Zaczęło się od manifestu apolityczności Wima Wendersa podczas otwierającej festiwal konferencji prasowej. Słowa przewodniczącego jury konkursu głównego wywołały burzę, którą media – zarówno te tradycyjne, jak i społecznościowe – skrupulatnie dokumentowały.
I tak oto krótkie zdanie: „musimy trzymać się z dala od polityki” wyznaczyło kierunek dyskusji o 76. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie.
Na każdej kolejnej konferencji reżyserzy, scenarzyści i aktorzy, w szczególności ci kojarzeni z Hollywood, musieli się zmierzyć z pytaniem o polityczność kina: bełkotać o uniwersaliach lub podpisać się pod listem otwartym byłych i obecnych uczestników festiwalu, między innymi Tildy Swinton, Adama McKaya i Javiera Bardema, potępiających stanowisko Berlinale w sprawie ludobójstwa w Strefie Gazy.
Kryzys wizerunkowy Berlinale
Prawdę mówiąc, nie wydaje mi się, żeby dało się ułożyć program, który mógłby odwrócić uwagę opinii publicznej od trwającej nad Sprewą dyskusji. Mimo to selekcja w złagodzeniu kryzysu wizerunkowego Berlinale nie pomogła.
Co do zasady konkurs główny jest perłą w koronie każdego festiwalu filmowego. Tam mistrzowie spotykają się z utalentowanymi debiutantami, konfrontując ze sobą różne spojrzenia na kino. Owa konfrontacja jest tyleż symboliczna, co nieprzenośna. Filmowcy walczą o laury, które agenci sprzedaży wykorzystają jako karty przetargowe.
Można się spierać, czy rywalizacja na polu sztuki ma sens, a festiwale filmowe wciąż posiadają moc konsekracyjną. Nie ma jednak wątpliwości, że nagrody (czasami wystarczy nawet sama obecność w konkursie) niosą korzyści marketingowe, co widać po upstrzonych logotypami plakatach filmowych.
Pytanie nie brzmi więc, czy wysłać film na konkurs, lecz raczej gdzie go wysłać – forsować go w Cannes, a może pokazać w Toronto, aby płynnie przejść w kampanię oscarową? Po tegorocznej selekcji Berlinale można wnieść, że niewielu producentów wskazało na stolicę Niemiec.
Słabe filmy konkursu głównego
Karim Aïnouz trzyma rękę na pulsie, dlatego na Berlinale przyjechał z kolejną satyrą na pięknych i bogatych, którymi kino w ostatnich latach obrodziło: od „W trójkącie”, przez „Saltburn”, po serial „Biały Lotos”. Zgodnie z konwencją tego typu produkcji, powiększaniu majątku towarzyszy karlenie inteligencji i degradacja wartości, stąd familia zblazowanych bogaczy to nie więcej niż figury w fabularnej układance.
W „At the Sea” Kornéla Mundruczó ponownie na pierwszy plan wychodzą możni. Podstawowa różnica polega na tym, że posiadają jakiekolwiek zręby charakteru i wrażliwość. Cały film przypomina niestety patchwork z klisz. Autorzy łapią kilka srok za ogon, ale w finale wszystkie wyrywają im się z rąk, przez co „At the Sea” nie jest ani przekonującym studium alkoholizmu, ani katartycznym rozliczeniem udręczonego dziecka z rodzicem.
Nie jest też atrakcyjną opowieścią o sztuce, ani tym bardziej głęboką refleksją nad macierzyństwem. O tym ostatnim opowiada, równie mało przekonujący, „Yön Lapsi” Hanny Bergholm.
Trochę większe pole do formułowania własnych sądów pozostawia „A New Dawn” Yoshitoshiego Shinomiyi. Do jedynej w tegorocznym konkursie animacji można przymierzyć rozliczne motywy: od tęsknoty za utraconym krajobrazem, po pielęgnowanie zagrożonych tradycji. Trudno jednak stwierdzić, czy to zasługa pojemności tropu, czy raczej skutek beznadziejnej próby racjonalizowania bałaganiarskiego scenariusza.
„Gelbe Briefe”: bezpieczny wybór
Jury miało więc ułatwione zadanie. Pozostało wybierać z puli uszczuplonej o filmy fatalne i przeciętne. W ten sposób każdy, na kim nie wieszano psów, mógł liczyć na Niedźwiedzia. Z głównym laurem imprezę opuścił Ilker Çatak.
To wybór tyleż bezpieczny, co nieoczekiwany. Bezpieczny, bo „Gelbe Briefe” stoją na antypodach awangardy, dając w zamian eksperymentów klasyczną narrację. Nieoczekiwany, bo jawnie polityczny.
Film Çataka jawi się jako opowieść o konsekwencjach konformizmu w autorytarnym systemie, którego oczywistym pozafilmowym odpowiednikiem jest Turcja Erdoğana. Na wypadek, gdyby kogoś zmylił fakt, że film nakręcono w Berlinie i Hamburgu, reżyser wytłuścił na stosownych planszach, że grają one Ankarę i Stambuł.
Interpretowanie tegorocznego Berlinale przez pryzmat całej tej awantury o polityczność może doprowadzić do niepokojącej konkluzji, jakoby postawienie na „Gelbe Briefe” było jedynie wykalkulowanym gestem, elementem zarządzania kryzysowego. W konkursie znalazły się bowiem tytuły nieco ciekawsze od filmu Çataka.
Nagroda Jury
Kontrpropozycją mogłoby być „Queen at Sea” uhonorowane trzecim co do ważności wyróżnieniem, czyli Nagrodą Jury. Dramat obyczajowy Lance’a Hammera to nietuzinkowa historia o demencji, w której unisono rozbrzmiewają tematy wpływu choroby na życie jednostki i jej bliskich.
W podobnym, wywracającym na nice role przypisane do wieku społecznego tonie wypowiadają się Anna Fitch i Banker White, reżyserzy „Yo (Love is a Rebellious Bird)”. Doceniony za wyjątkowy wkład artystyczny dokument znajduje się na przeciwnym biegunie stylu zerowego, będąc udanym mariażem animacji kukiełkowej z kompilacją archiwaliów – brawurowym świadectwem kobiety, która roztrzaskała każdą szufladkę, w której próbowano ją zamknąć.
O ile jednak filmy Hammera oraz Fitch i White’a zostały jakoś docenione, o tyle ciepło przyjętą przez krytykę „Josephine” pominięto. Zupełnie niesłusznie, bowiem film Beth de Araújo to przejmująca opowieść o przedwczesnym końcu dzieciństwa, spowodowanym kontaktem ze złem. W tym wypadku decyzję można jednoznacznie umotywować polityką, tyle że festiwalową – w końcu głupio byłoby obsypać nagrodami film, który ozłocono już w Sundance.
Czy kino jest apolityczne
Çatak, odbierając nagrodę, stwierdził, że przygotował polityczną przemowę, lecz zachowa ją dla siebie, ponieważ poprzednicy zdążyli wypowiedzieć to, co leży mu na sercu. Nietrudno o to na ceremonii, podczas której słowo „polityka” odmieniono przez wszystkie przypadki.
Chwilę wcześniej Emin Alper, zdobywca Grand Prix za „Kurtuluş”, zamanifestował solidarność z Palestyńczykami, Irańczykami oraz Kurdami. Przed nim na scenie pojawili się między innymi trzymający flagę Palestyny Abdallah Alkhatib, reżyser nagrodzonego w konkursie Perspectives „Chronicles of the Siege”, oraz Marie-Rose Osta, laureatka Złotego Niedźwiedzia dla najlepszego filmu krótkometrażowego, która przypomniała, że „życia libańskich i palestyńskich dzieci nie są kwestią negocjacji”.
Jeżeli do wspomnianych już filmów dorzucić uhonorowane przez publiczność sekcji Panorama „Staatsschutz” i „Traces” – pierwszy to fabuła o postępującym zwrocie wschodnich Niemiec ku skrajnej prawicy, drugi to dokument o gwałtach rosyjskich najeźdźców na mieszkankach okupowanej Ukrainy – teza o apolityczności kina zupełnie traci sens.
Wenders ściągnął na siebie gniew świata filmu tylko po to, by koniec końców okazało się, że nad Sprewą wszystko po staremu. Niby wiele hałasu o coś, a jednak – po nic.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















