Jasne, trudno mówić o przyszłości, zwłaszcza tej dalszej, gdy katastrofa trwa, a mieszkańcy wielu miejscowości w zlewni Odry wciąż układają worki z piaskiem, nerwowo sprawdzając, czy wały i tamy wytrzymają. I kiedy inne miejsca zdewastowane przez falę – zwłaszcza te w Kotlinie Kłodzkiej, Stronie Śląskie czy Lądek-Zdrój – pod słowo „przyszłość” podkładają długie tygodnie odgruzowywania, osuszania i odbudowy. Oraz walkę z czasem, by zdążyć przed jesienną słotą i przymrozkami.
Nieodrobione lekcje
Porozmawiajmy jednak o dalszej przyszłości, by może ten jeden jedyny raz wyciągnąć wnioski z tego, co się wydarzyło. I przed kolejną szkodą być nie tylko mądrzejszym, ale też sprawczym i skutecznym. Czy jestem naiwny, że w ogóle o tym myślę? Być może. W końcu wystarczy sobie przypomnieć, ile nauczyła nas pandemia, jeśli chodzi o system ochrony zdrowia. Otóż nie nauczyła nas niczego, a politycy wybrani, by nas reprezentować, właśnie poważnie rozważają demontaż publicznego systemu ochrony zdrowia przez obniżanie składki zdrowotnej.
Są wszelkie powody, by sądzić, że z obecną powodzią będzie podobnie. Że będziemy powtarzać slogany o „przełomowym wydarzeniu”, po którym „nic już nie będzie takie samo”, a tymczasem rzeczywistość, przede wszystkim polityczna, znów rozjedzie te oczekiwania walcem. I wyrówna.
Cóż nam więc zostaje, jeśli nie głośno mówić o tym, o czym trzeba powiedzieć?
Powódź 2024 była do przewidzenia
Wróćmy zatem do pierwszego zdania. Ta powódź to nie jest zdarzenie losowe, które można rozpatrywać w oderwaniu od wywołanych przez człowieka zmian klimatycznych. Więcej: wydarzyło się dokładnie to, co przewidywali naukowcy (np. w raporcie IPCC ONZ) jako skutek kryzysu klimatycznego w naszym regionie świata. A przewidywali właśnie częstsze występowanie ekstremalnych zjawisk – susz i powodzi – oraz płynne przechodzenie z jednego w drugie.
Dokładnie to spotkało nas we wrześniu 2024 r.: najpierw oglądaliśmy rekordy niskich stanów rzek, a potem, gdy opady wreszcie przyszły, miały tak gwałtowny charakter, że wywołały powódź. I było to zjawisko absolutnie logiczne – tak działa ocieplanie się klimatu, że rozregulowuje naturalny obieg wody w przyrodzie. Rosnąca temperatura lądów i mórz zwiększa parowanie, oddając do atmosfery więcej wilgoci. Efektem jest susza, która w naszym przypadku zdarzała się wiele razy w historii, ale teraz jest już niemal regułą coroczną. Gdy wreszcie przychodzą opady, to przez zakumulowanie większej ilości wody – tej samej, która odparowała w efekcie wysokiej temperatury – są bardziej gwałtowne.
W przypadku niżu Boris, który uderzył m.in. w Dolny Śląsk i Opolszczyznę, naukowcy oszacowali, że wpływ rekordowego nagrzania się Morza Śródziemnego wynosił aż 20 proc. O tyle więcej wilgoci zakumulował w sobie niż genueński, który nasunął się nad Polskę.
Tego typu kataklizmy będą zdarzać się częściej i mogą być coraz bardziej gwałtowne, jeśli klimat dalej będzie się ocieplał. A będzie, bo nawet gdybyśmy nasze emisje gazów cieplarnianych zredukowali do zera (nie jesteśmy nawet na ścieżce, by to zrobić), to procesów klimatycznych nie da się wyhamować w sekundę.
Lanie wody
To właśnie dlatego musimy myśleć o przyszłości już teraz. I musimy zrozumieć, że nasze działania w sprawie ograniczenia wpływu człowieka na klimat są na razie żałosne. Mówiąc „nasze” mam przede wszystkim na myśli polityków, którzy ciągle traktują ten temat jako coś, co można odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Do tej pory mówiliśmy im, że skazują w ten sposób nasze dzieci i wnuki na nieciekawą przyszłość. Dziś już wiemy, że tu nie chodzi o przyszłość, ale o tu i teraz. Zapobieganie zmianom klimatycznym to zapobieganie temu, by w kolejnym niżu genueńskim wilgoci nie było o 20 proc. więcej.
W niektórych miejscach Kotliny Kłodzkiej w trzy doby spadło prawie tyle deszczu, ile spada zwykle w rok. A co, jeśli kolejny opad będzie jeszcze większy, bo Morze Śródziemne będzie jeszcze bardziej nagrzane? Jeśli nic nie zrobimy, by zatrzymać zmiany klimatu, to tak, jakbyśmy sami tej wody dolewali. I sami ją rozlewali na miasteczka Dolnego Śląska i Opolszczyzny. Na Głuchołazy, na Kłodzko, ale nie tylko.
Następnym razem to może być jakiekolwiek inne miejsce w Polsce, zwłaszcza położone u podnóża gór. Bierzemy na siebie tę odpowiedzialność?
Niszczyciele klimatu
Nie chodzi jednak o to, żeby obwiniać teraz samych siebie i szukać w swoim życiu sposobu na to, by obniżyć emisje. Tak, to też jest potrzebne – ale nasze oczy powinny zwrócić się przede wszystkim w kierunku największych trucicieli.
Jak podał w 2023 r. raport Oxfam, 1 proc. najbogatszych ludzi na świecie – 77 milionów osób – odpowiada za 16 proc. globalnych emisji CO2. Liczyliśmy to do tej pory w formie nieco abstrakcyjnego „śladu węglowego”, ale może pora zacząć to liczyć w kropelkach wody, która spada w napędzonej przez ocieplający się klimat powodzi na Kłodzko czy Lądek-Zdrój.
Sprawa jest dla mnie jasna: w imię elementarnej sprawiedliwości musimy wreszcie w należyty sposób opodatkować największych niszczycieli klimatu. Zarówno indywidualnych, jak i grupowych. Elon Musk czy Jeff Bezos muszą zacząć płacić za to, w jak nieproporcjonalnie wielki sposób dokładają się do katastrof naturalnych swoimi emisjami. Ta sama zasada powinna dotyczyć firm – przede wszystkim gigantów paliwowych, ale także innych, którzy pozostają w cieniu, jak producenci betonu, cichego zabójcy i olbrzymiego niszczyciela.
Wszyscy oni powinni się zrzucać na klimatyczny superfundusz, którego celem będzie, po pierwsze, transformacja energetyczna i przechodzenie na zielone źródła energii. Po drugie – odbudowa miejsc zniszczonych przez kataklizmy. I po trzecie – lepsze przystosowanie się do skutków zmian klimatu, tak aby kolejne katastrofy nie były tak niszczycielskie. Lub przynajmniej byśmy mieli powód, by powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, co było można.
Piąty żywioł
Skoro mowa o adaptacji, to dochodzimy do drugiego ważnego wniosku na przyszłość. Otóż nasze polskie podejście do wody – jako do zasobu, ale przede wszystkim do żywiołu – powinno ulec przeobrażeniu.
By spojrzeć w tej sprawie w przyszłość, musimy najpierw zrobić krok wstecz. Aż o 200 lat, czyli do momentu, w którym nasz krajobraz naturalny wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. „W Polsce odkryłem piąty żywioł – błoto” – miał powiedzieć Napoleon, gdy w początkach XIX w. toczył na terenie naszego kraju wojnę z Rosją. Gdzieś pod Pułtuskiem, po wygranej bitwie jego wojska nie zdołały dogonić carskiej armii, bo ugrzęzły na podmokłych terenach.
Taka była specyfika polskiego krajobrazu: byliśmy krajem pełnym mokradeł, rozlewisk, nieuregulowanych rzek, wiosennych podtopień. I błota, którego tak bardzo nienawidziły nasze elity, bo stanowiło dla nich symbol polskiego zacofania. Dlatego gdy tylko odzyskaliśmy niepodległość, zaczęliśmy osuszać nasz krajobraz na potęgę, aby wreszcie zapanować nad wodnym żywiołem, który nami rządził i pochłaniał.
Nie tak, jak pochłania dzisiaj miejscowości na Dolnym Śląsku – to było raczej permanentne wpełzanie wilgoci przez wszystkie szpary domostw. Nie da się ukryć, był to problem i wyzwanie cywilizacyjne. W efekcie przez ostatnie sto lat prostowaliśmy i betonowaliśmy rzeki, osuszaliśmy mokradła i rozlewiska, a gdy już je ujarzmiliśmy, podchodziliśmy z zabudową coraz bliżej do rzek. Równolegle kopaliśmy tysiące kilometrów rowów odwadniających, które dziś w Polsce są dwa razy dłuższe niż łączna długość naturalnych cieków wodnych.
W kraju rowów
„Jak się nie będziesz uczyć, to pójdziesz kopać rowy” – powtarzała mi moja matematyczka w podstawówce i to chyba jest specyficznie polskie powiedzenie. Problem w tym, że w efekcie wielkiego procesu ujarzmiania wody i osuszania krajobrazu sprowadziliśmy na siebie dwa nieszczęścia naraz. A raczej – wzmocniliśmy efekty kataklizmów, jakie na nas spadają i będą spadać w efekcie kryzysu klimatycznego.
Pokrycie kraju siecią rowów oraz wyprostowanych i wybetonowanych rzek sprawia, że woda nie jest przetrzymywana w krajobrazie, tylko spływa jak najszybciej. A to efekt, który wzmaga zarówno ryzyko suszy, jak i ryzyka powodziowe. Gdy deszcz nie pada, resztki wody przetrzymywane w glebie są odprowadzane kanałami i rowami do rzek, którymi spływają do morza. Z kolei gdy nagle przyjdzie nawałnica, pozbawione meandrów i możliwości rozlania się rzeki tworzą coraz szybsze fale powodziowe o bardziej niszczycielskiej sile.
Tym, czego pozbawiliśmy nasz krajobraz, jest nic innego jak naturalna retencja – brakujący element naszej gospodarki wodnej. Tam, gdzie to możliwe, musimy oddać rzekom przestrzeń, którą im zabraliśmy.
Infrastruktura bywa zawodna
W wielu miejscach będzie to ekstremalnie trudne, bo np. historyczne miasta Kotliny Kłodzkiej nie zmienią nagle swojej lokalizacji. Ile jest jednak miejscowości wokół, które powstały w efekcie „ujarzmienia” krajobrazu wodnego nad wyprostowaną rzeką, na osuszonym mokradle lub rozlewisku? Jak wiele z nich można i trzeba przywrócić rzekom? Będą to decyzje trudne, ale bez ich podjęcia nasza odpowiedź na ryzyka klimatyczne będzie niepełna. I zapewne ograniczy się do dalszej wiary w moc infrastruktury.
O tym, jak się ta wiara kończy, jeśli nie jest wsparta naturalną retencją wody, boleśnie przekonali się mieszkańcy miejscowości poniżej tamy w Stroniu Śląskim. Infrastruktura bywa zawodna i ma swoje limity.
Czy możliwe jest, byśmy po stu latach walki o odebranie rzekom każdego skrawka ziemi przeprosili się z nimi, przywracając naturalne tereny zalewowe? Tereny, które będą nas chronić zarówno w trakcie suszy, przetrzymując wodę, jak i w trakcie powodzi, wypłaszczając falę?
Powtarzam: w wielu miejscach może to się wiązać z bardzo trudnymi decyzjami. Nawet takimi o nieodbudowywaniu niektórych domów czy całych osiedli. W innym przypadku jednak będziemy skazani na dalszą walkę z naturą. Odbieranie jej kolejnych skrawków lądu pod budowę nowych osiedli deweloperskich czy domów letniskowych szybko się na nas zemści. Kolejna powódź stulecia przyjdzie szybciej niż za sto lat. Tego akurat możemy być pewni.
Jan Mencwel jest działaczem społecznym. Współzałożyciel stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, warszawski radny, autor książek „Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta” oraz „Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















