W najlepszej sytuacji z całej grupy jest Valentin. Wiele wskazuje na to, że w jego ojczystej Bułgarii wkrótce odbędą się kolejne wybory parlamentarne: już ósme w ciągu czterech lat. Bułgarski serial wyborczy zdążył się co prawda znudzić międzynarodowej publice, jednak za sprawą wojny w Ukrainie i kryzysów politycznych w Gruzji, Mołdawii i Rumunii Europa znów zwróciła uwagę na region Morza Czarnego.
To wszystko nie jest oczywiście powodem do radości, ale długa historia implozji bułgarskiej sceny politycznej pozwoliła Valentinowi przemyśleć jej przyczyny. Teraz może śmiało mówić, że Bułgaria to model, który pokazuje, jak korupcja i zawłaszczenie państwa prowadzą do jego dysfunkcjonalności. Co skrzętnie wykorzystuje Rosja oraz lokalni gracze, którzy odwołują się do historycznych mitów i resentymentów.
Model, który niebezpiecznie rozprzestrzenia się w tej części Europy.
Bezpieczeństwo Zachodu zależy od kondycji jego peryferii
Tymczasem zachodnie wybrzeże Morza Czarnego ma ogromne znaczenie dla europejskiej architektury bezpieczeństwa. Zarówno ze względu na układ sił na samym akwenie, obecność NATO-owskich (głównie amerykańskich) żołnierzy i systemu obrony przeciwrakietowej w Rumunii, a także prozachodnią neutralność Mołdawii, która daje Ukrainie gwarancję spokoju na południowym zachodzie.
Doświadczenia ostatnich lat ujawniły też, po raz kolejny, znaczenie tego obszaru dla dostaw gazu. Bułgaria jest kluczowa dla tranzytu, a Rumunia wkrótce stanie się ważnym eksporterem energii. Bukareszt jest też najważniejszym partnerem dla eksportu ukraińskiego zboża, co ma znaczenie nie tylko dla walczącego państwa, ale również dla światowego bezpieczeństwa żywnościowego. Nie do przecenienia jest też rola Rumunii w zaopatrywaniu Kijowa w zachodni sprzęt wojskowy.
Tak to już jest, że bezpieczeństwo Zachodu, a także jego zdolność oddziaływania na świat, zależą w dużej mierze od jego peryferii.

Jesień roku 2024 radykalnie zmieniła obraz Rumunii, Bułgarii i Mołdawii
Gdy na początku 2024 r. do pracy nad raportem na temat postaw prorosyjskich i antyzachodnich w Bułgarii, Mołdawii i Rumunii zaprosiłem właśnie Valentina Valkanova, a także ekspertów z dwóch pozostałych państw – Tatianę Cojocari i Cristiana Ghițę – wydawało się nam, że znaczenie tego tematu dostrzega tylko wąska grupa ekspertów.
Zdawało się również, że sytuacja jest wprawdzie niepokojąca, ale stabilna. Bułgaria trwa w kryzysie, do którego wszyscy się przyzwyczaili. Mołdawią szarpią niepokoje podsycane przez Rosję, ale jej proeuropejski kurs jest silnie zakorzeniony w społeczeństwie. A Rumunia jest po prostu bastionem Zachodu, impregnowanym na prorosyjskość.
Jesień 2024 r. radykalnie zmieniła obraz sytuacji. W Mołdawii referendum w sprawie integracji z UE przeszło o włos. W Rumunii pierwszą turę wyborów prezydenckich niespodziewanie wygrał kandydat, którego szybko powiązano z Rosją, a wkrótce Sąd Konstytucyjny anulował cały proces wyborczy. Dlatego to Valentin znalazł się w najlepszej sytuacji z całej grupy.
Dlaczego narracja Rosji jest skuteczna w Europie?
– Gdy ktoś mnie pyta o poparcie dla poszczególnych partii, nie muszę sprawdzać sondaży. Po prostu przywołuję wyniki wyborów, które były nie dalej niż pół roku temu – mówi Valkanov z gorzkim uśmiechem. – Nie ma w tym nic wesołego, bo parlament robi się coraz bardziej prorosyjski – dodaje. – Znów jesteśmy w sytuacji, gdy GERB, czyli partia Bojko Borisowa, przedstawia się jako gwarant europejskiego kursu. GERB, ten symbol korupcji i zawłaszczenia państwa!
Gwałtowny wzrost obecności haseł prorosyjskich i antyzachodnich w bułgarskich mediach Valkanov i jego współpracownicy notowali już w latach 2013-16. Zauważyli pojawienie się nowego zestawu pojęć i narracji, które na nowo opisywały procesy polityczne w kraju i Europie.
Opowieść ta bazowała na tezie, że Zachód słabnie, i że jest sterowany przez globalnego hegemona, czyli USA. Podkreślano, że kwestie obyczajowe, zwłaszcza związane z mniejszościami seksualnymi i ekologią, a także takie pojęcia jak praworządność, to narzędzia ucisku, którymi posługują się skorumpowane elity europejskie.
Z drugiej strony pokazywano Rosję jako państwo odbudowujące swoją potęgę i stawiające opór „zachodniej ideologii”. W centrum znajdował się zaś „naród”, który miał być wyzyskiwany przez Zachód i lokalne elity.
Bułgaria: podatny grunt dla rosyjskich haseł
Valentin nie ma wątpliwości, że te klisze językowe i narracyjne zostały przygotowane przez rosyjskich „technologów politycznych”. I okazało się, że to właśnie w Bułgarii trafiły one na niezwykle podatny grunt.
Znaleźli się tam aktorzy polityczni, którzy doskonale wiedzieli, że ze względów historycznych i tożsamościowych duża część bułgarskiego społeczeństwa z otwarciem przyjmie opowieść o odradzającej się Rosji – pamiętanej choćby jako wyzwolicielka spod jarzma tureckiego w XIX stuleciu.
Do tego wspomniana partia GERB, rządząca prawie bez przerwy od 2009 r., zachowywała się tak, jakby również chciała wpisać się w tę quasi-konspiracyjną logikę. Niemalejąca korupcja i postępujące zawłaszczanie państwa faktycznie szły tu w parze z poparciem dla GERB-u ze strony zachodnich partnerów.
Oparta na kleptokracji, ale jednak stabilność – oferowana przez Bojko Borisowa – była bowiem potrzebna. Czy to ze względu na gazowe interesy, czy też dla odpowiedniego zarządzania kryzysem migracyjnym, który na dużą skalę wybuchł w 2015 r.
Polityczne turbulencje trwają w Bułgarii już cztery lata
Trwało to, aż czara goryczy w społeczeństwie przelała się latem 2020 r. Wyszło wtedy na jaw, że służby państwowe pomogły pewnemu oligarsze przywłaszczyć publiczną plażę. Masowe protesty zrodziły antykorupcyjny, a przy tym prozachodni ruch polityczny. Nie był on jednak w stanie na dłuższą metę walczyć na dwa fronty – zarówno z sympatykami Rosji, jak i skorumpowaną elitą, utrzymującą prozachodnie barwy.
W efekcie Bułgaria wpadła w trwający już cztery lata okres politycznych turbulencji i niesterowalności. Ich skutkiem ubocznym jest wzmocnienie pozycji prezydenta Rumena Radewa, sympatyzującego z Rosją.
W ostatnich wyborach, tych z października 2024 r., na pozycję lidera wróciła GERB (25 proc. poparcia). Jednak coraz więcej Bułgarów jako alternatywę dla tej partii postrzega skrajnie prorosyjskie Odrodzenie (13 proc.). W międzyczasie na wyraźnie prorosyjskie pozycje wróciła postkomunistyczna Partia Socjalistyczna (8 proc.), a próg wyborczy przekroczyła też antysystemowa, nacjonalistyczna i krytyczna wobec Zachodu partia Miecz.
Obraz rozdrobnionego parlamentu uzupełniają: populistyczne i labilne ugrupowanie muzyka Sławiego Trifonowa, dwie partie reprezentujące Turków (obie kierowane przez oligarchów związanych z Borisowem) oraz prozachodni i antykorupcyjny, a przy tym coraz bardziej osamotniony blok Kontynuujemy Zmiany – Demokratyczna Bułgaria (jest on pokłosiem przebudzenia obywatelskiego z 2020 r.).

Mołdawia: zaprzepaszczony kapitał sił prozachodnich
W połowie grudnia, będąc w Mołdawii, poszedłem do Biblioteki im. Marka Blocha w stołecznym Kiszyniowie, by sprawdzić stan ducha mołdawskiej opozycji, która w miejsce integracji z UE proponuje szeroko pojętą „neutralność”. Ta, jak się zdawało, dostała wiatru w żagle w czasie ostatnich wyborów prezydenckich.
Choć przecież spodziewano się, że ta jesień ugruntuje prozachodni kurs i władzę Partii Działania i Solidarności (PAS), której założycielka, Maia Sandu, walczyła o reelekcję na stanowisko głowy państwa. By wzmocnić jej wynik, wybory powiązano z referendum nad zmianami konstytucyjnymi, które miały ułatwić integrację z UE.
Plan zakończył się horrorem: w powyborczą noc kolejne komunikaty wskazywały na słaby wynik Sandu i porażkę referendum. Dopiero głosy z zagranicy przeważyły nieznacznie szalę na korzyść zwolenników eurointegracji. Dwa tygodnie później Sandu wygrała drugą turę również dzięki głosom diaspory.
Jej kontrkandydatem był Alexandr Stoianoglo, były prokurator generalny, postrzegany jako apolityczny państwowiec. Poparła go Partia Socjalistów – największe ugrupowanie opozycyjne, jeszcze niedawno znane z prorosyjskości. Stoianoglo zdołał przekonać do siebie dużą część Mołdawian, którzy w ciągu ostatnich trzech lat boleśnie doświadczyli skoku cen energii, nie odczuwając przy tym korzyści ze zbliżenia z Unią.
Tymczasem wizerunek Sandu i PAS zmienił się – z ugrupowania zagubionych, lecz uczciwych idealistów stali się partią władzy. Sandu i PAS zapomnieli też, że wcześniejszy sukces zawdzięczali przekazowi łączącemu różne grupy społeczne wokół idei uczciwego i sprawnego państwa. Po 2022 r. zastąpili go narracją antyrosyjską. W podzielonym społeczeństwie Mołdawii polaryzacja zaczęła działać na ich niekorzyść.
Także mołdawska lewica tkwi w marazmie
Marka Tkaciuka, który kieruje Biblioteką im. Blocha, zastałem jednak w znacznie gorszym nastroju, niż się spodziewałem.
Tkaciuk był jednym z kreatorów kampanii Stoianoglo. Nie jest związany z socjalistami – prowadzi kanapową partię lewicową. Wiele lat temu, gdy Mołdawią rządziła Partia Komunistów, był uznawany za osobę numer dwa w państwie. Przylgnęła do niego etykieta „szarego kardynała”. Teraz liczył, że na fali popularności Stoianoglo uda się stworzyć nową centrolewicową siłę: niezależną od socjalistów, krytyczną wobec PAS, a przy tym niezwiązaną z tradycyjną prorosyjskością.
Jednak z kampanijnego entuzjazmu pozostało niewiele. Stoianoglo stracił na razie zapał do polityki, a liderzy mniejszych ugrupowań patrzą na swój interes i nie są zainteresowani współpracą. A wybory parlamentarne już za niecały rok: na przełomie lata i jesieni 2025 r.
– Problem polega na tym, że nikt nie jest zainteresowany zwycięstwem i władzą. Boją się odpowiedzialności. Wszyscy chcą tylko przekroczyć próg – mówi zniechęcony Tkaciuk, który zapewne widział się znów w roli „szarego kardynała”.
– Od lat mówi się, że opozycja w Mołdawii jest bardzo słaba. Wydawało się, że ostatnie tygodnie to zmieniły – próbuję kontynuować temat. Wtedy do rozmowy włącza się Władimir Sołowiow, niezależny dziennikarz, który zwykł korzystać z tej biblioteki jako miejsca pracy. – Jak to? Mamy bardzo silną partię opozycyjną. Nazywa się PAS – komentuje z uśmiechem i sprowadza rozmowę na kryzys energetyczny, który właśnie rozkręca się w Mołdawii.
Rosja traktuje instrumentalnie podporządkowane sobie Naddniestrze
Kryzys ten ma dwie warstwy. Pierwsza dotyczy kolejnej podwyżki cen gazu. W ciągu ostatnich trzech lat wzrosły siedmiokrotnie. Teraz zapowiedziano podwyżkę o kolejne 28 procent. Co najgorsze: można było temu zapobiec, gromadząc zapasy latem. Nie zrobiono tego i zaniechanie to obciąża prozachodni obóz władzy.
Druga warstwa związana jest z dostawami gazu z Rosji do separatystycznego Naddniestrza. Ukraina podjęła decyzję o wstrzymaniu tego tranzytu od 1 stycznia 2025 r., a Rosja nie jest zainteresowana dostarczeniem surowca inną drogą.
W chwili pisania tego tekstu możliwe były różne scenariusze. Wiele wskazywało, że Rosja dąży do czasowego wstrzymania lub ograniczenia dostaw, by zatrzymać wytwarzanie energii w zakładzie na terenie Naddniestrza. Jest on głównym źródłem prądu dla całej Mołdawii. Zmuszony do zakupu droższej energii z Rumunii lub dostarczenia do tej elektrowni paliwa z innych źródeł, rząd w Kiszyniowie musiałby podnieść ceny także na prąd.
Temu też można było przeciwdziałać. O wstrzymaniu tranzytu przez Ukrainę było wiadomo od dawna, lecz mołdawski rząd podjął działania w ostatniej chwili. Nie doceniono determinacji Kremla, który jest gotów skazać Naddniestrzan na chłodną zimę, byle wstrząsnąć Mołdawią. Nałożenie się obu warstw kryzysu na początku 2025 r. może być kosztowane dla partii rządzącej.
O atmosferze w PAS i rządzie dyskutowaliśmy również z Tatianą Cojocari i jej współpracownikami z think tanku Watchdog Moldova, który jest postrzegany jako zaplecze intelektualne prozachodniego obozu. Gdy ktoś określił PAS mianem „umierającej partii”, nikt nie zaprzeczył.
Rumunia: wieszcz znikąd, czyli z TikToka
Ten sam Watchdog kilka tygodni wcześniej alarmował rumuńskich kolegów, że coś dziwnego dzieje się w mediach społecznościowych wokół kont Călina Georgescu – kiedyś ważnego urzędnika, a dziś tiktokera, który zdecydował się na start w wyborach prezydenckich.
Sondażowe poparcie dla niego nie przekraczało kilku procent, więc nikt się tym nie przejął. Zdawało się, że Georgescu może wręcz odegrać pozytywną rolę, odbierając głosy George’owi Simionowi – liderowi nacjonalistycznego Związku Jedności Rumunów.
Chwilowy finał tej historii: dwa dni przed drugą turą Sąd Konstytucyjny anulował cały proces wyborczy, powołując się na raporty służb wywiadowczych, które mówią o manipulacji w mediach społecznościowych, dokonanej zapewne na zlecenie Rosji. Jej celem było podbicie zasięgów Georgescu na TikToku i innych portalach. Osiągnięto to przez zatrudnienie armii „wolontariuszy” i botów, a także opłacanie znanych postaci rumuńskiego internetu.
– Pół roku wcześniej Georgescu był zupełnie nieznany. Teraz wyciąga mu się prorosyjskie wypowiedzi sprzed kilku lat, ale trzeba podkreślić, że w czasie, gdy zbudował swą popularność, takich treści nie było na jego kontach – mówi Cristian Ghița, który wcześniej w naszym raporcie przekonywał, że Rumunii są odporni na otwartą prorosyjskość.
Unikając jawnej prorosyjskości, Georgescu chętnie dzielił się za to innymi ciekawymi myślami: od negowania pandemii, przez przekonywanie do gospodarczego izolacjonizmu, po sakralizację narodu rumuńskiego. Wszystko zanurzone w mesjanistycznym tonie i spięte ostrą krytyką prozachodniej elity rządzącej.
Rumunia: czy TikTok zagraża demokracji?
Ta historia ma też swoje tło. Od 2021 r. Rumunią rządzi koalicja dwóch największych ugrupowań: postkomunistycznej Partii Socjaldemokratycznej i centroprawicowej Partii Narodowo-Liberalnej.
Wcześniej przez lata budowały swą pozycję na wzajemnej rywalizacji. Ich sojusz umocnił przekonanie wielu Rumunów, że celem obu partii jest wyłącznie władza i bogacenie się, a to dzięki korupcji i podporządkowaniu sobie instytucji państwa. Towarzyszy temu co prawda szybki, lecz bardzo nierównomierny rozwój gospodarczy Rumunii. Z jednej strony pobudza to ambicje, ale z drugiej rodzi frustracje.
Dzięki mediom społecznościowym Georgescu skanalizował niezadowolenie, ożywiając przy tym narodowe sentymenty. Rzeczona manipulacja pomogła mu dotrzeć z tym przekazem do szerokiego grona odbiorców. Na koniec to jednak sami Rumunii zdecydowali, że to Georgscu najlepiej oddaje targające nimi emocje.
Dziś widać, że jego popularność była raczej efektem chwili. Jednak decyzja Sądu Konstytucyjnego o anulowaniu wyborów „z powodu TikToka” może umocnić frustrację i ostatecznie pogrzebać zaufanie do elity rządzącej oraz do instytucji państwowych. I dodatkowo podnieść rangę narodowego populizmu – tego zabarwionego sympatią wobec Rosji.
Rumunia, Bułgaria i Mołdawia poligonem Europy
Rumunia, Bułgaria i Mołdawia to „poligon”, na którym ujawniają się bolączki całej Europy
Gdy europejscy analitycy, politycy i dziennikarze próbują dziś zrozumieć fenomen rosyjskich wpływów, zwracają uwagę głównie na narzędzia – takie jak media społecznościowe i szerzona z ich pomocą dezinformacja.
Przyglądając się z bliska Bułgarii, Mołdawii i Rumunii można jednak zauważyć, że lokalne elity – i to często te wspierane przez unijnych partnerów – ciężko pracowały na finalny sukces narracji prorosyjskich i antyzachodnich. Tych, z którymi teraz bohatersko walczą.
Ten wrażliwy region uwypukla bolączki całego kontynentu.
PIOTR OLEKSY pracuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz w Instytucie Europy Środkowej w Lublinie, jest stałym współpracownikiem „TP”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















