Pytam, czy pamięta tamten zapach. Zamyka oczy i wciąga nosem powietrze, jakby chciała przywołać w ten sposób wspomnienia. – To była – odzywa się po chwili – woń świeżo zadrukowanego papieru zmieszana z zapachem tytoniu. I jeszcze jedna nuta, trudna do opisania, ale elektryzująca, jak obietnica czegoś fajnego – dodaje z przekonaniem.
Wiem, o czym mówi. Do kiosku, w którym pracowała Krystyna Drozd, biegałem jako dzieciak trzy razy w tygodniu, uzbrojony przez rodziców w mosiężną pięciozłotową monetę sprzed denominacji, drżąc z obawy, czy nie wykupiono już całego nakładu „Świata Młodych”. Liczyła się oczywiście tylko ostatnia strona z komiksem. Pani Krystyna odkładała mi „po sąsiedzku” jeden egzemplarz, ale stres był i tak olbrzymi.
Po tamtym kiosku, w którym przepracowała 26 lat, nie ma już śladu. Kilka lat temu pomiędzy płytami chodnika widać było jeszcze zarys jego fundamentów, ale teraz w tym miejscu stoi blok. Gazety są głównie w internecie. Po kosmetyki najbliżej do którejś z sieciowych drogerii, którymi porastają polskie miasta. Palenie stopniowo wychodzi z mody.
Wraz z nim do przeszłości odchodzą też ostatnie kioski. Firma Ruch, której zostało jeszcze 128 takich placówek, zamknęła właśnie wszystkie – poza czterdziestoma, które ajenci spróbują poprowadzić na własną rękę. „Decyzja o likwidacji sieci kiosków Ruchu jest – jak pisze w komunikacie zarząd Ruchu – podyktowana trwałymi negatywnymi wynikami finansowymi segmentu”.
– Za moich czasów nie do pomyślenia – krzywi się pani Krystyna, kiedy czytam jej ten fragment.
Kioskarka wiedziała wszystko
W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a zwłaszcza w jej odmianie z lat 80., która była krainą sklepów bez towaru, kioski rzeczywiście jawiły się jaskinią zbójców pełną ukrytych skarbów. Piętrzące się w stosy gazety, kolorowe pocztówki na obrotowych stojakach, a na półkach w głębi czasem nawet woda kolońska „Brutal”, krem do golenia „Wars” albo krem „Nivea”. Zdarzały się też zabawki, książki, opakowane w aluminium prezerwatywy zwane „erosami” oraz oczywiście papierosy, które bezwstydnie kusiły palaczy, ustawione rzędem na szybie nad okienkiem. Ojciec najczęściej palił „Klubowe”. Mama preferowała mentolowe „Zefiry”. A ksiądz, który przygotowywał moją klasę do pierwszej komunii, posyłał czasem któregoś z nas po paczkę tanich, ale mocnych „Popularnych”. Lubiliśmy tę robotę, bo zwykle nie dopytywał o resztę. Pani Krystyna zaś wiedziała, dla kogo te fajki, więc nie robiła trudności.
Posiadanie zaprzyjaźnionej kioskarki-sąsiadki było w tamtych czasach nie lada przywilejem i nie chodziło tylko o to, że po gazety w prenumeracie teczkowej nie trzeba było nawet ruszać się z domu, bo pani Krysia podrzucała nam je do drzwi, wracając z pracy. Socjalistyczna gospodarka była oparta na wiedzy, co i gdzie rzucą do sklepów, a kioskarki były osobami chyba najlepiej zorientowanymi w nieustannie zmieniającej się geografii dostępności towarów, na które polowało całe miasto. „Powiedz mamie, tylko nie zapomnij – surowo nakazywała mi więc pani Krystyna, gdy przybiegałem po „Świat Młodych” – że w rybnym będzie dzisiaj świeża kergulena”.
– Skąd pani to wiedziała? – pytam teraz.
– Jak to skąd? – odpowiada. – A to chłopaki, którzy rano przywozili mi towar, podpowiedzieli, gdzie będzie dostawa, a to same ekspedientki ze sklepów, które w drodze do pracy zatrzymały się u mnie po papierosy czy gazetkę, dorzuciły garść konkretów. W kiosku w zasadzie każdy klient „parkował” jakieś wiadomości albo plotki.
Kioski w pewnym sensie organizowały przestrzeń peerelowskiego miasta, bo prędzej czy później trafiał do nich każdy mieszkaniec. Poranna kolejka zrównywała w prawach wszystkie grupy społeczne, zachęcała do wymiany opinii i informacji. Pani Krystyna pamięta, że tuż po szóstej do jej okienka ustawiali się po papierosy wracający z nocnej zmiany pracownicy pobliskiej huty. Często stał z nimi ramię w ramię ordynator oddziału okulistycznego, który – jak mówi kioskarka – palił jak smok.
W większych ośrodkach kolejka odradzała się też później, gdy zbliżała się godzina dostarczenia gazet, tzw. popołudniówek.
Dlaczego kioski zaczęły znikać
Nic nie zapowiadało takiego sukcesu w styczniu 1919 r. W Wielkopolsce trwało nadal powstanie, w okolicach Cieszyna gromadziły się wojska czechosłowackie. Poza tym właśnie ukonstytuował się rząd Ignacego Paderewskiego, a Roman Dmowski ćwiczył już mowę, w której na konferencji pokojowej w Paryżu przedstawi postulaty w kwestii kształtu polskich granic. Niedawno powstał też Polski Czerwony Krzyż, a za kilka tygodni ruszyć miała do pracy Najwyższa Izba Kontroli.
W kraju działo się zbyt wiele, by czyjąś uwagę przykuł niewielki pawilon, który przycupnął na jednym z peronów Dworca Kolei Wiedeńskich w Warszawie. Budkę postawiło Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych Ruch, zarejestrowane miesiąc wcześniej przez znanych księgarzy Jana Gebethnera i Jakuba Mortkowicza, którym marzyło się upowszechnienie w Polsce czytelnictwa prasy. Tę iście pozytywistyczną ideę wspólnicy chcieli zaszczepić rodakom za pomocą formatu handlowego podpatrzonego za granicą – to tzw. trafiki, małe punkty z tytoniem, gazetami i innymi przydatnymi na co dzień drobiazgami. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i już po pół roku Ruch miał na terenie kraju niemal 60 takich placówek, które ulica zaczęła nazywać kioskami, spolszczając w tym celu francuski kiosque, który nad Sekwanę zawędrował z kolei z imperium osmańskiego (tu słowo köşk oznacza mały pawilon).
W 1935 r. kiosków było już blisko 700. Po wojnie Ruch wchłonął na życzenie władzy mniejszych rywali i stał się państwowym monopolistą w dystrybucji prasy, co powinno mu zapewnić także komfortowy debiut w warunkach wolnorynkowych upadku PRL. Na początku lat 90. Ruch miał aż 31 tysięcy punktów sprzedaży, a wizja prywatyzacji giganta rozpalała wyobraźnię krajowych i zagranicznych inwestorów. Apetyty były tak wielkie, że rywale blokowali się nawzajem, ciągali po sądach, wzywali międzynarodowych arbitrów, a firma z każdym rokiem traciła przewagę nad mniejszymi konkurentami. Gdy jej sytuacja właścicielska ostatecznie się unormowała, z dawnej hegemonii zostało niewiele, a gwoździem do trumny okazały się nietrafione inwestycje ówczesnego zarządu i gwałtowne zmiany konsumpcji mediów spowodowane upowszechnieniem internetu. Ostatni rok przed pandemią Ruch zaczął z siecią 16,8 tys. punktów sprzedaży; po lockdownie miał ich nieco ponad 3 tysiące. Gdy jesienią 2024 r. zarząd firmy ogłosił zamknięcie wszystkich placówek na terenie kraju, jeden działający kiosk przypadał statystycznie na 368 tysięcy mieszkańców Polski.
Kiosk jako relikt i obiekt niewybrednych żartów
Nasze drogi zaczęły się jednak rozchodzić o wiele wcześniej. Eksplozja kapitalizmu już na początku lat 90. skazała kioski na powolną agonię w zakamarkach wolnego rynku. To, co do niedawna miały do zaoferowania w zasadzie na wyłączność, nagle stało się dostępne niemal wszędzie, i to bez bicia pokłonów przed okienkiem umiejscowionym mniej więcej na wysokości pępka dorosłego klienta. Zmuszając kupujących do ukłonu, kiosk był ucieleśnieniem socjalistycznego triumfu podaży nad popytem. Gdy proporcje tych sił uległy odwróceniu, przestał być potrzebny, a jeśli już, to jako relikt minionej epoki i obiekt niewybrednych żartów w rodzaju pytań: „gdzie sika pani z kiosku?” czy równie znanego muralu „rany boskie, jestem kioskiem”. Konsumpcyjnym imaginarium Polaków zawładnęły klimatyzowane centra handlowe, miejsca wprost stworzone pod saloniki prasowe, w które wyewoluował format kioskowy. Czas także przyspieszył, nie zostawiając wiele miejsca na poranną wymianę ploteczek z kioskarką. Zresztą, po co iść do kiosku, jeśli nie czyta się gazet, nie pali, życzenia świąteczne zaś wysyła esemesem, a nie pocztówką?
– Na emeryturę przeszłam w 2004 roku – mówi pani Krystyna. – Zdrowie już nie pozwalało, to raz. A dwa, że do okienka zaglądało coraz mniej znanych twarzy. Moje pokolenie, które dzień zaczynało od wizyty w kiosku, zaczęło się przenosić na cmentarze.
Czy zatęsknimy za kioskami?
Kioski też mają swój cmentarz. Jakiś czas temu zrobiło się głośno o placu opodal miejscowości Brzeziny w Łódzkiem, dokąd zwieziono kilkadziesiąt budek kioskowych. Głównie z Łodzi – sądząc po napisach, jakie jeszcze w poprzednich lokalizacjach pozostawiali na nich kibice. Miejsce stało się adresem tylu wycieczek, że właściciel zagrodził teren.
Może więc za wcześnie na pożegnanie tego szacownego ponadstuletniego konceptu? Decyzja o zamknięciu sieci należącej do Ruchu następuje w chwili, gdy w polskich postawach konsumpcyjnych widać oznaki zmiany przemawiającej za ich utrzymaniem. Młodym odbiorcom w większości nie jest już wprawdzie niezbędny szelest papierowej prasy, ale czują też zmęczenie światem, w którym „zwycięzca bierze wszystko”. Rośnie popyt na lokalne produkty, produkowane na skalę zbyt wątłą, by zainteresowały się nimi wielkie sieci handlowe, za to wprost idealną dla kameralnej sprzedaży kioskowej. Wielkie centra handlowe wciąż tętnią życiem, ale nie stały się współczesną agorą, miejscami, wokół których koncentruje się miejskie życie. Coraz więcej konsumentów woli zakupy bliżej domu, marzy o pielęgnowaniu osiedlowych czy dzielnicowych relacji. Do takich założeń kiosk pasuje jak ulał, prasa też, można mu zarazem dodać sznytu nowoczesnej użyteczności, choćby w postaci automatu do nadawania i odbioru paczek. Przynajmniej w teorii.
A w praktyce? Kilka miesięcy temu w Cieszynie działalność zakończył kiosk, którego właściciel próbował zbudować silną więź z lokalną społecznością. Do oferty włączył wyroby miejscowych rękodzielników, na wystawie prezentował wiersze tamtejszego poety. Z okien kiosku poznikały kraty, w dowód zaufania w uczciwość sąsiadów. Zapału starczyłoby mu pewnie na dłużej, ale po niespełna czterech latach cieszyński kioskarz doszedł do wniosku, że nie może dłużej dokładać do interesu.
Nurtujące internautów pytanie „gdzie sika pani z kiosku?” trzeba więc ostatecznie przekształcić na czas przeszły. A jeśli chodzi o panią Krystynę, to nie zamierza na nie odpowiadać. Nie dlatego, że kobiecie w jej wieku nie przystoi. Odpowiedź byłaby, jak twierdzi, tak prozaiczna, że nie warto poświęcać jej uwagi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















