Szczerek sprawdza w polskich miastach, ile jest Niemiec w naszej tożsamości

Tęsknię do jakieś formy, w której zamanifestowałaby się siła i atrakcyjność mojego państwa. Czy już jest za późno na to, by choć spróbować ją Polsce nadać?
Czyta się kilka minut
Stare Miasto w Lublinie // Fot. Iwona Burdzanowska / Agencja Wyborcza.pl
Stare Miasto w Lublinie // Fot. Iwona Burdzanowska / Agencja Wyborcza.pl

Jeździłem po austriackiej Styrii późną zimą i czułem się jak w domu. W Galicji. Ale nie jak w Polsce jako takiej. Jak w jej części. Styria, Galicja – podobne rzeczy. Habsburgia, po prostu. Nekropaństwo, które nadal istnieje w najlepsze w kulturowym krajobrazie od Krakowa po Triest. Małe miasteczka i wioski o jasnych domach wśród wzgórz, cytrynowo czy kremowo malowane wieże kościołów. Wiechcie ciężkiej, mokrej trawy sterczące spod topniejącego śniegu, falista linia górskiego, krótkiego horyzontu.

Wjechałem później do Słowenii i nic się nie zmieniło, poza językiem na szyldach i reklamach. Tak, zmienił się język z niemieckiego na słoweński, ale nie zmieniła się cywilizacja, bo niemieckość – czy poaustriackość w tym wypadku – to coś o wiele szerszego niż naród. I wszyscy tu jesteśmy – wychodzi na to – dziećmi tej cywilizacji, choćbyśmy po niemiecku słowa nie mówili.

Boże wspieraj, Boże chroń ten kształt 

Słowenia szybko się skończyła (jej niepozorność kłóciła się z gravitas tylu lat upartego trwania) i wjechałem do chorwackiej Slawonii. I tu także w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło, mimo że Słowenia w ramach dawnej habsburskiej monarchii austro-węgierskiej należała do Austrii, a Slawonia – do Węgier. I mógłbym tak jeździć w kółko, dookoła pięknie zabalsamowanych zwłok martwego państwa, i za Ryszardem „Peją” podśpiewywać pod nosem „…i nie zmienia się nic”. W Slawonii mógłbym, na przykład, skręcić na wschód, minąć serbską granicę i dostałbym się do Wojwodiny. I też by się nic nie zmieniło, tylko krajobraz by się spłaszczył i zmienił. Ale tylko ten naturalny. Ten kulturowy pozostałby podobny.

Gdybym potem pojechał na południe, do Dunaju, przez Banat albo Syrmię, dopiero wtedy dotarłbym do południowej granicy trupa dawnej Habsburgii. I dopiero za nią wszystko by się pozmieniało. Architektura miasteczek, dotąd koronkowa, gęsto-kamieniczna, małoryneczkowa – zmieniłaby się w nieco bardziej toporną, poottomańską albo tę z czasów przedpierwszowojennego serbskiego królestwa. Tak, wszystko ujmowałby w jednolite karby jugosłowiański brutalizm, ale jednak punktowo. Budynek tu, budynek tam. No i blokowiska, wiadomo. Ale mimo wszystko, Jugosławia czy nie, północna, pohabsburska Serbia i ta południowa, dokąd wpływy naddunajskiego imperium nie dotarły – wyglądają i dziś zupełnie inaczej.

Mógłbym też pojechać na północ. Minąć nie tylko Wojwodinę i Węgry w ich obecnych granicach, z ich rozłożonymi na płaskiej puszcie spokojnymi miastami z tendencjami do znarowionej nieco narodowo, specyficznej secesji i jednorodnymi wsiami o wrzecionowatych rynkach. Potem - słowackie Karpaty z ich strzelistymi zamkami i sprawiającymi tajemnicze i malownicze nieco wrażenie górskimi miastami. Trzeba minąć polski już dzisiaj Spisz i wjechać do polskiej Galicji. I nadal bylibyśmy w tym samym krajobrazowym sznycie, co w reszcie imperium. Kształtne miasteczka w górach, sielskie ryneczki, miłe, niewysokie kamienice, pod którymi aż się chce usiąść przy kawie.

Może to wszystko nieco bardziej zapyziałe, niż, powiedzmy, w Styrii, ale w gruncie rzeczy o to samo chodzi. Sanok, Krosno, Dukla, Gorlice i tak dalej. Albo te większe miasta: Przemyśl wspinający się na górskie zbocze tak malowniczo, że aż chce się płakać z zachwytu, Tarnów z najbardziej chyba niedocenionym starym miastem w naszej części Europy, czy w końcu Kraków, miasto, w którym posthabsburskość eksploduje jak wulkan ryczący austriacki hymn: „Boże wspieraj, Boże ochroń nam cesarza i nasz kraj”.

Ale zaraz za Krakowem ten nieistniejący już kraj, który Bóg miał chronić i nie ochronił – się kończy. I zaczyna zupełnie inny. Dawne rosyjskie imperium. Choć już od stu ponad lat żadnej granicy tu nie ma. I tu, i tam – Polska. Jak okiem sięgnąć. Ale czuć, że jesteśmy już w Kongresówce, w dawnym rosyjskim zaborze zwanym nieformalnie Królestwem Kongresowym, a później Krajem Przywiślańskim.

Granica cywilizacyjna jest tu podobna do tej w Serbii, pomiędzy dawną Habsburgią a dawną Ottomanią. Miasteczka, po galicyjskiej stronie nieco bardziej wyrafinowane, tu często zmieniają się w zbieraninę prostackich, często prostokątnych klocków poustawianych wokół kwadratowych rynków, rozwłóczonych na sporej przestrzeni. To po prostu dawne place targowe otoczone budynkami: sklepami, składami, domami, karczmami, które dawniej często były drewniane, a w PRL-u zamieniono je na pustaczane kostki.

Kłodzko, uliczka do centrum, województwo dolnośląskie // Fot. Albin Marciniak / East News

Ojczyzna, niemczyzna

I tak, sto lat po odzyskaniu niepodległości przez Polskę, Kongresówka architektonicznie nadal jest marniejsza od Galicji. Sto lat nie wystarczyło, żeby wymyślić jakiś charakterystyczny dla Polski sznyt i nadać go krajobrazowi kulturowemu zmartwychwstałego państwa. A przecież robili to Bułgarzy po oderwaniu się od Imperium Ottomańskiego, robili to Serbowie.

Nie to, że nie ma w dawnej Kongresówce pereł: są. Lublin, Piotrków Trybunalski, zabudowa centrum Kielc, przejrzystość rozwoju architektonicznego Radomia, fascynująca i dziwna wielkomiejskość Łodzi, Płock czy w ogóle miasta nad Wisłą. Ale można też odnieść, na przykład, wrażenie, że gdyby Lublin leżał w dawnej Austrii (a było tak przez jakiś czas) czy zaborze pruskim, to wyglądałby bardziej efektownie niż dziś. I byłby miastem na miarę Poznania, Wrocławia czy Lwowa.

Wyjątkiem jest tu Warszawa jako kulejący jeszcze nieco, ale jednak feniks, który powstał z popiołów: to miasto zbudowane na nowo właściwie od zera, już w Polsce. Ze Starówką będącą właściwie wariacją na temat miasta średniowiecznego (bardzo zresztą udaną i koronkową) i starą zabudową, której nadano formę z czasów przedrozbiorowych: saskich i stanisławowskich. Tak, jeśli szukać w polskiej architekturze czegoś najbardziej polskiego – to właśnie w odbudowanej Warszawie. Ale jest to polskość nowa. Zrekonstruowana.

Dziwnym miejscem jest też Kalisz, który dawniej leżał na samej granicy Rosji i Prus. I mimo że po stronie rosyjskiej leżał, to jednak wpływy urbanistyki niemieckiej, promieniującej zaraz zza granicy, były tu tak silne, że trudno do dziś uwierzyć, że nie było to miasto zaboru pruskiego. Tym bardziej, że Kalisz, podobnie jak Warszawa, jest miastem odbudowanym: w czasie I wojny światowej Niemcy, nie bacząc na fakt, że Kalisz mocno się inspirował płynącymi od nich cywilizacyjnymi nurtami, zrównali to miasto z ziemią. Zresztą – również przedwojenna Warszawa w pamiętnikach niemieckich oficerów opisywana była jako miasto z bardzo mocno „niemieckim charakterem”.

Narodowy i tępy niemiecki szowinizm niszczył z rozmachem własne wpływy cywilizacyjne, ale nawet szalejący naziści, ani ich pogarda, ani polskie upokorzenie nie były w stanie wymazać obojętnego na to wszystko i niewygodnego właściwie dla nikogo faktu. Niemieckość to coś o wiele więcej niż narodowość. To cały cywilizacyjny projekt. Do którego Polacy w znacznym stopniu, chcąc nie chcąc, też należą. Jak zresztą kawał Europy Środkowej.

Bo cóż: jedźmy dalej na północ od Warszawy. Do Torunia, do Bydgoszczy. Dalej – do Gdańska, do Fromborka. Jeśli Prusy Królewskie były polskie, jeśli toruński mieszczanin Mikołaj Kopernik był Polakiem – to niemieckość jest po prostu częścią państwowej polskości i tyle. Koniec i kropka. Nie zawsze się historia i fakty pokrywają z chciejstwem współczesnych nacjonalizmów i politykami historycznymi obecnych państw narodowych. Niemiecki Danzig był polski, nawet jeśli mówił po niemiecku i jeśli chcemy żyć jego tradycją, to musimy zaakceptować fakt, że również ten język niemiecki jest w jakiejś części nasz – polski.

Bardzo mi przykro, drodzy patrioci. Chcecie Kopernika, Heweliusza i toruńskie pierniki – przełknijcie niemczyznę jako część własnej tożsamości. To, że później ci „porzeczpospolici” gdańszczanie stali się największymi polakożercami, jacy żyli na ziemi – to też nic dziwnego. Ukraińcy, przez wiele lat stanowiący z Rosjanami jeden byt polityczny – dziś Rosji nienawidzą. Tak to jest z wyrywaniem się spod dominacji (albo lękiem przed dominacją, jak to było w przypadku Wolnego Miasta Gdańska) niechcianego hegemona.

Wystarczy również wspomnieć relacje polskiej szlachty z jej własnym, polskim mieszczaństwem, z którym szlachta prowadziła pełną pogardy i uprzedzeń handlową i kulturową wojnę. Bo, wbrew temu, czego się nas dziś uczy w wykutych w dobie państw narodowych i na bazie współczesnego nam nacjonalizmu podręcznikach, twierdzących, że „Polska nie miała mieszczaństwa” – Polska mieszczaństwo jak najbardziej miała. Tylko że to mieszczaństwo często nie mówiło po polsku.

Im bardziej ci, którzy się mieli za depozytariuszy tej polskości, czyli szlachta, je do siebie zniechęcali – tym mniej miało to mieszczaństwo ochotę i motywację się polszczyzną posługiwać. Tak, sabotowaliśmy własną praklasę średnią. I to był, między innymi, jeden z powodów, dla których Polska została rozebrana. I dla których nie została mocarstwem równym albo choć porównywalnym do Francji czy Niemiec.

Ale kreśląc w naszej historycznej pamięci jednorodny obraz szlachecko-chłopskiej Polski rodem z „Trylogii” łamanej przez serial „1670”, zapominamy o innych aspektach naszej państwowości. Na przykład o tym, że na Pomorzu mieliśmy we własnych granicach coś w rodzaju kulturowo-ekonomicznych Niderlandów, części europejskiego cywilizacyjnego centrum, które odcinamy od własnej pamięci historycznej bojąc się (być może słusznie), że okazałoby się ono wobec Polski ogonem machającym psem. Będącym dla rolniczo-wojowniczej Rzeczypospolitej tym, czym dla Scytów były położone przy ujściach ich rzek do Morza Czarnego kolonie greckie. Być może. Ale nie zmienia to faktu, że – gdybyśmy zmienili nieco optykę – moglibyśmy aspirować również do tej pamięci i tradycji.

Zapyziałe jako rozwinięte

Jeśli pojedziemy z Prus Królewskich na wschód, do dawnych Prus Książęcych, do Warmii i Mazur, tam, gdzie Krzyżacy wojujący z bałtyjskimi Prusami okiełznali i cywilizowali ogniem, mieczem i czerwoną cegłą Grosse Wildnis, czyli wielką, wschodnią puszczę będącą dla nich czymś w rodzaju końca zachodniego świata – też wyraźnie będzie widać granice. Jeśli wyjechać z dawnych Prus Wschodnich w kierunku Suwalszczyzny, Podlasia czy Mazowsza – wraz z dawną granicą prusko-rosyjską kończą się nagle czerwonocegłe zabudowania, a zaczynają widoczne spomiędzy współczesnej nam chaotycznej zabudozy resztki drewnianych stodół i chat.

Najciekawszym przykładem tego cywilizacyjnego uskoku jest Golub-Dobrzyń składający się z dwóch historycznych miast położonych po dwóch stronach dawnego kordonu: popruski Golub, z rynkiem, malowniczymi kamienicami i zamkiem wygląda jak istota tego, co nazywamy „zachodnią przestrzenią kulturową”, a Dobrzyń – rozwłóczony, niezwarty, z chaotyczną strukturą – wygląda jak to wszystko, co ciągnie się jeszcze daleko, daleko na wschód.

A gdy chodziłem po Poznaniu, stolicy tego „pruskiego wariantu” Polski, czułem się – podobnie jak w Golubiu – na czystym Zachodzie. Struktura ulic, placów i „fyrtli”, spadziste dachy z czerwoną dachówką, architektura kamienic, cała ta mieszczańska porządność i poczciwość. To był kolejny wariant polskości – tej, która, czy nam się to podoba czy nie – idzie noga w nogę z niemieckością, który mi się całkiem podobał.

Tak, Wielkopolska może i należała do najbardziej zapyziałych części Niemiec, gdy leżała w ich granicach, ale zawsze była najbardziej rozwiniętą dzielnicą Polski. Tej przed-, jak i porozbiorowej. Po wczesnej, piastowskiej Polsce pozostały, oczywiście, głównie wały i fundamenty (inspirowanych Niemcami) katedr i budynków.

Pomysł Mieszka I na państwo był taki, żeby poza sprzedawaniem w niewolę własnych poddanych stawać się po prostu częścią Świętego Cesarstwa Narodu Niemieckiego, jeśli nie polityczną, to jak najbardziej cywilizacyjną i kulturową. Ale i później, między innymi ze względu na bliskość Brandenburgii i Śląska oraz relatywnie długi okres bez wojen, Wielkopolska kwitła, a dawni podróżnicy opisują ją jako, co prawda, nie aż tak „wygodną” jak krainy niemieckie, ale stosunkowo niewiele od nich odstającą. A już wydającą się wręcz rajem w porównaniu do tego, co czekało ich dalej na wschodzie.

Poznań, Centrum Kultury Zamek CK // Fot. Przemysław Krzyszczuk / Adobe Stock

Lech, Czech, Rus i Germanus

Chodziłem więc ulicami Poznania, budowanymi w niemieckich czasach, ale będącymi przecież również na wskroś polskimi, bo obok niemieckiego od zawsze kłębił się tutaj żywioł polski i pod takim czy innym wpływem brał udział w powstawaniu tego całego cywilizacyjnego krajobrazu (a cywilizacja to, powtarzam, więcej niż naród) i rozmyślałem o pytaniu, które zadał mi niedawno pewien znajomy: „jakie jest najbardziej polskie miasto”?

Czy Lublin z jego starą częścią miasta, z wąskimi uliczkami pnącymi się pod górę, co w jakiś sposób – w wyobraźni chociażby – łączy tę polską formę miejską ze miastami starej Europy? Czy celebrowany Kazimierz nad Wisłą z kilkoma wyrafinowanymi kamienicami bogatych kupców na krzyż? Czy Kraków z jego starym miastem (bo reszta dobudowana już za Austrii)?

Czy może po prostu trzeba się pogodzić z faktem, że polskich form było więcej, a każda z nich rozwijała się w ramach szerszego projektu państwowego – niemieckiego, austriackiego czy rosyjskiego – i po prostu była jego częścią? W końcu, do cholery, przedrozbiorowe, w tym średniowieczne polskie miasta również rozwijały się w ramach szerszego projektu kulturowego, którym była kultura zachodnioeuropejska, którego lokalnym aspektem był nasz lokalny „gotyk bałtycko-wiślany”.

A że nie mieliśmy własnego wystarczająco silnego centrum cywilizacyjnego, które nadałoby nam oryginalną formę nieco inną, niż wyłącznie „dworek drewniany acz podmurowany”? Nie ma się co dziwić, że w poszczególnych częściach, z których, niczym twór Frankensteina, pozszywano Polskę, dawne rzeczywistości nadal trwają. Ale czy naprawdę nie mogliśmy choć podjąć ambitniejszej próby stworzenia swojego wyraźnego stylu?

Czy naprawdę to chaotyczna zabudoza właśnie, którą pokryliśmy całą Polskę, włącznie z ziemiami pozyskanymi po II wojnie światowej od Niemiec, musi już na zawsze pozostać naszą główną cechą charakterystyczną? Tak jest na wschodzie Europy i w krajach Trzeciego Świata, gdzie mało kto się przejmuje odgórnie narzucaną formą i każdy spełnia się na własną rękę.

Owszem, w międzywojniu mieliśmy poszukiwania polskiej formy: planowo zbudowaną Gdynię i rozsiane tu i tam nowe osiedla: Bielany i Żoliborz w Warszawie, osiedle Oficerskie w Krakowie, Stalową Wolę i tak dalej. Owszem, wczesny PRL pobłogosławił nas Nową Hutą, Tychami, Muranowem i MDM-em, a potem rozsianymi po całej Polsce charakterystycznymi blokowiskami, po których, faktycznie, można poznać Polskę zawsze i wszędzie, choćby się było do niej zrzuconym w nocy na spadochronie. Jasne. Ale czy chcemy, by właśnie z tym nas kojarzono? Czy chcemy sami siebie z tym właśnie kojarzyć?

Czy już jest zupełnie za późno na to, by choć spróbować nadać naszemu krajowi jakąś spójną formę? W poznańskim rynku, wyglądającym jak wiele pośredniowiecznych europejskich miast, pod inskrypcją łacińską stylizowaną na średniowieczną siedziały na murku dzieci z jakiejś wycieczki i słuchały, jak przewodniczka socjalizuje ich w polskości opowiadając im historię o Lechu, Czechu i Rusie, ale w tej historii, szczególnie opowiadanej w tym miejscu, bardzo brakowało Germanusa. A i Romulusa, bo przecież również w Niemczech to wszystko nie wzięło się znikąd.

Lekcja porcelany

Potem wyszedłem z uniwersalnych, średniowiecznych ulic Poznania i wszedłem w kwartały budowane w czasach pruskich. I nie miałem problemu z tym, żeby uznać je za swoje. Do pewnego stopnia bowiem naprawdę jesteśmy cywilizacyjnymi Niemcami, choć nie mówiącymi po niemiecku. Niemcy nie byli w kategorii podpinania się pod „innych” gorsi, wieki przeżyli w tworze zwanym Świętym Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego.

Poza tym żyjemy dziś w Unii Europejskiej, i ona też nam wszystkim nadaje formę. Przekona się o tym każdy, kto, na przykład, z Czarnogóry czy Bośni wjedzie do Chorwacji. Czy z Serbii na Węgry. Ta forma nie jest może do końca uchwytna, ale – przynajmniej ja – mam wrażenie, że wjeżdżając do Unii wjeżdżam za każdym razem do jakiejś własnej, lepiej mi znanej rzeczywistości, w której bardziej wiem, czego się spodziewać.

Ale tęskniłem jednak do jakieś formy, w której zamanifestowałaby się siła i atrakcyjność mojego państwa. Polski. Szedłem tak tymi popruskimi – a zarazem polskimi przecież ulicami Poznania i zastanawiałem się, czy zawsze będziemy skazani na upychanie tej naszej polskości, noszonej bardziej po kieszeniach niż manifestowanej w formie domów, w formy, których źródło nie bije u nas? I czym jest to „u nas”? I czy zawsze będziemy musieli dostosowywać tę „naszą” formę do kształtów nadawanych jej przez „kogo innego”?

Szedłem, aż dotarłem na róg ulicy Szyperskiej i Estkowskiego, a tam, na ścianie kamienicy, odpowiedzi udzielił mi wymalowany mural z wierszem Stanisława Barańczaka: „Jeżeli porcelana to wyłącznie taka / której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu; / jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby / nie było przykro podnieść się i odejść; / jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce, / jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci, / jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć / kiedy nadejdzie czas następnej przeprowadzki / na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy / lub świat: // kto ci powiedział, że wolno ci się przyzwyczajać? / kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze? / czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy / w świecie / czuł się jak u siebie w domu?”.

 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Polska, wykroje i wzory