Romantasy: rzeczywistość naciska na literaturę, by wróciła do źródeł

Najgorętszy dziś na rynku książki gatunek literacki zasługuje na naszą uwagę – to wielki powrót do korzeni europejskiej powieści.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „Frankenstein”, reż. Guillermo del Toro, 2025 r., Netflix // materiały prasowe
Kadr z filmu „Frankenstein”, reż. Guillermo del Toro, 2025 r., Netflix // materiały prasowe

Być może to Milan Kundera jako pierwszy zauważył, że najstarsze europejskie powieści są podróżami po świecie, który sprawia wrażenie nieskończonego. Jeśli się dobrze zastanowić, bohaterowie naszych lektur – Don Kichot, Robinson Crusoe, Lemuel Guliwer czy Kubuś Fatalista – wędrują i żeglują po przestrzeniach bez granic. Nic dziwnego, przeprawa przez morza i oceany, jeszcze za czasów Juliusza Verne’a, trwała przecież wiele tygodni, a przy złej pogodzie można było utknąć na łajbie nawet na kilka dobrych miesięcy. 

Oglądając adaptację „Frankensteina” Guillerma del Toro, myślę o marynarzach kapitana Andersona, uwięzionych gdzieś w arktycznym bezkresie. Zmordowani lodowatym zimnem potrzebują opowieści, która pozwoli im ruszyć naprzód, a jednocześnie śmiertelnie boją się tego, co może się wyłonić z nieludzkiej pustki.

Horyzont świata przedstawionego zaczyna się nam zacieśniać mniej więcej sto pięćdziesiąt lat temu, kiedy za sprawą wynalazków, takich jak lokomotywa czy telegraf, odległości między krańcami Europy liczy się już nie w miesiącach i tygodniach, a dniach i godzinach. Jak reaguje powieść? Utracona nieskończoność skłania pisarzy i pisarki do wglądu w siebie samych. Twórcy, zauważył Kundera, coraz chętniej zaczynają zgłębiać wówczas psychologię postaci, codzienność, wspomnienia. Tematem powieści staje się czas.

Zresztą, wszystko to trwa i tak dość krótko, mniej więcej do wybuchu Wielkiej Wojny, która odbiera nam odwagę zgłębiania istoty człowieczeństwa i wiarę w instancję rozumu. Światem zdaje się kierować bezinteresowna, irracjonalna, agresywna siła.

Trzy elementy konstytuujące powieść

W wykładzie noblowskim węgierski pisarz László Krasznahorkai mówił dokładnie o tym. Jakby kontynuował rozpoczętą w pierwszej połowie lat 80. myśl Kundery. Nagle, pewnego dnia, przestaliśmy wierzyć w cokolwiek, a „dobro nigdy już nie dosięgnie zła, gdyż między dobrem a złem nie ma miejsca na nadzieję”. Po przeczytaniu tych słów (obecnych również w wydanej właśnie książce noblisty „A świat trwa” w tłumaczeniu Elżbiety Sobolewskiej), wciąż zastanawiam się, co takiego leży w pustce między dobrem a złem. Cóż to za ziemia jałowa bez miejsca na nadzieję? Na razie widzę tam tę samą przestrzeń, w którą patrzą z przestrachem marynarze kapitana Andersona.

Uruchamianie odtwarzacza...

Jedno wiadomo na pewno: minęły czasy, kiedy człowiek musiał walczyć jedynie z upiorem własnej duszy. Zło przychodzi z zewnątrz, jak w filmie del Toro. Jest nim powołany przez nas do życia potwór historii – nieobliczalny, niezrozumiały, niemożliwy do pokonania. Epoka, w której żyjemy – a którą precyzyjnie opisują pisarze z Europy Środkowej, tacy jak Kundera czy Krasznahorkai – nie skłania do pytań o jednostkową pamięć, dlatego sądzę, że moda na autobiograficzne eseje wkrótce się wyczerpie. Świat zmusza nas do przekraczania perspektywy życia pojedynczych ludzi. Rzeczywistość, rozpierająca ramy małych opowieści, naciska na literaturę, by wróciła do swoich źródeł – bezkresu znanego Miguelowi de Cervantesowi i Jonathanowi Swiftowi. Co tam znajdujemy?

Otóż podróżując pod prąd historii, docieramy do trzech kluczowych, konstytuujących powieść elementów: romansu, fantastyki i prób uporządkowania świata wedle określonego, uniwersalnego modelu. A wszystko to bez zawracania sobie głowy oryginalnością czy prawami autorskimi. Brzmi znajomo?

Od roku 2020 publikujemy i czytamy coraz więcej fantastyki. Tylko w 2024 r. ukazało się w Polsce dwukrotnie więcej powieści z tego gatunku niż jeszcze cztery lata wcześniej. Tylko fantastyka notuje w ogóle jakiekolwiek wzrosty na rynku książki, globalnie. Wystarczy sięgnąć po dowolny raport z badań czytelnictwa, np. z międzynarodowych targów książki we Frankfurcie, by dowiedzieć się, że naszą wyobraźnią rządzi właśnie ta odmiana powieści, w szczególności gatunek zwany „romantasy” (wśród najpopularniejszych jego przedstawicielek znajdziemy amerykańskie pisarki, takie jak Rebecca Yarros, Sarah J. Maas czy Rebecca F. Kuang).

Nazwa, utworzona prawdopodobnie przez społeczność samych czytelniczek i czytelników, służy do określania tekstów, w których wątek romantyczny jest tak samo ważny jak elementy fantastyczne. I choć wydaje się nowa, gatunek ten jest równie stary jak sama literatura.

Co czytano w średniowieczu

Pamiętam swoje zdziwienie, gdy badający staropolskie teksty prof. Maciej Włodarski zadecydował, że zaczniemy pierwszy rok studiów polonistycznych od lektury jarmarcznych romansów. Snobujący się na znawców twórczości Miłosza i Schulza, przez jeden semestr, rozdział po rozdziale, streszczaliśmy i omawialiśmy na zajęciach, w ciemnej salce krakowskiego Gołębnika, awanturniczo-erotyczne przygody rycerzy. Cóż, nie znajdowałam w tym żadnego sensu. Nie byłam też czytelniczką pogardzanej wówczas przez Akademię fantastyki.

A działy się w tych tekstach rzeczy naprawdę niespotykane, by nie powiedzieć – dziwaczne. Po co się tym zajmować? Kto to w ogóle napisał? Po odbębnieniu ćwiczeń z Włodarskim uciekaliśmy na zajęcia z „prawdziwej” literatury. Dziś rozumiem decyzję profesora – tamten jarmarczny romans poprzedzał powstanie nowożytnej powieści, choć jego budowa była do bólu prosta (a w swej prostocie genialna): chodziło o rozłąkę kochanków, którzy po licznych przygodach szczęśliwie się odnajdują. Rzecz jednak nie w tym, czy się odnajdą, a w tym, czym były i jak się układały rozdzielające ich wciąż na nowo przygody. Oraz jakie napięcie musiały wywoływać u czytelników.

W całej średniowiecznej Europie krążyły liczne przekłady i adaptacje ówczesnego „romantasy”. Zapotrzebowanie na tego typu historie musiało być ogromne, skoro wiele razy trzeba je było przepisywać i kopiować, a już po wynalezieniu druku dokonywać wznowień. Egzemplarze – jak relacjonują eksperci ówczesnego piśmiennictwa – ulegały całkowitemu zaczytaniu, stąd dziś mamy tylko nieliczne ich wersje, niektóre tytuły znamy wyłącznie z późniejszych przekazów albo omówień.

Z fantastycznych opowieści składał się np. popularny zbiór „O życiu i obyczajach dawnych filozofów i poetów” ułożony przez Gwaltera Burleusa, żyjącego na przełomie XIII i XIV w. profesora z Oxfordu. Nie było to dzieło oryginalne, tylko przeróbka słynnych „Żywotów” Diogenesa Laertiosa, napisanych dziesięć wieków wcześniej. Opowieści Burleusa też były potem wielokrotnie przerabiane i tłumaczone – mają nawet swoją wersję polską (w adaptacji Marcina Bielskiego, z roku 1535), w której rzymski poeta Wergiliusz jest – uwaga – czarnoksiężnikiem.

Brytyjczyk C.S. Lewis, autor fantastycznych „Opowieści z Narnii”, w swoich wykładach o literaturze mówił, że „ludzie średniowiecza, tak jak hobbici profesora Tolkiena, lubili książki, które mówiły im o tym, co już znali”. Dlatego na pierwszym roku polonistyki dowiedzieliśmy się, że istnieją rękopiśmienne kopie dziejów wojny trojańskiej opowiedziane na wzór baśni, a odpryski fantastycznych przygód Aleksandra Macedońskiego krążyły po Europie w licznych wersjach, zarówno łacińskich, jak i wernakularnych, a więc spisanych językiem prostym, zrozumiałym dla wszystkich. Ot, takie dzisiejsze teksty z Wattpada. Skądinąd współczesny Wattpad, służący do publikacji w sieci fanfików (domowych przeróbek popularnych powieści), odtwarza dokładnie – tylko na inną, globalną skalę – działania średniowiecznych kopistów.

Możemy zatem zaryzykować tezę, że twórcami pierwszych w historii fanfików byli skrybowie, którzy kopiowali i uzupełniali oraz ilustrowali przygody popularnych w wiekach średnich superbohaterów, takich jak Aleksander Macedoński. C.S. Lewis uczył swoich studentów i studentki – i być może tego samego chciał dla nas prof. Włodarski, tylko nieuważnie go słuchaliśmy – by na ówczesne piśmiennictwo patrzeć tak, jak patrzymy na gotyckie katedry.

Jest zresztą paradoksem, że rezygnacja tysięcy kopistów z autorskiej oryginalności przyniosła narodziny gatunku, od którego oryginalności się domagamy. Narodziny nowoczesnej powieści.

Co czyta świat dzisiaj

Z romansem w wieku XVIII zaczęła walczyć (i czyni to zresztą do dziś) krytyka literacka. Gatunek prędko zszedł na margines kultury, stając się odmianą literatury straganowej, wagonowej. Książki czytane dla zabicia czasu i rozrywki zostały uznane za guilty pleasure. Nic dziwnego, że pogardzane przez tradycyjne media „romantasy” wykorzystało powszechność mediów społecznościowych, szczególnie TikToka i Instagrama, zdobywając popularność w czasie, gdy nieskończonego horyzontu świata pragnęliśmy najbardziej – w pandemii.

SenLinYu to osoba autorska urodzona w roku 1990 w Oregonie w USA. Popularność zyskała kilka lat temu za sprawą pisanych na Wattpadzie fanfików o Harrym Potterze, w których Hogwart zmiksowany został z mrocznym uniwersum „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood. Jej publikowane w odcinkach opowieści zgromadziły, jak policzył „Guardian”, społeczność ok. 20 mln czytelniczek i czytelników. Było tylko kwestią czasu, kiedy do SenLinYu zwróci się wydawca. 

Rebecca F. Kuang, "Katabaza", wydawnictwo Fabryka Słów; Radek Rak, "Agla. Abraxas", wydawnictwo Powergraph; SenLinYu, "Alchemised", wydawnictwo Filia // materiały prasowe

Jesienią tego roku w języku polskim ukazała się powieść „Alchemised” (Filia), której akcja skupia się wokół utraconych przez bohaterkę wspomnień i motywu wojny. Tym razem inspiracją była książka noblistki Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” (1985). Powieść SenLinYu od momentu premiery we wrześniu 2025 r. sprzedała się w nakładzie kilkuset tysięcy egzemplarzy (w Polsce, z wynikiem kilkudziesięciu tysięcy, także jest już bestsellerem).

Rebecca F. Kuang, amerykańska pisarka chińskiego pochodzenia, absolwentka Cambridge, publikować zaczęła jeszcze przed pandemią (choć w Polsce jej książki pojawiły się w roku 2020). Jak przyznaje w wywiadach, nie była szczególnie zainteresowana historiami, które skupiają się na związkach romantycznych, ale w ciągu ostatnich kilku lat powieści Sally Rooney, Banany Yoshimoto i Mieko Kawakami zmieniły jej podejście do tego gatunku.

Kuang dotarła do szerszej publiczności za sprawą kapitalnej satyry na przemysł wydawniczy „Yellowface” (2023), w której krok po kroku obnaża absurdy działania współczesnego rynku książki. Jesienią tego roku ukazała się jej najnowsza powieść fantastyczna, „Katabaza” (wedle serwisu The Bookseller w ciągu tygodnia od premiery w samej tylko Wielkiej Brytanii sprzedano 40 tys. egzemplarzy; w Polsce wydany przez Fabrykę Słów tytuł utrzymuje się na liście bestsellerów Empiku).

Katabaza to nazwa znanego literackiego motywu zejścia do piekieł, toteż bohaterowie Kuang, Alice Law i Peter Murdoch (studenci Cambridge, jak autorka), wyruszają w zaświaty w poszukiwaniu swojego promotora, niedawno zmarłego profesora Jacoba Grimesa (nauczyciel w tajemniczych okolicznościach eksplodował w swoim laboratorium). Ich plan jest prosty i za nic bierze sobie porażkę Orfeusza: wkraść się do piekieł i sprowadzić Grimesa z powrotem na ziemię. Alice i Peter, wędrując po kolejnych kręgach Inferna (przypominającego bibliotekę, akademik i inne przestrzenie Cambridge), uświadamiają sobie, jak głęboko uwewnętrznili wyzyskującą ich życie logikę Akademii.

Powieść, będąca satyrą na uniwersytety i ich hierarchie, jest jednocześnie podręcznikiem filozofii i doskonałym wstępem do historii literatury. Kuang i Dante – poza wędrówką przez podziemia – dzielą bowiem iście średniowieczne zamiłowanie do szczegółu, które momentami przykrywa wręcz akcję powieści. Żeby to docenić, trzeba mieć jednak za sobą odświeżone lekcje ze sztuki średniowiecza. 

Do piekła zstępuje też bohaterka trylogii Radka Raka (ponad 25 tysięcy egzemplarzy sprzedanych przez wyd. Powergraph), Sofja Kluk, córka badacza i pracownika Akademii (fantastycznego odpowiednika Uniwersytetu Jagiellońskiego). Zanim Sofja wyruszy w typową dla baśni podróż, przechodząc przez najgorsze, najbardziej okrutne światy i krainy, uczy się magii. W domu czarodziejki Mai Ułudy poznaje tajemniczą Ektene (ektenia to po grecku litania), a między kobietami stopniowo rodzi się romantyczne uczucie, którego Sofja długo nie potrafi nazwać (czytelniczka i czytelnik zaś dostają wspaniałe opisy zbliżeń i namiętności). Ostatecznie Sofja wpadnie w tarapaty, z których będzie próbowała się wydostać w dwóch kolejnych tomach powieści.

W poszukiwaniu opowieści

„Romantasy” nie jest jarmarcznym gatunkiem powieści, ale jej rdzeniem, strukturą i zasadą organizującą wszelkie znane nam historie. Rozerwanie kochanków – czy kochanek, jak u Raka – a następnie wysłanie ich w niekończącą się podróż to prastary zabieg, na który ukuto niegdyś metaforę „objazdu” (narrative detours). Ten objazd po nieskończonym uniwersum fantastycznego świata służy przede wszystkim przyjemności płynącej z odroczenia rozkoszy. Czy Sofja odzyska Ektene? Czy Alice i Peter odnajdą profesora Murdocha?

Ale w tym wszystkim chodzi jeszcze o coś więcej niż przyjemność, bo duch powieści, jak pisał Kundera, jest z zasady duchem złożoności i duchem ciągłości: „każde dzieło stanowi odpowiedź na dzieła poprzednie, każde dzieło zawiera całe dotychczasowe doświadczenie” innych dzieł. Gdybyśmy jako studenci wynieśli tę lekcję z ćwiczeń prof. Włodarskiego, zapewne więcej zrozumielibyśmy wtedy i z Miłosza, i z Schulza.

Zostawmy jednak przeszłość za sobą. Duch naszych czasów wpatruje się przecież w to, co jest teraz. A my jesteśmy jak marynarze kapitana Andersona z filmu del Toro, uwięzieni w arktycznym bezkresie. Wypatrując na horyzoncie potwora, próbujemy odnaleźć historię, dzięki której nasza łajba ruszy z miejsca, by dokończyć swój fabularny „objazd”. Reżyser nie pozwoli na to jednak zbyt prędko. By się przekonać, czy lód w końcu puści, będziemy musieli wysłuchać długiej opowieści dr. Victora Frankensteina. A więc: zaczynajmy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Dzieci kapitana Andersona