MARTA ZDZIEBORSKA: Czy zmiany klimatu w Arktyce to zła wiadomość tylko dla planety, czy także dla politycznej równowagi sił w tej części świata?
Klaus Dodds: Przede wszystkim dla planety. Arktyka ponosi koszty zmian klimatu. Widać to zwłaszcza w takich rejonach jak rosyjska Arktyka, gdzie topnieje wieczna zmarzlina, co prowadzi do ulatniania się metanu. To skutkuje jeszcze większym ociepleniem w rejonach polarnych, co z kolei wywołuje pożary lasów. Topniejąca zmarzlina to też ryzyko dla infrastruktury: dróg, domów, rurociągów, które mogą się zawalić. Z drugiej strony, wraz z topnieniem lodu część Oceanu Arktycznego zaczyna być bardziej dostępna dla żeglugi.
W tym swoją szansę widzi Rosja, która inwestuje w Północną Drogę Morską. Trasa z Europy do Azji wzdłuż arktycznego brzegu Rosji jest o jedną trzecią krótsza od tej przez Kanał Sueski.
Rosjanie mają nadzieję, że kiedyś będzie to główny morski szlak handlowy między oboma kontynentami. Do 2035 r. wody wokół Bieguna Północnego mogą mieć latem tak mało lodu, że będzie można przez nie swobodnie przepłynąć. Dziś to wciąż trudno dostępny rejon. Na miejscu Rosjan nie byłbym jednak przesadnym optymistą: ruch żeglugowy Północną Drogą Morską nie jest na takim poziomie, jakiego oczekiwałaby Moskwa.
Norweski serwis Barents Observer donosi, że w 2023 r. tym szlakiem przetransportowano o 10 mln ton towarów mniej, niż zakładała przyjęta przez Putina strategia. Rosja sparzyła się na zagranicznych firmach, które bojkotują tę trasę od jej inwazji na Ukrainę. Z drugiej strony, swoją obecność umacniają tu Chiny.
Chiny zwiększają dostawy surowców tą drogą i angażują się w rozbudowę infrastruktury. Są mniejszościowym udziałowcem projektów Jamał LNG i Arctic LNG 2, które dotyczą produkcji skroplonego gazu. To jeden ze skutków zachodnich sankcji: Rosja rozwija współpracę z Chinami, Indiami, a także coraz bardziej z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Od dawna Rosja sygnalizuje też, że rozwój wydobycia ropy i gazu na Dalekiej Północy to część strategii zapewniającej jej ekonomiczne przetrwanie.
Z Arktyki pochodzi nawet 80 proc. wydobywanego dziś przez Rosję gazu i spora część innych surowców: niklu, metali ziem rzadkich, diamentów. Czy wojna w Ukrainie przyspieszy wyścig po surowce w Arktyce, także z udziałem krajów Europy, które chcą uniezależnić się od rosyjskich dostaw?
Tak, choć są tu też inne kwestie. Z jednej strony Unia Europejska szybko odcięła się od bezpośrednich dostaw gazu z Rosji, stawiając na dostawy z Kataru czy Norwegii. Ale na unijny rynek trafia rosyjska ropa przetwarzana w indyjskich rafineriach. Nadal więc korzystamy z rosyjskich surowców, co pokazuje, że sankcje przyniosły połowiczny sukces.
Długofalowo Arktyka może jednak stać się dla Europy istotnym zagłębiem. Potrzebujemy m.in. metali ziem rzadkich i niklu, kluczowych dla zielonej transformacji.
To nieuniknione. Arktyka, gdzie od dawna wydobywa się węgiel, m.in. w północnej Skandynawii, będzie miejscem wyścigu po te wspomniane surowce. Będzie więcej projektów wydobywczych. Jest też druga strona medalu: takie inwestycje rodzą konflikty z rdzennymi społecznościami. Widać to w północnej Skandynawii, gdzie hodowcy reniferów protestowali przeciw nowym kopalniom i farmom wiatrowym. Układać się z lokalnymi społecznościami trzeba też na Grenlandii, Alasce i w Kanadzie. Łatwiej jest wydobywać ropę w Nigerii niż w Arktyce. Poza tym inwestycje w rejonach polarnych są kosztowne, a ze względu na zmiany klimatu obszar ten będzie jeszcze bardziej nieprzewidywalny i wymagający. To też zły sygnał dla Rosji.
Arktyka staje się areną napięć geopolitycznych. Widać je na norweskiej wyspie Spitsbergen, gdzie znajdują się rosyjskie osady górnicze. Rosjanie podejrzewani są tam o działalność wywiadowczą. W 2023 r. ogłosili plan otwarcia tam ośrodka badawczego. Co chcą tym ugrać?
To kolejna prowokacja, prztyczek w nos dla norweskiego rządu. W 2023 r. ulicami osady w Barentsburgu jechała parada z okazji 9 maja, wzięli w niej udział mężczyźni ubrani w stroje przypominające mundury, auta z flagami Federacji Rosyjskiej. Rosja stoi też za zakłócaniem sygnału GPS w północnej Skandynawii. Od zawsze sprawiała problemy na Spitsbergenie i całym Svalbardzie – norweskim archipelagu, gdzie według traktatu z 1920 r. kraje-sygnatariusze mogą wydobywać surowce.

Podobno w planowanym ośrodku badawczym Rosja chce uczyć swojej historii i kultury, a także paleografii, co u norweskich władz zapaliło czerwoną lampkę. Co na ten temat mówi traktat spitsbergeński z 1920 r.?
Zakazuje jedynie wykorzystywania archipelagu do celów wojskowych. Jeśli Moskwa chce prowadzić badania na temat obecności Rosjan na Svalbardzie, nie ma tu prawnych przeciwskazań. Chyba że ktoś zacznie głosić, iż Svalbard nie jest norweskim terytorium.
W lutym wiceminister Jurij Trutniew ostrzegał Oslo, że prawa Rosjan żyjących na Svalbardzie nie mogą być kwestionowane. Dokonał porównania ze wschodnią Ukrainą, gdzie, jak mówił, żołnierze „przelewają krew za suwerenność Rosji i prawo mieszkańców do mówienia w języku rosyjskim”. To nowa retoryka wobec Norwegii?
Rosja już wcześniej robiła konfrontacyjne ruchy. W 2020 r., na kilka dni przed setną rocznicą traktatu spitsbergeńskiego, minister Sergiej Ławrow wysłał list do norweskich władz. Zarzucił im, że próbują ograniczać działalność gospodarczą Rosjan na Svalbardzie przez tworzenie stref ochrony ryb na wodach wokół archipelagu czy przez procedury deportacyjne, jego zdaniem wymierzone w obywateli Rosji.
W przypadku wypowiedzi Trutniewa ważne są okoliczności: on groził Norwegom na kilkanaście dni przed drugą rocznicą inwazji na Ukrainę. Dał do zrozumienia, że w razie potrzeby Rosjanie nie zawahają się interweniować na Svalbardzie. Tym bardziej teraz, gdy Norwegia wsparła starania Szwecji i Finlandii o wejście do NATO.
To pierwszy raz, gdy Rosja wysuwa wobec Oslo takie argumenty?
Tak, dlatego alarmuje to norweskie władze. Podkreślmy: Svalbard jest norweskim terytorium. Problem w tym, że Moskwa podpisuje traktaty, a potem je narusza. Na przestrzeni lat Rosjanie podejmowali na Svalbardzie działania ocierające się o szpiegostwo. Nie bez powodu NATO od dawna postrzega Svalbard jako potencjalny punkt zapalny między Rosją a Sojuszem. To część Arktyki, której powinniśmy przyglądać się uważnie.
Szacuje się, że Zachód potrzebuje ok. 10 lat, by dogonić Rosjan w Arktyce. Mają o jedną trzecią więcej baz wojskowych niż kraje NATO, inwestowali we flotę okrętów podwodnych i jądrowych lodołamaczy. Jak to się stało, że Zachód stracił tu czujność, nawet po aneksji Krymu w 2014 r.?
Długo przeważało myślenie, zwłaszcza wśród Norwegów, iż Arktyka jest unikatowym terytorium wolnym od napięć geopolitycznych. Jak mantrę powtarzano, że na Dalekiej Północy nie ma miejsca na poważniejsze tarcia między państwami. Kraje arktyczne nie dopuszczały myśli, że region mocno się militaryzuje i że nie można ufać Rosji.
Niektórzy analitycy uważają, że rozszerzenie NATO o Finlandię i Szwecję może pomóc w odstraszaniu Rosji w Arktyce.
Rozszerzenie Sojuszu to przełom, dzięki któremu granica między NATO a Rosją wydłużyła się o grubo ponad tysiąc kilometrów. Ostatnio Sojusz przeprowadził w Arktyce duże ćwiczenia wojskowe. USA i Wielka Brytania stawiają na jeszcze ściślejszą współpracę z Norwegią. W marcu 2023 r. Brytyjczycy otworzyli na norweskiej północy Camp Viking, bazę komandosów, którzy prowadzą ćwiczenia w warunkach zimowych. Zacieśniają się też relacje w ramach Grupy Północnej [zrzesza 12 krajów Europy Północnej będących członkami NATO lub UE – red.]. Inwazja na Ukrainę wzmacnia świadomość, że Norwegia, Finlandia, Polska, Litwa, Estonia i Łotwa są na pierwszej linii frontu na wypadek konfliktu z Rosją.
USA dopiero jesienią 2022 r. opublikowały nową strategię dla Arktyki, która zakłada zacieśnienie współpracy z sojusznikami oraz rozbudowę infrastruktury i floty lodołamaczy. Dlaczego tak późno?
Arktyka długo nie była postrzegana jako region strategiczny dla USA. Dla Amerykanów liczyła się jedynie Alaska i to głównie jako źródło ryb, gazu i ropy, a nie teren graniczący przez Cieśninę Beringa z Rosją. Mało inwestowano w infrastrukturę polarną. Dziś Amerykanie mają zaledwie dwa lodołamacze, z czego jeden ledwo działa.
Rosja ma około czterdziestu.
Mając jeden sprawny lodołamacz, Amerykanom trudno sprostać wyzwaniom w Arktyce i na Antarktydzie. Potrzebna jest też modernizacja przestarzałej floty samolotów transportowych C-130 Hercules używanych w rejonach polarnych. To niełatwe, przy obecnej polaryzacji w USA trudno pozyskać w Kongresie nowe fundusze.
Z kolei Chiny twierdzą dziś, że są krajem „niemal polarnym”. Jak to rozumieć?
Pekin po raz pierwszy użył tego terminu w 2018 r. w swojej strategii dotyczącej Arktyki. W dokumencie tłumaczono, że Chiny mają prawo do zwiększonego angażowania się w Arktyce, gdyż zmiany klimatu w tym rejonie świata mają dla nich poważne skutki. To groźna argumentacja, po którą może sięgnąć więcej państw.
Chiny stawiają na współpracę gospodarczą nie tylko z Rosją, ale też z innymi krajami tego regionu. Jak im idzie?
Przed inwazją na Ukrainę kraje nordyckie były otwarte na współpracę z Chinami. Toczyły się rozmowy o budowie arktycznej linii kolejowej między Finlandią i Norwegią, która miała być powiązana z chińską Inicjatywą Pasa i Szlaku. Dzięki tej linii norweskie Kirkenes stałoby się istotnym punktem przeładunkowym dla azjatyckich towarów transportowanych przez Ocean Arktyczny. Ostatecznie projekt zawieszono. Ze względu na współpracę Moskwy i Pekinu kraje nordyckie są teraz bardziej podejrzliwe wobec Chin.
Przenieśmy się teraz na Antarktydę – ziemię prawnie niczyją, którą można wykorzystywać tylko do celów naukowych. W raporcie dla brytyjskiego rządu ocenił Pan, że napięte relacje z Rosją wzmocnią rywalizację strategiczną także tam.
Rosja, a także Chiny od lat spierają się z innymi krajami w sprawie chronionych obszarów morskich i tego, ile można łowić ryb w Oceanie Południowym. Pojawiają się wątpliwości, czy chińskie i rosyjskie badania naukowe prowadzone są tam z poszanowaniem dla środowiska i regulacji międzynarodowych. Oba kraje robią ruchy, by kwestionować obowiązujący na Antarktydzie porządek prawny i zagrać tu krajom zachodnim na nosie.
Ostatnio głośno jest o badaniach sejsmicznych, w wyniku których Rosja mogła oszacować zasobność złóż ropy i gazu na Oceanie Południowym.
Warto się przyglądać, czy Rosjanie robią to w ramach badań naukowych, jak twierdzą, czy też jest to poszukiwanie surowców, co byłoby sprzeczne z zakazem wydobycia surowców na Antarktydzie. Nie obawiam się, że Rosjanie zaczną zaraz wydobywać ropę, ale niepokoi, że mogą postrzegać Antarktydę jako potencjalne źródło surowców. Pojawi się wtedy pytanie, czy mamy mechanizm zapewniający, iż protokół madrycki z 1991 r. jest przestrzegany [jest on uzupełnieniem do Układu Antarktycznego, który reguluje tam sytuację prawną – red.].
Protokół ten zakazuje eksploatacji złóż przynajmniej do 2048 r.
Ten protokół nie wygaśnie w 2048 r., jak często błędnie powtarzają media. On po prostu w tym roku może być renegocjowany. Byłby to jednak żmudny i skomplikowany proces. Rosja nie musi tak długo czekać, by podważyć obowiązujący porządek. Wystarczy, że zgodnie z konwencją genewską o prawie traktatów zgłosi z wyprzedzeniem chęć wypowiedzenia Układu Antarktycznego. Zasadne jest więc pytanie, co możemy z tym zrobić, jeśli się na to zdecyduje. Moim zdaniem niewiele.
Co powstrzymuje Rosję przed wyjściem z Układu?
Myślę, że po części Chiny, które też są jego sygnatariuszem. Po drugie, Rosjanie i tak mogą teraz robić, co chcą. Sprzyja temu obecny mechanizm: bez jednomyślności wszystkich sygnatariuszy trudno ukarać państwo naruszające Układ.
Iran, choć nie jest stroną Układu Antarktycznego, twierdzi, że chce założyć na biegunie południowym stację polarną i wysłać tam okręty wojenne. Należy to traktować poważnie?
Komentarze irańskich oficjeli z ostatnich lat są dziwne i nie wiem, na ile poważnie je traktować. Na pewno Iran myśli o sobie jako o regionalnym mocarstwie. Mówiąc o planach wobec Antarktydy, chce pokazać, że jest w stanie rozwinąć potencjał w tym wymagającym logistycznie regionie. W przeszłości także Pakistan, Indie i Chiny zgłaszały zainteresowanie Antarktydą, aby udowodnić, że są na tyle silne, by prowadzić tam ekspedycje i badania. Pytanie, czy któryś z krajów wciągnie kiedyś Iran do współpracy na Antarktydzie? Nie zdziwiłbym się, gdyby Rosja zaprosiła irańskich naukowców na swoją stację.
Mówimy dużo o wyścigu po surowce. Pewnie wyśmieje Pan spekulacje, że Antarktyda może stać się kiedyś źródłem wody pitnej dla reszty świata?
To absurdalny pomysł, po raz pierwszy przedstawiony w latach 70. XX w. przez Arabię Saudyjską. Jej władze sugerowały, że będą transportować góry lodowe z Antarktydy na Bliski Wschód. Ktoś, kto zna realia na Oceanie Południowym, nie wyszedłby z taką propozycją. Bardziej zasadne są pomysły geoinżynieryjne, by spowolnić wzrost globalnego poziomu mórz. Polegają na budowie podwodnego muru blokującego dopływ ciepłej wody do lodowca, co pozwoliłoby ograniczyć jego topnienie.
A wracając do gór lodowych jako źródła wody pitnej: to szalony pomysł nie tylko ze względów logistycznych, ale też prawnych. Bo do kogo należy lód na Antarktydzie? Aktywne tu państwa formalnie nie mają żadnej kontroli nad tym obszarem. To rodzi ryzyko, że niektóre kraje będą chciały robić tu coś, czego nie będą mogły robić nigdzie indziej. Dlatego trzeba mówić o działaniach Rosji na Antarktydzie: nie pozwólmy, aby i tu Moskwa podważała porządek międzynarodowy.

KLAUS DODDS jest profesorem na Royal Holloway University of London, dziekanem wydziału nauk przyrodniczych i środowiska. Specjalizuje się w geopolityce i tematyce bezpieczeństwa w Arktyce i na Antarktydzie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















