadził do powstania chrześcijaństwa? Dlatego metoda historyczno-krytyczna jest tak ważna.
TP: Skończyłem właśnie zajęcia dla studentów Pracowni Pytań Granicznych zatytułowane „Co wynika z krytycznego czytania Biblii”. Tematykę uporządkowałem według dokumentu Papieskiej Komisji Biblijnej z 1997 r. o interpretacji Pisma Świętego w Kościele. On akceptuje wszystkie istotne metody czytania Biblii, w tym metodę historyczno-krytyczną.
Co się zatem w polskim Kościele stało, że w latach 70. XX wieku ta metoda była akceptowana, przyjmują ją dokumenty ogólnokościelne, a oparta na niej książka Piotrowskiego spotyka się z takim oporem?
TP: Wynika to z narastającej ideologizacji współczesnej polskiej teologii.
SD: Moim zdaniem trzeba też uwzględnić pontyfikat Benedykta XVI i jego cykl książek o Jezusie, w których bardzo krytycznie odnosi się do metody historyczno-krytycznej. Kryzys ma charakter nie tylko polski. Nieufność wobec metodologii historyczno-krytycznej, traktowanie jej jako niewystarczającej, a nawet zagrażającej wierze, występuje w całym Kościele w konserwatywnej linii reprezentowanej m.in. przez Ratzingera. Zyskuje tu na znaczeniu teza, że w teologii nie wszystko poddane jest interpretacji historycznej. I trzeba postawić pytanie, czy w mówieniu o tym pierwotnym impulsie tak, by umożliwić jego podjęcie, metoda historyczno-krytyczna jest wystarczająca.
TP: Nie bądźmy niesprawiedliwi wobec Ratzingera. Jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary autoryzował wspomniany przeze mnie dokument i nigdy się z tego nie wycofał. To, że w swoich osobistych poszukiwaniach nie używa metody historyczno-krytycznej, wynika stąd, że po prostu uznał, że będzie się posługiwał innymi narzędziami. Ma do tego prawo. Uznał, że on sam, osobiście, dochodzi do poznania Jezusa, nie stosując metody historyczno-krytycznej.
SD: Warto zadać pytanie, dlaczego tak wybrał.
TP: Bo ten wybór pozwolił mu osiągnąć cel, który sobie postawił: napisania osobistej książki o Jezusie.
SD: Ale ten osobisty wybór wpłynął na polską teologię.
TP: Nie powinien. Bo w teologii nie powinno się pisać książek osobistych, tylko naukowe. Oparte nie na osobistych upodobaniach, lecz na solidnych badaniach. Inaczej deprecjonujemy teologię.
Jednak wiara jest czymś osobistym. Jeśli więc teologia ma mieć znaczenie dla wierzących, musi być pisana tak, by odnosiła się do osobistego aktu wiary. Badania historyczne nie dają ostatecznych odpowiedzi, lecz hipotezy. Może w tym tkwi problem – że na hipotezach nie da się zawiesić całego życia?
TP: Człowiekowi nikt nie każe zawieszać życia i wiary na hipotezach. Po drugie – można pisać książki oparte na naukowych badaniach tak, by wspierały osobistą wiarę. Sam takie pisałem, gdy byłem jeszcze katolickim teologiem. Starałem się, by były jak najbardziej naukowe, a dostawałem informacje od czytelników, że wspierają ich osobistą wiarę. Co więcej, przedstawiciele protestanckiej egzegezy historyczno-krytycznej byli w większości bardzo wierzącymi osobami. Jedno nie przeszkadza drugiemu.
Zapewne wielu polskich katolików tezy książki Eligiusza Piotrowskiego (np. że historycznie rzecz ujmując, nie było pustego grobu ani namacalnych spotkań ze zmartwychwstałym Jezusem) będzie odbierać jako kwestionowanie ważnych elementów ich wiary.
TP: Książka Piotrowskiego ani nie zamierza, ani nie jest w stanie zburzyć wiary nikomu, kto naprawdę wierzy. Jest ona bardzo solidnym opracowaniem historii interpretacji tekstów, które mówią o zmartwychwstaniu Jezusa. To absurd, że gdy ktoś mówi nam poważnie o historii źródeł naszej wiary, to naszą wiarę burzy.
SD: I ja myślę, że to użyteczna książka. Piotrowski zestawił różne ważne propozycje interpretacyjne konkretnych wersetów, konkretnych zagadnień, ukazał zbieżności i rozbieżności interpretacyjne. Jest tu ogrom wiedzy na fundamentalny dla chrześcijaństwa temat.
TP: Moim zdaniem pokazał też w tej książce swoją wiarę.
SD: Dla mnie zaskakujące jest to, co Piotrowski pisze o doświadczeniu pierwszych uczniów – o tym, że weszli w wielką otchłań, coś się z nimi psychologicznie zadziało. Dla mnie, jak już mówiłem, istotna jest replikacja ich doświadczenia, czyli egzystencjalne podobne przeżycie tu i teraz. Dlatego ważne jest to, co czytam o tym, jak uczniowie przeżywali śmierć Jezusa, jak doświadczali jego powrotu do życia. Ważne jest to dla mnie – wierzącego dzisiaj.
Rozmawiał Piotr Sikora

Prof. Tomasz Polak jest teologiem, współtwórcą Pracowni Pytań Granicznych na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, ostatnio wydał „System kościelny, czyli przewagi pana K”. Wcześniej, jako ks. Tomasz Węcławski, był m.in. rektorem poznańskiego seminarium i członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej przy Kongregacji Nauki Wiary oraz autorem wielu książek i podręczników teologicznych. W 2007 r. dokonał apostazji.

Dr Sebastian Duda jest teologiem, filozofem i publicystą. Autor książek: „Reformacja. Rewolucja Lutra” i „Przesilona wątpliwość” oraz podkastu „Pomiędzy”.
Doczesne szczątki Jezusa
Prawie 900 stron swojej wydanej dwa lata temu książki „Początki wiary w zmartwychwstanie Jezusa” ks. Eligiusz Piotrowski poświęcił teologicznemu sporowi o najważniejsze wydarzenie w dziejach zbawienia. Jak pisał na naszych łamach Józef Majewski, autor ufał, że „jego praca pomoże wierzącym uzasadnić ich eschatologiczną nadzieję wobec współczesnej umysłowości, która nie zadowala się cytowaniem Biblii, recytowaniem katechizmu czy też opowiadaniem oswojonych historii”.
Spór ów – pisał Majewski – poznajemy w kształcie, który „przybrał od czasów oświecenia, z ówczesną radykalną krytyką chrześcijańskich – jak to widzieli koryfeusze tej epoki – bredni o cudach, włącznie z cudem zmartwychwstania. Kluczowe dla tej krytyki okazały się liczne sprzeczności między czterema Ewangeliami”. Autor „w iście detektywistyczny, problemowy, krytyczny i twórczy sposób »przepytuje« aż 103 badaczy i teologów różnych wyznań i języków”.
Jedno z kluczowych pytań brzmi: czy ewangeliczne opisy pustego grobu Jezusa to literacka fikcja, czy też historyczny fakt? Niektórzy teologowie twierdzą, że skoro Chrystus zmartwychwstał w ciele chwalebnym, to nie jest konieczna wiara w fizyczne zmartwychwstanie Chrystusa. Innymi słowy: nawet gdyby znaleziono doczesne szczątki Jezusa, nie przeczyłoby to naszej wierze. Ks. Piotrowski stawia też inne teologiczne tezy, np. że Jezus „nie mógł zakładać, iż Jego śmierć jest jedynie epizodem, unieważnionym przekonaniem (czy wręcz wiedzą) o rychłym, niezwykłym i wręcz spektakularnym jej pokonaniu”.
Druga z zasadniczych kwestii omawianych w książce to ocena historyczno-krytycznej metody lektury Pisma Świętego. Metoda ta – o czym obszernie opowiadają obok rozmówcy Piotra Sikory – jest obecnie coraz częściej poddawana ostrej krytyce, m.in. Josepha Ratzingera, który „obawiał się trudności, jakie rodzą jej ustalenia, bazujące na odzieraniu Pisma Świętego z nadprzyrodzoności”.

Ks. Eligiusz Piotrowski, „Początki wiary w zmartwychwstanie Jezusa”, Zielona Góra 2022.
MaM
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















