Nigdy wcześniej nie zdarzyło się – i raczej nieprędko się zdarzy – aby tak wielu ludzi na świecie wybierało przywódców – prezydentów, senatorów, posłów, burmistrzów i radnych – w tym samym roku. W roku 2024 głosowały około cztery miliardy ludzi, prawie połowa ludności świata, w tym mieszkańcy ośmiu z dziesięciu najludniejszych krajów: Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Indonezji, Brazylii, Meksyku, Stanów Zjednoczonych i Rosji.
Ale przywódców wybierano też na Madagaskarze i w pustynnej Mauretanii, w królestwach Kuwejtu i Jordanii, w himalajskim Bhutanie, w Korei Południowej (w Korei Północnej przywódców się nie wybiera: namaszcza ich panująca od 1945 r. komunistyczna dynastia Kimów – Kim Ir Sen, jego syn, Kim Dzong Il i wnuk Kim Dzon Un, obecny władca), w Mongolii i Uzbekistanie, kolebce środkowoazjatyckiej satrapii, w południowoeuropejskich Rumunii, Bułgarii, Macedonii i Chorwacji, w położonych na skandynawskiej północy Finlandii i Islandii, w znikających pod wodą Malediwach, Kiribati, Palau i Tuvalu oraz w Panamie, Urugwaju i Wenezueli.
Demokratyczne wybory w 2024 skutkowały wymianą rządzących
W państwach nazywanych wyborczymi autokracjami, lecz mieniącymi się tzw. demokracjami suwerennymi – jest ich coraz więcej – nie urządza się wyborów prezydenckich, lecz wybory prezydenta. Władimir Putin w Rosji zdobył więc prawie 90 proc. głosów, Ilham Alijew w Azerbejdżanie ponad 90 proc., a Paul Kagame w Rwandzie prawie wszystkie głosy.
Ale niemal wszędzie indziej, gdzie demokracja jest po prostu demokracją i obywa się bez przymiotników, wybory w 2024 r. kończyły się zwykle pogromami rządzących. Rządzący przegrywali więc w zachodniej Europie, kolebce demokracji (upadły rządy w uchodzących za potęgi Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech, a na nowe ośrodki kontynentalnej stabilizacji i europejskie centrum wyrosły Skandynawia i Polska, która w pierwszej połowie 2025 r. będzie pełnić przewodnictwo Unii Europejskiej), ale także w Afryce, gdzie demokracja zapuszcza dopiero korzenie.
W 2024 r. władzę straciły rządzące partie w Botswanie, Ghanie, Senegalu, Mauritiusie, a w Południowej Afryce i Namibii odniosły tak mizerne zwycięstwa, że aby utrzymać się u władzy, musiały się nią podzielić z innymi. Zwłaszcza pyrrusowe zwycięstwo Afrykańskiego Kongresu Narodowego, ugrupowania Nelsona Mandeli, w Południowej Afryce najdobitniej pokazało, że czas partii wyzwoleńczych, które wywalczyły dla Afryki wolność i niepodległość, nieodwracalnie przemija. I że młodzież, wyrosła już w nowych czasach, nie chce słuchać kombatanckich opowieści, bo nie czuje się nic winna dawnym męczennikom i bohaterom.
Donald Trump, najgłośniejszy z proroków politycznego populizmu
Wygraną oznaczającą konieczność podziału władzy z innymi zakończyły się też wybory w Japonii i Pakistanie. Podobny los spotkał najpopularniejszego polityka współczesności, indyjskiego premiera Narendrę Modiego, politycznego guru nowoczesnej populistycznej prawicy. Nawet w jedynej na świecie republice kleru, Iranie, uchodzącym za tyranię ajatollahów, wybory prezydenckie wygrał autsajder Masud Pezeszkian, uchodzący za „gołębia” wśród „jastrzębi” w turbanach. Także w Sri Lance wyborcy odebrali władzę wielkim rodom i politycznym dynastiom, by oddać ją politykowi, który w młodości próbował przeprowadzić na Rajskiej Wyspie ludową rewolucję. W Turcji zaś niekoronowany sułtan Recep Tayyip Erdoğan, pogromca Kaukazu, Maghrebu i Lewantu, z kretesem przegrał wybory samorządowe.
Porażką, a wręcz klęską rządzącej Partii Demokratycznej zakończyła się też elekcja w Stanach Zjednoczonych, uznawana za najważniejszą dla współczesnego świata. W jej wyniku władza przeszła w ręce Republikanów, a 20 stycznia 2025 r. do Białego Domu wprowadzi się ponownie Donald Trump – ten najgłośniejszy z proroków politycznego populizmu, mający sprzymierzeńca w najbogatszym człowieku świata Elonie Musku.
Tam, gdzie wyborców oszukano, dochodziło do ulicznych rewolucji
Rok 2024 był pierwszym rokiem panowania innego polityka pozującego na trybuna ludowego: Argentyńczyka Javiera Milei. Kiedy obejmował przed rokiem urząd prezydencki, powierzony mu przez zrozpaczonych nieustannymi kryzysami rodaków, przepowiadano, że jako szalbierz i szaleniec doprowadzi kraj do katastrofy. Ale po roku – choć to pewnie raczej wynik gospodarczych cyklów, a nie tylko jego zasługa – Argentyna wyszła z recesji, a jej gospodarka zaczęła się ożywiać.
Tam, gdzie mogli, obywatele odbierali więc rządzącym władzę w wyborach. Tam, gdzie nie mogli, lub gdzie wyborców bezczelnie oszukano, dochodziło do ulicznych rewolucji – w Bangladeszu (udanej), w Mozambiku, w Gruzji (wciąż trwają tam niepokoje) – a do młodzieżowych buntów w Kenii, Ugandzie i Nigerii (statystyczny Afrykanin jest dwudziestolatkiem, czyli jest dwukrotnie młodszy od Europejczyka).
Jest też kraj, gdzie przewidziane kalendarzem wybory prezydenckie nie mogły się odbyć: to Ukraina, która od prawie trzech lat stawia opór rosyjskiej agresji. Czy rok 2025 przyniesie koniec tej wojny? I na jakich warunkach?
Rok 2024 pokazał siłę sondaży i wszechwładzę wirtualnych komunikatorów
Wszystkie te zmiany świadczą jednak nie tyle o światowym triumfie demokracji i jej zaskakującej dojrzałości, co o pysze pochodzących z demokratycznego wyboru rządzących elit, a także o narastającym buncie obywateli przeciw niekompetencji i pazerności ich wybrańców.
Rok 2024, ten rekordowy rok wyborczy, był niezbitym dowodem, że nastało królestwo vox populi, dyktatura sondaży i wszechwładza wirtualnych komunikatorów, tego bękarta XXI-wiecznej rewolucyjnej demokratyzacji obiegu informacji i dezinformacji. Ulegają jej i podporządkowują się jej prawom (usprawiedliwiając się, że po to jedynie, by je okiełznać i wykorzystać w słusznej sprawie) także ci, którzy mienią się wrogami populizmów, i którzy w nich właśnie widzą największe zagrożenie dla wolności i obywatelskich swobód.

Nadzieja na pokój w Syrii
Po trwającej 12 dni ofensywie syryjscy powstańcy wygrali wojnę, w której nie potrafili zwyciężyć od czasu ulicznej rewolucji, jaka podczas Arabskiej Wiosny, na początku 2011 r., wybuchła przeciw panującej od ponad pół wieku dynastii Asadów (Baszara i jego ojca Hafeza) i z czasem przerodziła się w powstanie dżihadystów. Tamtą wojnę pomógł Asadowi przetrwać sojusz z Iranem i Rosją. Tym razem Rosja, zajęta wojną w Ukrainie, a także Iran, gromiony w Strefie Gazy i Libanie przez Izrael, nie mogły obronić Asada przed wspieranymi przez Turcję partyzantami, którzy wkroczyli do Damaszku i przejęli władzę.

Wojna w Sudanie z dala od kamer
Zagłuszona przez zajmujące uwagę świata wojny w Ukrainie i w Strefie Gazy, w Sudanie toczy się od wiosny 2023 r. wojna domowa, wywołana przez dwóch generałów z rządowego wojska, z których każdy chciałby być przywódcą w stołecznym Chartumie. Wojna podzieliła Sudan na dwie części wzdłuż Nilu (zachodni brzeg zajmują buntownicy) i grozi rozpadem państwa. Doszło w niej do wszystkich wojennych zbrodni, z masowymi gwałtami i czystkami etnicznymi, zginęło ok. 50 tys. ludzi, a jedna czwarta z 40-milionowej ludności kraju stała się uciekinierami, którzy z Czadu i Egiptu mogą chcieć przeprawić się w końcu do Europy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















