Niż genueński był tym razem łaskawy. Co można zrobić, zanim przyjdzie kolejna powódź

Powodzi tym razem nie było, ale nadejdzie wcześniej niż później – tymczasem politycy zachowują się tak, jakby kwestię walki ze zmianami klimatu mogli zostawić swoim następcom. Spróbujmy im podpowiedzieć, jak się za to zabrać.
Czyta się kilka minut
Zabiezpieczenia przed powodzią w Oławie, 18 września 2024 r. // Fot. Aleksander Kalka /NurPhoto / Getty Images
Zabezpieczenia przed powodzią w Oławie, 18 września 2024 r. // Fot. Aleksander Kalka /NurPhoto / Getty Images

Coraz częściej zastanawiam się, czy Czesław Miłosz, pisząc „Piosenkę o końcu świata”, przewidział kryzys klimatyczny. A nawet nie sam kryzys, ale nasze reakcje na niego.

„A którzy czekali błyskawic i gromów

Są zawiedzeni

A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,

Nie wierzą, że staje się już“. 

Jeżeli ktoś wciąż nie wierzy, że „staje się już”, to przypomnę: niecały rok temu po upalnym, suchym lecie przyszedł bardzo ciepły wrzesień, a potem seria nawalnych deszczy, które spowodowały powódź na Dolnym Śląsku i w innych częściach Polski. Powódź o skali, którą zwykło się dawniej określać jako „stuletnia” – choć w Kotlinie Kłodzkiej woda sięgnęła poziomów znanych już z powodzi w 1997 r., a więc zaledwie ćwierć wieku wcześniej. Po drodze była jeszcze nieco mniejsza, ale również katastrofalna w skutkach powódź w 2010 r., która dotknęła mocniej dorzecze Wisły niż Odry.

Niecały rok później obserwujemy sezon nawalnych deszczy w lipcu. Spowodowany tym samym, co we wrześniu 2024 r., niżem genueńskim. Tym razem w lżejszej, mniej katastrofalnej wersji, która nie spowodowała gwałtownych wylewów rzek.

Powódź zaczyna się od śniegu

Pewnie już tego nie pamiętamy, ale obecne deszcze przyszły po okresie suszy hydrologicznej, która na terenie naszego kraju rozkręciła się w tym roku już wiosną. Wcześniej mieliśmy prawie bezśnieżną zimę, w trakcie której nawet w górach nie uświadczyliśmy porządnej pokrywy śnieżnej, nawilżającej trwale glebę.

„Często pytacie nas – pisały Polskie Koleje Linowe na oficjalnym profilu pod koniec grudnia 2024 r. – kiedy ruszą koleje w Kotłach Goryczkowym i Gąsienicowym. Odpowiadamy: niestety, musimy jeszcze poczekać. Obecnie poziom pokrywy śnieżnej wynosi zaledwie 10% na trasach, a jedynie 5% na nartostradzie”. Czekaliśmy i czekaliśmy. W połowie lutego Portal Tatrzański w dramatycznym tonie pytał: „Czy stok w Dolinie Goryczkowej jeszcze kiedyś ruszy? Brak śniegu zagraża przyszłości legendarnej trasy!”.

Łapię się na tym, że sam w kontekście kryzysu klimatycznego odruchowo odwołuję się do tak mało istotnej sprawy jak narciarstwo. Umówmy się – ograniczone możliwości uprawiania sportów zimowych to przykra, ale błaha konsekwencja tego, co nas dotyka w związku ze zmianą klimatu. Są też sprawy wagi zasadniczej: brak pokrywy śnieżnej ma olbrzymi, negatywny wpływ na bilans wodny.

Dlaczego w Polsce są powodzie

Większość polskich rzek ma swój własny reżim wodny śnieżno-deszczowy. Przez setki lat to właśnie wysokość pokrywy śnieżnej determinowała stan wody w rzekach po odejściu zimy. Wiosenne przybory zasilały wody gruntowe i mokradła, mniejsze cieki wodne użyźniały gleby, a to, co z sobą przynosiły, stanowiło „zapas” na cieplejsze i suche miesiące.

Teraz ten zapas dramatycznie się skurczył: w roku 2025 nie uświadczyliśmy ani razu wysokich stanów wody na Wiśle. Jednocześnie upalne i suche okresy w sezonie letnim trwają dłużej niż zwykle i są bardziej dotkliwe. Na to z kolei nakładają się coraz częstsze opady ekstremalne.

Skąd one się biorą? Wspomniany niż genueński we wrześniu 2024 r. zaprowadził nad Kotlinę Kłodzką rekordowe opady deszczu. Nad Śnieżnikiem spadło go wtedy 300 mm w ciągu doby, czyli jedna czwarta rocznej sumy opadów w tym miejscu! Rekordowe temperatury Morza Śródziemnego, zanotowane tamtego lata, sprawiły, że niż niósł ze sobą olbrzymie ilości wody.

Tak, to zdarzało się także w przeszłości – ale raz na sto lat. Nie przypadkiem na ścianie kościoła w Kłodzku możemy zobaczyć trzy linie wielkiej wody: z 1897 r., 1997 i najnowszą – z 2024 r. To już jest trend, z którego wynika, że kiedyś mieliśmy więcej czasu, by się otrząsnąć i przystosować. Teraz tego czasu jest coraz mniej. Ostatnie lipcowe opady to przecież także niż genueński, tyle że tym razem rozłożył się on nieco inaczej i cały deszcz nie „wypadał się” nad jednym regionem.

To właściwie cały opis katastrofy, która nas dotyka. Katastrofy, która „staje się już”, choć tylko czasami, jak tamtego września, towarzyszą jej błyskawice i gromy. Na co dzień rozpełza się ona w naszej rzeczywistości niepostrzeżenie. Zanik śnieżnych zim, fale upałów, susze przeplatające się z nawałnicami grożącymi powodzią – to jest dokładnie to, co przewidywali naukowcy z IPCC ONZ, czyli Międzyrządowego Panelu o Zmianie Klimatu, dla naszego regionu świata. Ich prognozy sprawdzają się co do joty.

Polityczna susza

Pytanie brzmi: skoro wiadomo od dawna, co nas czeka, i skoro widzimy wokół siebie, że to już się dzieje – dlaczego nic się nie zmienia w naszym podejściu do kwestii klimatu? Albo wręcz zmienia się na gorsze?

Mówiąc „naszym” myślę przede wszystkim o klasie politycznej. Mamy za sobą kampanię prezydencką, w której sprawa klimatu właściwie nie zaistniała. I to pomimo że toczyła się ona kilka miesięcy po kataklizmie zwielokrotnionym przez anomalie klimatyczne. Mało tego, widzimy, jak retoryka populistycznej, skrajnej prawicy rozlewa się na kolejne sfery debaty publicznej.

Słyszymy, że niszczy nas „zielony ład”, że polityka klimatyczna „nie pozwala się Polsce rozwijać” i że przecież „klimat zmieniał się zawsze”, więc o co w ogóle chodzi. A poza tym szwagier ostro zmarzł w jeden majowy weekend. Inni z kolei wciąż czekają na pomarańcze, które będzie można hodować w Polsce dzięki „ociepleniu klimatu”.

Niestety, nie ma dla takich, zataczających coraz szersze kręgi manipulacji, żadnej silnej kontrnarracji ze strony tych ugrupowań, które podobno chcą walczyć z populizmem. Gorzej: politycy koalicji rządzącej, z nielicznymi wyjątkami, kładą uszy po sobie i jak ognia unikają słowa „klimat”. 

Dość powiedzieć, że sam Rafał Trzaskowski, który jeszcze niedawno na Campusie Polska Przyszłości krzyczał, że „planeta płonie”, w kampanii wyborczej ani razu nie użył choćby zbliżonego znaczeniem sformułowania. Ze zwykłą odpowiedzialnością i trzymaniem się argumentów naukowych wygrał strach przed zrażeniem do siebie jakiejś części wyborców prawej strony.

A przecież, jak mawiał Mariusz Pudzianowski po przegranych walkach, „i tak nic by to nie dało”. Niestety, kandydat Koalicji Obywatelskiej nie posłuchał lekcji wielkiego Polaka i zamiast robić swoje i być sobą, próbował udawać kogoś innego. Efekt poznaliśmy w wyborczą noc, a raczej w pamiętny poranek 2 czerwca.

„Jakoś” nie będzie

No dobrze, powie ktoś, to jest kampania wyborcza, ona rządzi się swoimi prawami, oceniać należy sferę twardych działań i decyzji. Niestety, poczynania rządu przez ten niecały rok od ostatniej powodzi nie napawają optymizmem. Nie zobaczyliśmy żadnych zasadniczych zmian, czy to systemowych – jak zmiana podejścia do zarządzania rzekami, czy lokalnych – jak choćby wycofanie się z intensywnej wycinki lasów na terenach górskich, co zwiększyłoby zdolności retencyjne w tym kluczowym dla radzenia sobie ze skutkami powodzi obszarze.

Jedyna istotna decyzja, jaką podjęto, to dymisje w Wodach Polskich. Mało. Zdecydowanie za mało. Widać, że do sprawy adaptacji kraju do kolejnych kataklizmów klimatycznych, czy to suszy, czy powodzi, rządzący podeszli według starej polskiej zasady: „na koń wsiędziem i jakoś to będzie”. W końcu najgorsze już za nami, kolejny kataklizm będzie ogarniać być może już inna ekipa, więc po co podejmować trudne decyzje?

Rzecz w tym, że to strategia krótkowzroczna. Po pierwsze, równie dobrze obecne lipcowe opady mogły się skończyć tragicznie, przed takim scenariuszem zresztą nas ostrzegano. Po drugie, susza – druga strona medalu – daje się nam we znaki niemalże co roku. W obecnym nadeszła już wczesną wiosną. To nie są więc zjawiska, które da się zignorować i czekać na lepsze czasy, bo te prawdopodobnie już nie nadejdą. Będzie coraz gorzej, mniej stabilnie i choć zdarzać się mogą oznaki normalności, jak ten chłodny i deszczowy maj, po którym zieleń w Polsce buchnęła jak oszalała, to jednak trend wygląda na jednoznaczny. 

Polityczna narracja dla klimatu

Mam w sobie resztki optymizmu i wiary w ludzi, założę więc na chwilę, że nie jest to zwykły brak odpowiedzialności i spychanie jej na kolejne pokolenia. Być może chodzi o coś innego. Dziś polityka opiera się na wielkich narracjach, takich, które mogą poruszyć emocje (to zresztą nic nowego, ale czasy mediów społecznościowych zwielokrotniły ten efekt). 

Być może szkopuł tkwi w braku odpowiedniej opowieści, innej i bardziej swojskiej niż suche, nomen omen, hasła unijnych technokratów? Być może nikt nie chce zabrać się za temat radzenia sobie z kryzysem klimatycznym, bo nie wie, jak o tym mówić tak, by móc na tym zbić kapitał polityczny i zwiększyć szansę na wygraną w kolejnych wyborach?

A przecież taka opowieść jest na wyciągnięcie ręki. Gdyby politycy rozumieli, co należy zrobić, by poradzić sobie ze skutkami zmian klimatu – i to z obydwoma naraz, z suszą i z powodzią – mogliby to opowiedzieć Polakom w takim tonie, który spodobałby się nawet wyborcom mocno konserwatywnym. Przecież powinni kochać swą ojczyznę, a więc także jej usychającą dziś przyrodę.

Mam nawet na to gotowe hasło: „Uczyńmy Polskę znów piękną” (ang. Make Poland Beautiful Again). Naukowcy od lat mówią, że kluczowa do poradzenia sobie z przeplatającymi się suszami i powodziami jest tzw. naturalna retencja. Odtwarzanie dolin rzecznych, oddawanie im zagarniętej przez nas przestrzeni, na które mogą się swobodnie rozlewać, przeciwdziała zarówno powodzi, jak i suszy. 

Dzięki meandrom, nadrzecznym łąkom czy mokradłom, rzeka ma gdzie się wylać, gdy przyjdzie nagłe wezbranie. Z kolei te same naturalne tereny spowalniają odpływ wody, magazynują ją i przedłużają odporność zasobów wodnych na okresy bez opadów.

Przez ostatnie sto lat robiliśmy coś dokładnie przeciwnego: prostowaliśmy rzeki, pogłębialiśmy ich koryta, betonowaliśmy nabrzeża. Kopaliśmy na potęgę rowy melioracyjne, których łączna długość w Polsce jest dziś większa niż naturalnych rzek. Jak podaje WWF Polska, to aż 320 tys. kilometrów. Gdyby je wszystkie wyprostować i stworzyć z nich prostą linię, można by opleść Ziemię na wysokości równika… osiem razy.

Straż pożarna zabezpiecza workami rzekę w miejscowości Biały Dunajec. 9 lipca 2025 r. // Fot. Grzegorz Momot / PAP

Polska woda

Przemiany naszego krajobrazu w ciągu ostatniego stulecia, może dwóch, wynikały z chęci dostosowania się do nadmiaru wody, który był naszą codziennością. Po śnieżnych zimach i następujących po nich mokrych, błotnistych przedwiośniach wyzwaniem było pozbycie się wody z krajobrazu. Trzeba było też osuszać teren pod nowe miasta czy uprawy. Dziś wyzwania, przed którymi stoimy, w krótkim czasie niemal się odwróciły.

Na co dzień nie potrzebujemy już pozbywać się wody, ale zatrzymywać ją w krajobrazie za wszelką cenę. Do tego właśnie mogą posłużyć nam odtworzone naturalne doliny rzeczne, pełne meandrów, mokradeł i łąk zalewowych. Z kolei te same tereny mogą uchronić nas przed powodzią, bo pozwolą rzece rozlać się swobodnie tam, gdzie wysoka woda nie powoduje strat. Czyli, mówiąc językiem hydrotechnicznym, „spłaszczyć falę powodziową”.

To niezwykle rzadka okazja, by mieć ciastko i zjeść ciastko: dzięki upiększaniu naszego krajobrazu, przywracaniu tego, co utracone, możemy lepiej przygotować się na nadchodzące wyzwania. A jednocześnie „wypełnić wskaźniki” i zapełnić krajobrazy dawno utraconym bogactwem. Zadbać o przyszłość, odtwarzając przeszłość. Bo tak naprawdę to, co powinniśmy zrobić, i co kryje się pod nieco technicznym hasłem „naturalna retencja”, to nic innego jak odtwarzanie dawnego, pięknego krajobrazu Polski. Takiego, jaki widzieli nasi pradziadkowie i prababki. Takiego, jaki malował Józef Chełmoński.

Jego wystawa rok temu w warszawskim Muzeum Narodowym przyciągnęła tłumy, a przecież zobaczyli na niej przede wszystkim właśnie takie pejzaże: bagna, bajora, błoto, dzikie podmokłe łąki. Skoro ten świat zachwyca na obrazach, to dlaczego nie zacząć przywracać go wokół nas?

Tereny zalewowe

To da się zrobić – eksperci Centrum Ochrony Mokradeł przekonują o tym od dawna. Co więcej: przywracanie naturalnych terenów zalewowych da się również pogodzić z rolnictwem, choć nieco innym niż to, które znamy dziś. Wyzwanie jest właściwie tylko jedno: nie da się go pogodzić z zabudową mieszkaniową. Ale czy naprawdę mając do dyspozycji tyle terenów nieleżących bezpośrednio nad rzekami, musimy zgadzać się na zabudowę akurat terenów zalewowych, a potem bać się o swój dobytek? Być może to ten rodzaj kompromisu z przyrodą, na który nas stać.

Gdyby opowiedzieć przystosowanie do kryzysu klimatycznego właśnie w ten sposób – jako programu upiększenia Polski na nowo – moglibyśmy znaleźć się w zupełnie innym punkcie. Takim, w którym okazałoby się, że są jednak sprawy łączące Polki i Polaków.

Nie mam wątpliwości, że umiłowanie polskiej przyrody, naszego krajobrazu naturalnego, jest właśnie taką sprawą. I że możemy ją zaprząc do ważnego zadania: do tego, by pomóc sobie radzić z coraz bardziej nieprzewidywalnym klimatem. To da się zrobić, trzeba tylko opowiedzieć sobie to wszystko na nowo. Być może wyjdzie z tego też jakaś ciekawa opowieść o Polsce, w której mimo podziałów coś się jednak udało? 

JAN MENCWEL jest działaczem społecznym. Współzałożyciel stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, warszawski radny, autor książek „Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta” oraz „Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Uczyńmy Polskę znów piękną