Skoro w ewangelii mamy cud rozmnożenia chleba, dlaczego nie mielibyśmy mieć jego uwspółcześnionej wersji w postaci cudu rozmnożenia pizzy? 43 lata temu w małej hercegowińskiej wiosce Maryja zaczęła ukazywać się kilkorgu nastolatkom i ukazuje się systematycznie do dziś, wciąż przekazując swoje orędzia. Dlaczego nie miałaby przybywać z orędziami także gdzie indziej? Przecież Medziugorje stało się sławne i rozrosło się do małego hotelarskiego miasteczka. Warto więc, by także ktoś inny w innym miejscu zaczął wzbudzać religijne zainteresowanie.
Tak można skomentować dzieje pewnej współczesnej włoskiej mistyczki. Po powrocie z pielgrzymki do Medziugorje Gisella Cardia – przedsiębiorcza księgowa z Trevignano opodal Rzymu, mająca kłopoty z prawem (posiadająca na koncie dwuletni wyrok w zawieszeniu za malwersacje finansowe) – zaczęła w 2016 r. doświadczać objawień Maryi, potem Jezusa i samego Boga Ojca. I podobnie jak w Medziugorje, nie mają one końca.
Nic nadprzyrodzonego
Przekaz ma silny rys apokaliptyczny – przepowiadał rozmaite kataklizmy różnym miejscom, m.in. wieścił powszechną zarazę. Dlatego wzbudził duże zainteresowanie, które szczyt osiągnęło – jak się nietrudno domyśleć – w pandemii. Podsycane było ono przez towarzyszące objawieniom nadprzyrodzone zjawiska, m.in. owo rozmnażanie w domu widzącej potraw włoskiej kuchni (obok pizzy także klusek gnocchi). Ale najpierw krwawymi łzami płakać zaczęła przywieziona z Medziugorje figura, potem obrazy zaczęły wydzielać pachnące oleje, na ścianach pojawiały się fragmenty Pisma w oryginalnych językach, również na rękach mistyczki powstawały w cudowny sposób napisy, w końcu w okresie Wielkiego Postu zaczęła ona otrzymywać stygmaty – ale nie krwawe, tylko pachnące olejkami. Gdy zniknęła część pieniędzy zbieranych na cele charytatywne przez założoną przez mistyczkę fundację, zainteresowała się nią włoska policja.
Historia ta ma też polski wątek. Przy mistyczce pojawił się duchowny z Polski – ks. Grzegorz Bliźniak, założyciel Misjonarzy Jezusa Miłosiernego (męskiego odpowiednika żeńskiego zgromadzenia zainspirowanego wizjami siostry Faustyny), który jednak w swoich wideokonferencjach, zamiast Bożego miłosierdzia, wieści głównie zgubę grzesznikom. I to on rozpropagował orędzia Maryi z Trevignano w Polsce oraz zaprosił mistyczkę do naszego kraju. W 2021 r. odwiedzili m.in. Konin, Radęcin, Szczecin, Chojną, Dębno, Częstochowę. Owemu tournée nie przeszkodził fakt, że rok wcześniej duchowny otrzymał zakaz jakiejkolwiek pracy duszpasterskiej na terenie diecezji rzeszowskiej od miejscowego biskupa Jana Wątroby (powód zakazu nie został wówczas podany).
Ostatecznie chyba zabrakło jednak sprytu, bo Maryja nieopatrznie zaczęła ostro krytykować Watykan, a to objawieniom nie wróżyło dobrze. 6 marca tego roku miejscowy biskup Marco Salvi – opierając się na ustaleniach komisji ekspertów, złożonej z mariologa, teologa, kanonisty, psychologa, a także korzystając z ekspertyz zewnętrznych – wydał dekret, w którym stwierdził jednoznacznie: constat de non supernaturalitate („Nie ma nic nadprzyrodzonego”). W związku z tym hierarcha zakazał kapłanom „sprawowania sakramentów lub prowadzenia aktów pobożności ludowej”, które łączone byłyby z wydarzeniami w Trevignano. Zabronił też organizowania do tego miejsca pielgrzymek. Dekret biskupa został następnie potwierdzony 27 czerwca, zgodnie z nowymi normami, przez watykańską Dykasterię Nauki Wiary.
I w ten sposób wątpliwego autoramentu mistyczka Gisella Cardia (z domu Maria Giuseppa Scarpulla) właśnie przeszła do historii Kościoła jako pierwsza osoba, wobec której zastosowano nowe szczegółowe przepisy zawarte w opublikowanych 17 maja „Normach postępowania w rozeznawaniu domniemanych zjawisk nadprzyrodzonych”.

Nowe normy
Niewykluczone, że to właśnie kontrowersyjność objawień z Trevignano zmobilizowała Dykasterię Nauki Wiary, by od 2019 r. zacząć prace nad zreformowaniem podejścia Kościoła do domniemanych zdarzeń nadprzyrodzonych. Dawne przepisy (z 1978 r.) w wielu przypadkach okazywały się nieskuteczne. Po pierwsze, stawiały zbyt wygórowany cel: jednoznaczne rozstrzygnięcie, czy zjawisko ma nadprzyrodzony charakter, czy nie. I choć wymagały konsultacji z Watykanem, zabraniały biskupom informowania o tym wiernych. Watykan zatem z jednej strony domagał się rozstrzygnięć, a z drugiej bał się brać za nie odpowiedzialność. W konsekwencji sprawy często ciągnęły się latami, a w wielu bardziej skomplikowanych czy niejednoznacznych przypadkach rezygnowano z ich rozstrzygania.
Medziugorje jest tu ciekawym przykładem. Biskup miejsca bardzo szybko wydał negatywną opinię o tym przypadku (prawdopodobnie wpływ na taką postawę miał także wcześniejszy konflikt z franciszkanami prowadzącymi parafię w miejscu objawień). Na nikim to jednak nie zrobiło wrażenia: ani na widzących, którym Zjawa pokazuje się systematycznie do dziś, ani na opiekujących się nimi franciszkanach, ani na pielgrzymach, którzy masowo tam przybywają. Dopiero w 2017 r. utworzona siedem lat wcześniej przez ówczesną Kongregację Nauki Wiary komisja ds. Medziugorje wypowiedziała się za autentycznością pierwszych siedmiu objawień. A w 2023 r. papież Franciszek powołał specjalny ośrodek, który na bieżąco bada objawienia i cuda związane z tym miejscem.
W nowych normach Kościół zmienił podejście do domniemanych zjawisk nadprzyrodzonych. Po pierwsze, nie dąży już do jednoznacznego rozstrzygnięcia, czy badane zjawisko jest rzeczywiście nadprzyrodzonego pochodzenia – przeciwnie, przestrzega przed wykazywaniem nadprzyrodzoności. Obecnie obowiązuje sześciostopniowa skala ocen, od nihil obstat („nic nie stoi na przeszkodzie”) do declaratio de non supernaturalitate (orzeczenie braku nadprzyrodzoności). Ponadto dykasteria zastrzegła sobie prawo zmiany oceny w każdej chwili, wraz z rozwojem wydarzeń – orzeczenia nie angażują zatem żadnego stopnia papieskiej nieomylności.
Charakterystyczne jest też podkreślenie, że wierni nie są zobowiązani wierzyć w cuda. Nawet w przypadku udzielenia nihil obstat przez dykasterię „takie zjawiska nie stają się przedmiotem wiary – to znaczy wierni nie są zobowiązani do przyjęcia ich aktem wiary – ale, podobnie jak w przypadku charyzmatów uznanych przez Kościół, jawią się jako drogi wiodące do głębszego poznania Chrystusa” – czytamy w dokumencie opublikowanym przez Dykasterię Nauki Wiary. W innym miejscu stwierdza się, że „biskup diecezjalny zadba również o to, aby wierni nie traktowali żadnej z decyzji jako potwierdzenia nadprzyrodzonego charakteru danego zjawiska”. Wśród przykładowych domniemanych zjawisk nadprzyrodzonych dokument wymienia „łzy płynące ze świętych obrazów, pocenie się, krwawienie, zmiany zachodzące na konsekrowanych hostiach itp.”.
W skrócie procedura jest następująca: najpierw biskup wstępnie rozstrzyga, czy sprawa jest poważna. Jeśli tak, zabezpiecza przedmioty związane z danym zjawiskiem i powołuje komisję, w skład której mają wejść przynajmniej po jednym teologu, kanoniście i ekspercie z odpowiedniej dziedziny. Komisja może korzystać także z zewnętrznych ekspertyz. Biskup przesyła raport z prac komisji i swoją opinię do Dykasterii Nauki Wiary i czeka na jej decyzję. Jeśli w trakcie dochodzenia zorientuje się, że ma do czynienia z oszustwem, może ukarać winne osoby karami kościelnymi.

Zagłębie cudów
Wśród domniemanych zjawisk nadprzyrodzonych watykański dokument wspomina cuda eucharystyczne. W ostatnich latach w Polsce miało dojść do kilku takich zdarzeń. Można wręcz powiedzieć, że nasz kraj stał się ostatnio wręcz zagłębiem cudów eucharystycznych. Popularna na Zachodzie książka Franco Serafiniego o tych zjawiskach pt. „Kardiolog bada Jezusa. Oszałamiająca nauka stojąca za cudami eucharystycznymi” (z 2021 r.) przedstawia pięć cudów, w tym historycznie pierwszy cud eucharystyczny z Lanciano (VIII wiek) i aż dwa z Polski: z Sokółki z 2008 r. i z Legnicy z 2013 r.
W Sokółce na konsekrowanej hostii, która została upuszczona na posadzkę kościoła i umieszczona w wodzie, by mogła się rozpuścić, po kilku dniach pojawiła się czerwona plama. Na prośbę władz kościelnych zbadało ją dwoje patomorfologów z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Zgodnie orzekli, że „przysłany do oceny materiał wskazuje na tkankę mięśnia sercowego, a przynajmniej ze wszystkich tkanek żywych organizmu najbardziej ją przypomina”. Od tej oceny odciął się Uniwersytet Medyczny, stwierdzając, że badania zostały przeprowadzone nielegalnie. W dyskusji nad tym przypadkiem wskazywano także, że nie przeprowadzono innych badań, np. DNA i na obecność bakterii czy grzybów. Ostatecznie w komunikacie kurii białostockiej stwierdzono ostrożnie, że „wydarzenie z Sokółki nie sprzeciwia się wierze Kościoła, a raczej ją potwierdza”.
W Legnicy miało miejsce analogiczne wydarzenie. Próbkę do badań oficjalnie przyjął Zakład Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i przeprowadził kompleksowe badanie. Stwierdzono, że pobrany materiał przypomina tkankę serca, nie stwierdzono obecności grzybów ani mikroorganizmów, ale także nie stwierdzono ludzkiego DNA. Materiał do badań przyjął także Zakład Medycyny Sądowej Uniwersytetu Pomorskiego w Szczecinie i tam badania DNA wyszły pozytywnie. Obie ekspertyzy ówczesny biskup legnicki Zbigniew Kiernikowski wysłał do Watykanu i otrzymał zgodę na oddawanie czci zmienionej hostii, którą oficjalnie określił jako „wydarzenie o znamionach cudu eucharystycznego”.
Prof. Tadeusz Dobosz, który w owym czasie był kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej UW i prawdopodobnie to on badał DNA materiału z legnickiej próbki, tak komentował różnicę wyników między Szczecinem a Wrocławiem: „Są dwie możliwości. Pierwsza, moim zdaniem mniej prawdopodobna, to taka, że użyli lepszych, czulszych technik. Druga, bardziej prawdopodobna, to taka, że w międzyczasie, pomiędzy jednym a drugim badaniem został on, używając naszego żargonu, skontaminowany, czyli np. ktoś, oglądając obiekt, kichnął. Dzisiejsze metody badawcze są nieprawdopodobnie czułe” (rozmowa „Nie ma przyrodniczych algorytmów stwierdzania cudów” w dwumiesięczniku „Medical Tribune” nr 5/2016).
Trzecie podobne wydarzenie miało miejsce w Topoli w diecezji kieleckiej w 2022 r. Próbka komunikantu i wody trafiła do Ośrodka Badań Muzealiów, Relikwii i Zdarzeń Eucharystycznych przy Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu. Werdykt był negatywny: nie wykryto ludzkiego DNA, natomiast za kolor czerwony próbki odpowiedzialne były trzy gatunki grzybów. „Wydarzenie w parafii Topola nie miało charakteru nadprzyrodzonego” – oświadczyła kielecka kuria 8 lutego 2024 r.
Światowe centrum badawcze
Ośrodek Badań Muzealiów, Relikwii i Zdarzeń Eucharystycznych przy PWT we Wrocławiu jest godny uwagi. Powstał w 2019 r. Odnośnie do zdarzeń eucharystycznych na jego stronie czytamy: „W związku z licznymi zdarzeniami, które miały miejsce w ostatnim czasie, został powołany specjalny zespół specjalistów w różnych dyscyplinach naukowych, którego celem będzie badanie podobnych zjawisk zgodnie z sobie właściwym aparatem naukowym i własnymi metodami oraz próba interpretacji tych zjawisk w perspektywie nauki i wiary”. Nietrudno się domyśleć, że ośrodek ten powstał z powodu kontrowersji związanych z wydarzeniami w Sobótce i Legnicy i ma ambicje prowadzić profesjonalne badania.
Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, przebadał już kilkanaście przypadków z Polski i zagranicy (Topola była jednym z nich) – wszystkie okazały się mieć naturalne wyjaśnienie. Ośrodek dąży do tego, by opracować metodologię całościowych badań takich przypadków, i postuluje, by ich efekty publikowane były w czasopismach naukowych, czyli poddawane normalnej naukowej krytyce.
Nie udało się nam potwierdzić tych informacji, ale wygląda na to, że Polska stała się światowym centrum profesjonalnego badania cudów eucharystycznych. Wszystko dzięki tym kilku dziwnym, związanym z Eucharystią wydarzeniom z ostatnich lat.
Cudowne uzdrowienia
Jak widzieliśmy, papież Franciszek przy pomocy mianowanego przez siebie w 2023 r. prefekta Dykasterii Nauki Wiary kard. Victora Fernándeza dąży do dystansowania się Kościoła wobec domniemanych zjawisk nadprzyrodzonych. Tymczasem w procesach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych wciąż wymagane jest stwierdzenie po jednym cudzie. Skąd te odmienne tendencje?
Całkiem możliwe, że Franciszek jeszcze w ciągu swojego pontyfikatu zrezygnuje z tego wymogu. Na razie obowiązują normy ustanowione w 1983 r. przez Jana Pawła II. Ponoć gdy namawiano go, by zrezygnował z kłopotliwego badania cudów za wstawiennictwem kandydatów na ołtarze, miał odpowiedzieć: „Dajmy też Panu Bogu szansę się wypowiedzieć”.
I Bóg z tej szansy zdaje się obficie korzystać. Istnieje popularne przekonanie, że najbardziej „opłaca się” modlitwa do kandydatów na ołtarze albo osób już beatyfikowanych, wobec których toczy się proces kanonizacyjny. Takie myślenie ma własną żelazną logikę: skoro Bóg chce mieć w Kościele świętych i błogosławionych, będzie kościelne procesy wspierać cudami.
Skala zjawisk jest duża. W latach 1983-2004 ówczesna Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych zatwierdziła ponad 340 cudów. W większości były to nagłe, trwałe i niewytłumaczalne medycznie uzdrowienia z chorób. Ale stwierdzane cuda dotyczą też ciężkich urazów, porażeń prądem czy piorunem, a nawet ożywienia po utonięciu. Oto przykłady wydarzeń orzeczonych jako cudowne, które w artykule na łamach „Roczników Nauk Prawnych” (2/2006) przytacza ks. Dariusz Blacharz:
Trzyletnia Austriaczka Brunona H. wpadła do wody. Zabiegi reanimacyjne były spóźnione i nieskuteczne. Rodzina modliła się do Marii Teresy Scherer (1825-1888). Dziewczynka przebudziła się po kilku godzinach. Diagnoza konsulty biegłych, która z ramienia kongregacji badała ten przypadek, była jednoznaczna: uduszenie z utonięcia przedłużające się do ponad godziny; stan śmierci klinicznej, a potem kompletne i trwałe odzyskanie funkcji życiowych – niewytłumaczalne z punktu widzenia wiedzy naukowej.
We wrześniu 1981 r. Wenezuelczyk William Guillen Zambiano wybrał się z dzieckiem na ryby. Złowiona pirania odgryzła końce trzech palców lewej ręki jego dziecka. Za cud za wstawiennictwem Marii Róży Molas y Vallve (1815-1876) uznano przyjęcie się przeszczepu w 8 godzin po wypadku.
Przy niektórych cudach trzeba wręcz bronić się przed pokusą posądzenia Boga o specyficzne poczucie humoru. Mikołaj R. jako czteroletnie dziecko miał wpaść pod traktor, który wcześniej uruchomił. Maszyna miała przejechać po jego policzku i klatce piersiowej. Wuj rzucił się na ratunek i niechcący przygniótł lewą stopę chłopca. Rodzina modliła się o wstawiennictwo sługi Bożego Grimoaldo a Purificatione (1883-1902). W szpitalu w Neapolu nie stwierdzono innych obrażeń prócz złamania w lewym śródstopiu.
Zamknięte w dogmaty
Gdy przeglądniemy dokumenty doktrynalne Kościoła, zapewne z zaskoczeniem stwierdzimy, że wiara w cuda nie jest pozostawiona swobodzie wierzących katolików. Rozwój nauk przyrodniczych i ich niezwykła skuteczność stały się bodźcem do rozkwitu w XIX wieku scjentyzmu wierzącego w nieograniczone zdolności nauki. Zdawał się on spychać wiarę w ślepą uliczkę fideizmu. Kościół dość nerwowo próbował się przed tym bronić, sięgając po sprawdzoną w historii scholastykę, która jednak w porównaniu z naukami przyrodniczymi proponowała naiwny racjonalizm. Właśnie na fali neoscholastyki Sobór Watykański I zdogmatyzował cuda. Konstytucja „Dei filius” potępiła m.in. dwa stwierdzenia: że „cuda nie są wcale możliwe, a zatem wszystkie opowiadania o cudach, nawet te zawarte w Piśmie Świętym, trzeba uznać za baśnie i mity” oraz że „cudów nigdy nie można poznać w sposób pewny, ani że na ich podstawie nie można w należyty sposób wykazać Bożego pochodzenia chrześcijańskiej religii”.
Cuda, jako argumenty w wykazywaniu Bożego pochodzenia chrześcijaństwa, raczej się już dzisiaj nie sprawdzą. Choćby z tego powodu, że są kulturowym zjawiskiem powszechnym w religiach. Dla myślenia religijnego bardziej stanowią kłopot niż pomoc. Zwłaszcza jeśli są traktowane jako bezpośrednie Boże ingerencje w fizyczną rzeczywistość. Jedno z trudniejszych pytań, jakie cuda rodzą, brzmi: skoro Bóg ratuje niektórych z poważnych tarapatów swoimi specjalnymi interwencjami, dlaczego nie zareagował podczas Holokaustu? (Trudności, do których prowadzą takie pytania, szczegółowo rozważałem na tych łamach w artykule „Po co nam diabeł?”, „TP” nr 50/2022).
Dawniej mówiło się, że cuda łamią prawa przyrody. Obecnie teologowie starają się używać ostrożniejszego języka. Mówią, że w cudach Bóg wykorzystuje prawa przyrody (dlaczego by miał łamać coś, co sam ustanowił?), ale czasem prowadzi to do nietypowego wyniku – cudu. Albo że zdarzenia cudowne są efektem praw jeszcze nierozpoznanych przez współczesne nauki. W każdym razie próbuje się przedstawiać tzw. nieinterwencjonistyczny model Bożego działania w świecie.
Miara
Dogmat domagający się wiary w cuda można też interpretować tak: trudno pomyśleć katolicyzm bez wiary w cud wcielenia i cud zmartwychwstania – chrześcijaństwo jest rozpięte między nimi oboma, niezależnie, do czego bibliści dojdą w sprawie ewangelicznych cudów Jezusa. Wcielenie jest dość wyjątkowym cudem – wręcz archetypicznym. Bóg wszedł w naszą rzeczywistość ziemską w swojej naturze, ta interwencja jednak nie zniszczyła ani nie przemieniła ludzkiej natury Jezusa. Można powiedzieć, że ją w niesłychany sposób poszerzyła czy otworzyła. Próbował to, nieudolnie, wyjaśnić Sobór Chalcedoński (451 r.): „Jednego i tego samego Chrystusa Pana, Syna Jednorodzonego, należy wyznawać w dwóch naturach: bez zmieszania, bez zmiany, bez podzielenia i bez rozłączenia. Nigdy nie zanikła różnica natur przez ich zjednoczenie, ale zostały zachowane cechy właściwe obu natur, które się spotkały, aby utworzyć jedną osobę”.
Można próbować mierzyć inne cuda miarą tego arcycudu. Cuda „nie mieszają”, nie wprowadzają „zmiany natury”, a „poszerzają” jej możliwości, i to w sposób niezwykle harmonijny, „nie dzieląc” ani nie „rozłączając”.
Bóg prywatnie
Na koniec chcę bronić prywatnych i powszednich cudów. Są to wydarzenia, które tylko my potrafimy odczytywać jako sygnały od Boga. Bez takiego codziennego dialogu z Bogiem poprzez to, co nas spotyka, życie religijne nie miałoby prawdopodobnie takiego smaku.
Gdy w młodości przeżywałem różne religijne napięcia, pojechałem na rekolekcje do Makowa Podhalańskiego. Między konferencjami poszedłem na spacer nad pobliską Skawę. I gdy tak siedziałem na brzegu i biłem się z różnymi myślami, nagle kilka metrów ode mnie środkiem rzeki przebiegła sarna. Było to tak niespodziewane i dziwne, że wszelkie napięcie ze mnie opadło. Wiem, że najprawdopodobniej sarna była u wodopoju i coś ją spłoszyło, a brzeg był za wysoki, więc pobiegła po płytkiej wodzie środkiem rzeki w moim kierunku. Nic jednak nie jest w stanie odebrać mi wrażenia Bożego znaku.
Myśląc o kłopotach, jakie sprawiają cuda, warto wspomóc się pewną ideą obecną we współczesnej metodologii nauki – rozróżnia ona kontekst odkrycia od kontekstu uzasadnienia. Innymi słowy, nie jest istotne, w jak szalony sposób wpadniesz na daną hipotezę, ważne jest, żebyś racjonalnie ją potem testował. Zatem nic nie szkodzi, że wierzymy w cuda i że nie da się tego do końca racjonalnie usprawiedliwić. Ważniejsze jest, co z tą wiarą później robimy w życiu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















