Filcowany kapelusz z bobrzego futra: w XVI-wiecznej Europie Zachodniej był to szczyt mody i symbol statusu szanującego się dżentelmena z klasy wyższej. Bobrze futro jest gładkie, trwałe i wodoodporne, zachowuje kształt nawet w deszczu i śniegu. Dzięki temu stało się cenioną alternatywą dla wełny i skór zajęczych.
Popyt na futro bobra był tak duży, że europejskie populacje tych zwierząt zaczęły topnieć. Gdy ich tu zabrakło, futra zaczęto sprowadzać z Nowego Świata: już w XVIII w. handel bobrem prowadzony przez Nową Francję (tak nazywała się kolonia będąca we władzy Paryża; Anglicy przejęli nad nią kontrolę w 1763 r.) sięgał od Quebeku aż po Luizjanę.
W czasie, gdy Hiszpania eksplorowała Amerykę w poszukiwaniu eldorado, dla Brytyjczyków i Francuzów bóbr stał się tym, czym złoto dla Hiszpanów.
Kim byli traperzy zwani „leśnymi biegaczami”?
Kluczem do europejskiego bogactwa okazały się umiejętności łowieckie rdzennych mieszkańców obecnej Kanady. Od tysięcy lat używali oni skór bobra, aby odziać się i ogrzać. Mieli doświadczenie w polowaniu na bobry przy użyciu pułapek.
Na wschodzie dzisiejszej Kanady Francuzi skupowali więc futra od rdzennych pośredników. Zwykle byli to Irokezi, którzy – tocząc wojny z Huronami i Algonkinami – dążyli do uzyskania monopolu w tym handlu. Sami nie polowali, lecz skupowali futra od ludu Kri, mieszkającego na północy i zachodzie.
Także niektórzy Europejczycy zostawali traperami. Zwano ich coureur des bois, dosłownie: leśnymi biegaczami. Ci udawali się w głąb kontynentu i łowili zwierzęta albo skupowali je bezpośrednio od rdzennych traperów.
Dwóch francuskich „biegaczy” – Médard Chouart des Groseilliers i Pierre-Esprit Radisson – postanowiło wziąć sprawy w swoje ręce i „wyciąć” pośredników. Wyruszyli w podróż na tereny leżące na zachód od Nowej Francji. Wpłynęli do Zatoki Hudsona i opracowali plan, jak wykorzystać system rzek wpadających do tej zatoki, by dostać się do interioru. Poznali tamtejsze rdzenne plemiona, nawiązali z nimi stosunki handlowe i swoje statki wyładowali bobrzym futrem.
Narodziny Kompanii Zatoki Hudsona
Jednak gdy wrócili do Nowej Francji, ich futra zostały skonfiskowane, a Radisson i des Groseilliers ukarani grzywną – za handel bez pozwolenia.
Traperzy nie poddali się i swój plan eksploatacji obecnej Kanady przedstawili angielskiemu królowi Karolowi II. Ten uwierzył w ich wizję i wystawił dokument, tzw. Royal Charter, przywilej królewski. Na pięciu stronicach wykonanych ze skóry jelenia opisano strukturę i cele nowo powstałej firmy. Król nadał jej monopol w handlu na terenie wokół Zatoki Hudsona i wszystkich wpływających do niej jezior i rzek.
Były to, bagatela, cztery miliony kilometrów kwadratowych (ok. 40 proc. obszaru obecnej Kanady). Na cześć księcia Ruperta Reńskiego, pierwszego zarządcy utworzonej tak Kompanii Zatoki Hudsona (w skrócie: HBC), nazwano je Ziemiami Ruperta.

Kompania Zatoki Hudsona nie miała na celu kolonizacji nowych terenów. Jej cel był wyłącznie ekonomiczny. Najważniejszy: otworzenie stałych placówek na terenach, do których można było dotrzeć łodziami kanoe, tak aby rdzenni traperzy mogli łatwo dopłynąć do nich ze swoimi towarami.
Takie kanadyjskie miasta jak Winnipeg, Edmonton, Calgary, Victoria, Regina, a nawet Portland w stanie Oregon mają swoje początki jako forty Kompanii Zatoki Hudsona.
Podróż w kanoe przez kanadyjski interior
Był to również ten historyczny moment, gdy kończył się czas wielkich odkryć geograficznych. Tymczasem tysiące młodych mężczyzn – tych ze wschodniego wybrzeża Ameryki i przybyszów z Europy – marzyły o wielkiej przygodzie. Wielu pragnęło się przy tym wzbogacić i wrócić do domu z pieniędzmi i drogim futrem.
Nazywano ich voyageurs. Tym Kompania Zatoki Hudsona obiecywała ujarzmienie ostatniego dzikiego zakątka świata.
Swoją podróż zaczynali wiosną lub latem, gdy na rzekach tajał lód, zwykle w York Factory (na terenie dzisiejszej kanadyjskiej prowincji Manitoba). Łączyli się w grupy, czasem po kilka, a czasem nawet 50 osób. Przywiezionymi z Europy towarami wypakowywali kanoe: bronią i amunicją, narzędziami i garnkami, odzieżą, tytoniem, solą, herbatą, cukrem, mąką, kolorowymi koralikami. Najpopularniejsze były wełniane koce, które stanowiły ponad 60 proc. wymiany handlowej.
O ile rdzenni mieszkańcy pływali dłubankami z wyżłobionego pnia (powstawały tak, że znajdowano odpowiednio duże drzewo i za pomocą kamiennych narzędzi, pomagając sobie ogniem, drążono środek), o tyle Europejczycy preferowali lekkie kanoe z kory brzozowej i zabezpieczone żywicą, zwierzęcym tłuszczem i węglem. Łatwiej było nimi manewrować, łatwiej też przenieść przez mielizny.
Już w drodze, voyageurs wyruszali codziennie wcześnie rano i wiosłowali nawet po 16 godzin, pokonując do 80 km. Cała podróż zajmowała im około dwóch tygodni. Musieli wiosłować pod prąd, radzić sobie ze zdradliwą rzeką, zimnem i rojami much oraz komarów.
Mechanizm handlu bobrzym futrem
Kanoe bywało też dobrym schronieniem podczas postoju, od deszczu lub przy gotowaniu. A gotowało się głównie zupę z grochu, do której dodawano wędzony boczek i przygotowany na szybko mączny ulepek. Gdy mężczyźni ogrzewali się przy ognisku i suszyli ubrania, wkoło w ciemności wyły wilki i kojoty. Niektórzy przed snem notowali swoje przeżycia w skórzanych pamiętnikach.
Gotowało się głównie zupę z grochu, do której dodawano wędzony boczek i przygotowany na szybko mączny ulepek. Gdy mężczyźni ogrzewali się przy ognisku i suszyli ubrania, wkoło w ciemności wyły wilki i kojoty
Gdy dalsza podróż kanoe nie była już możliwa, voyageurs przesiadali się na wozy konne. W umówionym w poprzednim roku miejscu czekali na nich rdzenni przewodnicy. Objuczeni towarem, przemierzali razem nieskończone prerie, gdzie rosły tylko wysokie trawy i pasły się jeszcze bizony. Rdzenni pokazali Europejczykom pemmikan, który wzbogacił ich jadłospis: uformowane w ciasteczka, kulki lub paski przekąski z suszonego mięsa bizona lub innej dziczyzny, zmieszanego ze zwierzęcym tłuszczem i owocami leśnymi.
Wozy docierały do fortów po sześciu tygodniach. Po dokonaniu wymiany handlowej, część mężczyzn ruszała w drogę powrotną do York Factory, zanim rzeki na powrót skują się lodem. Zwykle w październiku danego roku futra trafiały na londyńskie aukcje, gdzie decydowano o ich cenach.
Ci spośród voyageurs, którzy zostali, spędzali zimę w fortach. Niektórzy czekali na wiosnę, by wyruszyć w podróż powrotną. Inni zostawali w fortach, czasem już na zawsze. Ci często uczyli się lokalnych języków, nawiązywali relacje z rdzenną ludnością.
Jak rodzili się Metysi
Na początku funkcjonowania tego handlowego mechanizmu, który – jak się potem okazało – miał stać się jednym z ekonomicznych fundamentów przyszłego nowego państwa, biali byli atakowani przez rdzenne plemiona. Szybko jednak zrozumiano, że pokój może być bardziej intratny dla obu stron niż wojna. Wzajemne zrozumienie stało się podstawą dobrych relacji handlowych.
Oraz prywatnych. Handlarze futrami, którzy swoje żony i ukochane zostawili w Quebeku czy nawet w Europie, znajdowali nową miłość u boku rdzennych kobiet. Kobiety te nie tylko zajmowały się domem i rodziły ich dzieci, ale miały też wiedzę o lokalnej faunie i florze. Potrafiły zrobić rakiety śnieżne, złowić rybę i obrobić upolowanego renifera. Służyły też jako tłumaczki. Nie tylko nie trzeba było im płacić, gdyby mężczyzna znudził się rdzenną partnerką i postanowił ją porzucić, mógł to zrobić bez konsekwencji.
Handlarze futrami, którzy swoje żony i ukochane zostawili w Quebeku czy nawet w Europie, znajdowali nową miłość u boku rdzennych kobiet
Na początku ożenek z rdzennymi kobietami był zakazany. Ale zdarzał się na tyle często, że musiano zmienić prawo. Pojawiły się dzieci ze związków mieszanych, które porozumiewały się w języku Kri i po francusku. Z czasem uformowała się u nich nowa tożsamość i zaczęli nazywać siebie Metysami. Do dzisiaj Metysi uważani są za odmienną kulturowo grupę etniczną, która ma swoje unikalne zwyczaje i tradycje.
Moneta wartości jednego bobra
Łowy na bobry i inne zwierzęta odbywały się zwykle zimą, gdy futro jest najgrubsze i przez to najbardziej cenne. Na początku kwietnia do fortów zaczęli spływać na kanoe i zjeżdżać na psich zaprzęgach rdzenni traperzy z futrami odłowionymi poprzedniej zimy. Pod palisadami fortów rdzenni budowali tipi i rozkładali przenośne garkuchnie.

Między czerwcem a sierpniem forty tętniły życiem. Dla przedstawicieli Pierwszych Narodów była to nie tylko okazja do kupienia garnków czy broni, ale też pretekst do spędzenia czasu z resztą społeczności. Wieczorami rozpalano ogniska i opowiadano historie, w ciągu dnia śpiewano i tańczono. Rozmawiano o tym wszystkim, co zdarzyło się w ich życiu od ostatniego lata. Rdzenni wiedli nomadyczny tryb życia, więc zjazd do fortu był okazją na spotkanie krewnych. Wokół fortów Kompanii Zatoki Hudsona kręciło się życie.
Jednostką monetarną obowiązującą na terenie fortu był jeden bóbr. Kompania Zatoki Hudsona tłoczyła nawet monety, których wartość odpowiadała jednemu bobrowi dobrej jakości
Jak wyglądał taki fort? Wysokie drewniane fortyfikacje otaczały szerokie podwórze. W głównym budynku znajdowały się izby handlarzy, ich biura i sypialnie, magazyny towarów i pokoje z wielkimi wagami, gdzie oglądano i wyceniano futra.
Jednostką monetarną obowiązującą na terenie fortu był jeden bóbr. W latach 1820-70 Kompania Zatoki Hudsona tłoczyła nawet monety, których wartość odpowiadała jednemu bobrowi dobrej jakości.
Ciepły, wełniany koc
Po wycenie przywiezionego towaru rdzenni udawali się na długie zakupy, którym towarzyszyły niekończące się negocjacje.
W tamtym okresie najbardziej pożądanym przez rdzenną ludność towarem nie był – wbrew stereotypom – alkohol czy świecidełka, ale ciepły wełniany koc (najlepiej taki z paskami). Stał się on symbolem handlu futrem. Wiele pokoleń osób rdzennych wychowało się z nim. Po urodzeniu niemowlę owijano w kocyk HBC, później koce zarzucano sobie na ramiona jak kurtki. Dobry traper miał parę koców z paskami w czterech kolorach, czyli tych najdłuższych.
W tamtym okresie najbardziej pożądanym przez rdzenną ludność towarem nie był – wbrew stereotypom – alkohol czy świecidełka, ale ciepły wełniany koc (najlepiej taki z paskami)
Dla wielu osób rdzennych koc stał się więc symbolem pierwszego kontaktu z białymi. Symbolem nie tylko pozytywnym, bo niektórzy rdzenni do dzisiaj kojarzą go z zagrożeniem – Europejczycy, którzy mieli inny układ odpornościowy od lokalnej ludności, przenosili na materiałach i odzieży swoje zarazki. Wielu rdzennych łączy więc koc HBC z epidemią ospy, która, gdy już wybuchła, dziesiątkowała nieodpornych.
Kompania Zatoki Hudsona zmieniła charakter całego kraju
Bóbr to jedyny (obok człowieka) ssak, który jest inżynierem swojego środowiska życiowego. Buduje z drewna własne domy, które są ogrzewane ciepłem ich mieszkańców, i do których nie dostanie się żaden kojot. Swoją pracą bóbr zmienia też krajobraz rzeczny.
Również Kompania Zatoki Hudsona zmieniła charakter – i to całego kraju. W 1869 r. Kompania sprzedała Ziemie Ruperta Brytyjczykom. Wprawdzie sąsiednie Stany Zjednoczone oferowały więcej, ale lojalność Kompanii była po stronie Brytyjczyków. To tej jednej decyzji handlowej Kanada zawdzięcza swoje zjednoczenie – i to, że nie stała się częścią USA.
Zaczęła się kolonizacja zachodnich prerii i budowa Kolei Transkanadyjskiej, rolnictwo stało się ważniejsze od handlu futrami, a ludzie rdzenni coraz częściej byli rugowani do rezerwatów. Narodziło się nowe państwo.
Gdy pod koniec XIX w. futra ustąpiły tańszym materiałom produkowanym przemysłowo, Kompania musiała się zmienić. Skupiono się na klientach detalicznych. W 1881 r. wydano pierwszy katalog wysyłkowy, który z czasem stał się podstawą prowadzenia gospodarstwa na preriach. Dwa razy do roku można było składać zamówienia na przedmioty tak różne jak maszyny rolnicze, materiały do szycia czy cukier. W 1912 r. założono pierwsze sześć centrów handlowych w Calgary, Edmonton, Vancouver, Victorii, Saskatoon i Winnipeg.
Ikona Kanady
Kompania Zatoki Hudsona zjednoczyła kraj, doprowadziła niemal do wyginięcia bobra (dziś symbolu Kanady), wprowadziła ludzi rdzennych w kapitalizm, a także zgromadziła w swoich archiwach dzieła rdzennej sztuki. Z czasem życie stało się bardziej komfortowe, nikt nie umierał z głodu i chłodu. Zgromadzone bogactwo pozwoliło na rozwinięcie się Montrealu i Toronto. Fundamenty dzisiejszej bogatej Kanady zbudowano na futrach milionów bobrów.

Dziś Kompania zamyka swoje sklepy, a Kanadyjczycy spieszą po ostatnie sztuki kultowego koca z czterema paskami. Epidemia covidu, wykupywanie upadających firm, przeinwestowanie w biznes internetowy i zaniedbanie sklepów stacjonarnych doprowadziły firmę do bankructwa – choć jeszcze dwie dekady temu miała duże zyski. Amerykański inwestor zaczął wyprzedawać należące do HBC nieruchomości, czyniąc z firmy, która kiedyś posiadała 40 proc. dzisiejszej Kanady, rentiera.
Stephen R. Brown autor książki „The Company. Rise and fall of the Hudson’s Bay Company” z 2020 r. mówił w telewizji CP24, że istniejąca przez 355 lata firma zmieniała się i wielokrotnie popadała w problemy finansowe. „Tym razem zniknie na zawsze i jako historyk uważam to za bardzo smutne – mówił Brown. – Bo nie znika zwykły sklep, lecz kanadyjska ikona, która stworzyła podwaliny gospodarki”. Oraz która „stworzyła polityczne i prawne podstawy, aby przeciwstawić się ekspansji USA w XIX stuleciu”.
Bez Kompanii Zatoki Hudsona, podsumował Brown, Kanada już dawno zostałaby wchłonięta przez USA i była ich kolejnym stanem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















