Chrześcijaństwo powinno być wiarą krytyczną, stawiającą pytania o sprawy najbardziej istotne

Ks. dr Ewa Jóźwiak: Bóg jest otwarty na człowieka. Temu, kto chce wierzyć, nie powie: „Halo, ty tutaj nie pasujesz!”.
Czyta się kilka minut
Spotkanie Rut i Booza na polu zboża, witraż autorstwa Williama Wailesa, 1849 r., katedra w Ely, Wlk. Brytania // Fot. Holmes Garden Photos / Alamy / BE&W
Spotkanie Rut i Booza na polu zboża, witraż autorstwa Williama Wailesa, 1849 r., katedra w Ely, Wlk. Brytania // Fot. Holmes Garden Photos / Alamy / BE&W

Paulina Model: Katolicy są Piotrowi, a protestanci – Pawłowi. Słyszała Ksiądz takie powiedzenie? Ma ono sens?

Ks. Ewa Jóźwiak: Chyba tylko taki, że Piotr stał się dla katolików pierwszym papieżem. Ale moim zdaniem wszyscy jesteśmy trochę Piotrowi i trochę Pawłowi, dlatego że zarówno stoimy na gruncie apostołów, jak i czerpiemy z szerzenia Ewangelii wszystkim narodom.

Za kilka dni, 29 czerwca, obchodzimy uroczystość Piotra i Pawła. Kim oni są dla Księdza – prezbiterki Kościoła ewangelicko-reformowanego?

Apostołami, którzy się dopełniają. Może tak myślę, bo są wspólnie upamiętnieni. Ale też dlatego, że mają zupełnie inne, ale uzupełniające się strefy, w których głoszą Ewangelię. Paweł jest apostołem pogan, Piotr apostołem Żydów. Gdyby nie to, że Paweł wyszedł poza krąg żydowski, Ewangelia nie dotarłaby dalej. Judaizm nie jest religią misyjną. Dziś mamy konwersje do judaizmu, ale w czasach biblijnych w zasadzie ich nie było – Żydem stawało się przez urodzenie, małżeństwo albo przez trafienie do żydowskiego domu, jako niewolnik czy niewolnica. Choć jest jeden przykład biblijny – Rut Moabitki – przekraczający ówczesne zasady.

A Piotr? Myśli Ksiądz o nim jak o pierwszym papieżu?

Nie. Dla mnie był apostołem i bardzo ważną osobą w Kościele jerozolimskim. W strukturze Kościołów ewangelickich jedna osoba, która spaja wszystko, nie jest konieczna. W dialogu ekumenicznym były nadzieje, łączone z papieżem Franciszkiem, na podjęcie dialogu o rozumieniu papiestwa. Nadzieje, że uda się na nowo przemyśleć tę rolę zarówno w katolicyzmie, jak i po stronie ewangelickiej. Ale do tego daleka droga, bo mamy różne rozumienie urzędu „duchownego” w naszych Kościołach. Dla ewangelików pewnie byłaby do zaakceptowania rola papieża jako pierwszego spośród równych.

Czyli tak, jak w pierwszych wiekach, kiedy mieliśmy różnych patriarchów?

Tak. Ale wtedy nie miałby takiej pozycji, jaką ma współcześnie w Kościele rzymskokatolickim.

Wróćmy znów do Pawła. Spotykamy w jego pismach sporo kobiet. Czy któraś z tych historii jest dla Księdza inspirująca?

Kobiety Nowego Testamentu inspirują mnie dziś mniej. Teraz na pierwszym planie jest u mnie wspomniana Rut Moabitka.

Dlaczego?

W naszej parafii ewangelicko-reformowanej w Warszawie mamy każdego roku sporo konwersji. Najbliższa będzie właśnie 29 czerwca. Gdy czytałam Księgę Rut, zdałam sobie sprawę, że to właśnie historia pierwszej konwersji. Zaskakująca, bo tytułowa bohaterka należała do narodu wrogiego Żydom – była Moabitką. W Księdze Wyjścia czytamy, że Moabici nie pozwolili Żydom przejść przez swój teren, gdy ci zmierzali do Ziemi Obiecanej. To przetrwało w pamięci żydowskiej. Księga Powtórzonego Prawa mówi, że Moabita nie może zostać Żydem aż do dziesiątego pokolenia (Pwt 23, 3-5). Czyli nigdy. Nawet Egipcjanie mieli lepiej – mogli stać się częścią narodu wybranego w trzecim pokoleniu np. przez małżeństwo.

Rut, po śmierci swego żydowskiego męża, postanowiła wrócić z teściową z Moabu do Betlejem. Wtedy padły te znane słowa, które dziś nam się kojarzą raczej ze ślubem: „Gdzie ty pójdziesz, i ja pójdę; gdzie ty zamieszkasz, i ja zamieszkam; lud twój – lud mój, a Bóg twój – Bóg mój” (Rut 1, 16). W ten sposób zostaje złamany zakaz spisany w Księdze Powtórzonego Prawa. Dzięki temu Rut zostanie prababką króla Dawida i będzie zapisana w genealogii Jezusa Chrystusa. Dla mnie to wyrazisty znak, że wszystko jest możliwe. Historia się odmienia. Bóg może wszystko.

Bóg też się zmienia?

Jest otwarty na otwartość człowieka. Człowiekowi, który chce wierzyć, nie powie: „halo, ty tutaj nie pasujesz!”.

Historia Rut to historia drogi do Boga. A jak wyglądała Księdza ścieżka? Dorastała Ksiądz na plebanii luterańskiej swojego dziadka, skończyła teologię katolicką, a teraz rozmawiam z pastorką kalwińską…

Dzieciństwo spędziłam w Kaliszu, na plebanii dziadka, ks. Jerzego Sachsa. Dlatego chodziłam do kościoła ewangelickiego i czułam się ewangeliczką, mimo że nią nie byłam. Ale musiałam też uczestniczyć w różnych wydarzeniach religijnych w Kościele katolickim, normalnych w życiu dziecka, co z czasem zaczęło powodować mój bunt. Mocowałam się z tym do późnej dorosłości. W pewnym momencie uznałam, że powinnam to uporządkować. Chciałam być ewangeliczką. Tak się czułam i czuję. Wtedy przyszła mi do głowy myśl, że studiując katolicką teologię, będę miała okazję upewnić się, czy na pewno podjęłam dobrą decyzję.

Na Akademii Teologii Katolickiej (dziś UKSW) uzyskała Ksiądz magisterium i licencjat naukowy.

To był bardzo owocny czas. Mówię to szczerze. Spotkałam tam mądrych wykładowców i jestem im szalenie wdzięczna za rzetelną wiedzę i ekumeniczną oraz międzyreligijną otwartość. 

Wtedy zapadła decyzja o konwersji?

Byłam głęboko przekonana, że nie jestem katoliczką. To tak, jakby iść w drogę w nie swoich butach. Iść idziesz, ale jest ci tak niewygodnie, że marzysz tylko o tym, by jak najszybciej to zmienić.

A potem doktorat z teologii ewangelickiej. I ordynacja na prezbitera, trzecia w historii Kościoła ewangelicko-reformowanego w Polsce.

W rodzinie mojego dziadka urząd duchownego ewangelickiego przechodził z ojca na syna przez cztery pokolenia. Dziadek i pradziadek żyli w czasach hitleryzmu. Jako duchowni o niemieckich korzeniach mogli mieć świetną pozycję, gdyby opowiedzieli się po stronie Niemiec. Ale oświadczyli, że są Polakami. Napisałam doktorat o tej historii. Badałam, jak zachodziła polonizacja w mojej rodzinie.

Po obronie ktoś z władz kościelnych zadał mi pytanie: „A czy ty byś nie chciała zostać duchowną?”. Odpowiedziałam, że chciałabym, bo rzeczywiście takie miałam od zawsze marzenie, choć nic nie robiłam w tym kierunku. Od końca lat 90. ubiegłego wieku prawo Kościoła ewangelicko-reformowanego (KER) umożliwia ordynację kobiet. Pierwsza odbyła się w 2003 r., potem nastąpiło 20 lat przerwy. Napisałam podanie, ale okazało się, że brakuje mi magisterium z teologii ewangelickiej, choć miałam z tej dyscypliny doktorat. Nadrobiłam. Na ordynację czekałam 8 lat, wysyłając wiele podań. Widocznie tak miało być. W każdym razie cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem.

Dziadek był luteraninem, Ksiądz zdecydowała się na Kościół ewangelicko-reformowany. Dlaczego?

Myślę, że ze względów teologicznych. Ewangelicyzm reformowany stawia na wiarę krytyczną, to kręgosłup tego wyznania. Pastor Barret L. Gritters stwierdził, że to znane zdanie, używane jako motto: Ecclesia reformata semper reformanda (Kościół reformowany musi być nieustannie odnawiany), oddaje najważniejszą i najtrwalszą linię, cantus firmus, reformowanej tożsamości. Reformatorzy podkreślali, że dzieło reformacji nie zostało ukończone. Kościół reformowany stale bada Słowo Boże, aby upewnić się, że jest mu – temu ostatecznemu standardowi – rzeczywiście wierny. I gdy się zdeformuje, to się reformuje. 

Dla mnie jest też ważne, że struktura mojego Kościoła opiera się bardziej na osobach świeckich niż duchownych. Na przykład prezesem Synodu, jak i prezesem Konsystorza jest zawsze osoba świecka. Można być proboszczem parafii, ale trzeba mieć świadomość, że moim szefem jest świecki czy świecka. To nie zawsze jest takie oczywiste.

Ksiądz też była prezesem Synodu jako osoba świecka.

Tak, przez dwie kadencje. To był czas uczenia się innych ludzi. Pełniąc taki urząd trzeba schować swoje poglądy do kieszeni. Trzeba umieć wysłuchać innych, pokierować dyskusją, czasem załagodzić emocje. Trzeba być otwartym, także na ludzi spoza Kościoła.

Wróćmy do Piotra i Pawła. W Liście do Galatów czytamy o ich sporze, czy poganom wierzącym w Jezusa nakazywać obrzezanie i posty. To spór o wolność. Co dziś nam ją daje, a co zabiera?

Moje zamiłowanie do Starego Testamentu każe mi od razu pomyśleć o wyjściu z Egiptu. To taki moment, kiedy musimy sobie zdać sprawę, co chcemy zostawić za sobą i na ile umiemy to zrobić. To także pytanie, o jaką wolność chodzi – od wszystkiego, czy jednak opierającą się na jakichś autorytetach? Dla Izraelitów tym autorytetem był np. Mojżesz. By wyjść z niewoli, musieli mu zaufać. Warto pamiętać, że wolność jest zawsze zakorzeniona w odpowiedzialności – i odwrotnie. Ten, kto nie jest wolny, nie jest też odpowiedzialny, ponieważ jego wola poddana jest woli innych. Współcześnie wielu ludzi pragnie wolności bez odpowiedzialności, ale to karykatura wolności. Karl Barth mówił, że wolność bez odpowiedzialności to jest samowola.

Czy chrześcijaństwo też może zabierać nam wolność?

Z pewnością, jeżeli większą wagę przywiązuje się do praktyk czy tradycji, nie zważając na to, na co otwiera nas Biblia. Jeśli np. powiemy, że zawsze musi być tak, jak jest. W naszej parafii jeden z prezesów Kolegium Kościelnego zdecydował o usunięciu klęczników w prezbiterium, służących parafianom do klękania podczas Wieczerzy Pańskiej, oraz kandelabrów na Stole Pańskim. Część parafian była niezadowolona, argumentując, że przecież zawsze tak było. To nas więzi, że jesteśmy zbyt przywiązani do czegoś drugo- czy trzeciorzędnego, ale „odwiecznego”. Chrześcijaństwo powinno być wiarą krytyczną, stawiającą pytania, na przykład o to, co tak naprawdę jest istotne.

Jak wierzyć krytycznie, w zgodzie z rozumem?

Rozumu nie da się „wyłączyć”. Nie da się tych wszystkich pytań zadawać w próżni, tylko we własnej bańce. Musimy chętnie słuchać tego, czego nauczyli się z Biblii inni chrześcijanie, którzy różnią się od nas. Korygować swoją postawę. A przede wszystkim nie możemy bać się stawiać pytań sobie. Co żywy Bóg, którego znamy w Chrystusie i w Biblii, czyni i mówi w naszych czasachtu i teraz? Jak dziś powinniśmy myśleć i żyć jako chrześcijanie?

Od czasu, kiedy przygotowuję samodzielnie nabożeństwa i muszę wygłaszać kazania, inaczej czytam Biblię. Czasem dany tekst na niedzielę nic do mnie nie mówi, a ja przecież muszę coś na jego temat powiedzieć. Człowiek myśli, że tyle lat studiował, to coś wie, a tu nagle okazuje się, że czytam perykopę i nie mam pojęcia, co powiedzieć, bez popadania w banał albo „wielkie prawdy”. Trzeba przyznać się, że jednak w każdym momencie życia jesteśmy uczniami.

A czym ostatnio była Ksiądz zaskoczona?

Teraz przygotowuję cykl o kobietach w Biblii. I nagle w niedzielnym tekście kazalnym pojawia się jakaś Lidia. I myślę: „Co ja wiem o Lidii z Tiatyry? Co ona tam robi?”. Czasem kobiety, które pojawiają się na kartach Biblii, dają nam do myślenia. Bo mamy takie wyobrażenie o czasach biblijnych, że był to świat patriarchalny; w którym mężczyźni decydowali o najważniejszych rzeczach. Że to do nich należało ostatnie słowo. A tu nagle niespodzianka: Lidia z Tiatyry. Kobieta niezależna i zamożna, bo wiemy, że handlowała purpurą. O mężu nie ma żadnej wzmianki. Jest nieistotny. Kobiety opisane w Nowym Testamencie to nie były takie bezimienne panie, które chodziły za uczniami i im gotowały. Były też takie, jak Lidia, które sponsorowały podróże i działalność apostołów. Dzięki nim Ewangelia mogła się szerzyć.

Albo inny fragment: Zmartwychwstanie. Skupiamy się na nim, zapominając nieraz o kobietach u grobu. A to przecież pierwsze apostołki. Przebiegamy wzrokiem przez te kobiece postaci, idziemy dalej, a czasem warto się zatrzymać i zobaczyć: co one tam robią? Dlaczego tam nie było panów? Niektórzy żartują, że gdyby pierwsi przyszli mężczyźni, to dobra nowina o zmartwychwstaniu by się nie rozeszła.

Biblijne kobiety nie są idealne, krystaliczne – tak jak i my – ale jednak zostały utrwalone na kartach Pisma Świętego. Są ludźmi z krwi i kości. Możemy przyglądać się ich życiowym perypetiom: wyborom oraz konsekwencjom tych wyborów, nie zawsze szczęśliwych. Ale także ich wierze, odwadze, mądrości, lojalności, wytrwałości w obliczu różnych trudności. Dla wielu z nas – współczesnych kobiet – naprawdę mogą być inspiracją.

Ks. dr Ewa Jóźwiak // Fot. Paulina Osińska / materiały prasowe KER

Ks. dr EWA JÓŹWIAK – ordynowana w Kościele ewangelicko-reformowanym (2024 r.), redaktorka naczelna „Jednoty”, autorka książek „Sachsowie. Polacy z wyboru” oraz „Osobno czy razem? Dążenia ekumeniczne w ewangelicyzmie polskim w XX wieku”, członkini Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Stawiam na wiarę krytyczną