Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Poznańskie na wskroś

Poznańskie na wskroś

23.10.2016
Czyta się kilka minut
Historia Wydawnictwa Poznańskiego jest nierozerwalnie połączona z powojennymi dziejami Polski – od czasów odwliży aż po brutalne lata transformacji.
Budowa Pomnika Ofiar Czerwca 1956 w Zakładach Przemysłu Metalowego im. Hipolita Cegielskiego, Poznań, 1981 r. Fot. Zbigniew Trybek / FORUM
H

Historia Żydów”, „Burzliwe dzieje kalifatu bagdadzkiego”, „Hohenzollernowie”, „Belizariusz. Wódz Bizancjum” – opasłe tomy, każdy po kilkaset stron, a to tylko kilka nowości Wydawnictwa Poznańskiego, które kończy w tym roku 60 lat.

– To świetna nazwa dla wydawnictwa, bo od razu kojarzy się z Poznaniem – uważa profesor Waldemar Łazuga z Uniwersytetu Adama Mickiewicza, a sami redaktorzy w nim pracujący lubią podkreślać, że jest ono „na wskroś poznańskie”.

W ciągu 60 lat byt oficyny kilka razy wisiał na włosku. Za komuny redaktorzy musieli wykłócać się z cenzurą, później firmy omal nie wykończył wolny rynek. Raz nawet upadła.

Od Barańczaka do Wallraffa

Ponad 4,5 tysiąca tytułów, miliony egzemplarzy – to dorobek Wydawnictwa Poznańskiego. Wśród gatunków: literatura piękna, historyczna, przewodniki, albumy, reportaże i prace naukowe.

Wśród autorów: Stanisław Barańczak, Michał Choromański, Arkady Fiedler, Kazimiera Iłłakowiczówna. Swoje dzieła wydawały tu największe historyczne sławy: Jan Baszkiewicz, Gerard Labuda, Henryk Łowmiański, Janusz Pajewski, Henryk Samsonowicz, Janusz Tazbir, Jerzy Topolski, Lech Trzeciakowski. Debiutowali tu także lokalni autorzy, a obok nich pisarze z Bydgoszczy, Koszalina, Szczecina czy Zielonej Góry.

Ale Wydawnictwo szczyci się nie tylko promowaniem rodzimej literatury. W „Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich” wyszły przekłady Knuta Hamsuna i Karla Adolpha Gjellerupa. A w 2001 r. od miesięcznika „Literatura na Świecie” poznańska oficyna dostała nagrodę za serię „Biblioteka Niemiecka”, w której wydano między innymi Tomasza Manna i Maksa Webera. Wyszły też słynne reportaże Güntera Wallraffa, gdzie zachodnioniemiecki dziennikarz demaskuje wyzysk tureckich gastarbeiterów i praktyki w redakcji brukowego „Bilda”.

– „Biblioteka Niemiecka” najlepiej chyba charakteryzuje niemcoznawczy profil wydawnictwa, zainteresowanie kulturą i historią naszego zachodniego sąsiada. A dziś raczej Zachodem w ogóle – mówi profesor Łazuga.

W 1956 r. Instytut Zachodni w Poznaniu ogłasza konkurs na pamiętniki osadników, którzy osiedlili się na ziemiach przyłączonych po wojnie do Polski. Wspomnienia nadesłało ponad 200 osób z Pomorza Zachodniego, Ziemi Lubuskiej, Dolnego Śląska oraz Warmii i Mazur. W 1963 r. Wydawnictwo Poznańskie publikuje je w tomie „Pamiętniki osadników ziem odzyskanych”. Książka doczeka się kilku wznowień.

Od niedawna poznańska oficyna wydaje także autorów związanych z „Tygodnikiem Powszechnym”. Trzy lata temu w serii „Biblioteka Tygodnika Powszechnego” wyszły: „Papież Franciszek. Sługa nowego świata” ze wstępem księdza Adama Bonieckiego oraz „Cmono. Rozmowy z pisarzami” Grzegorza Jankowicza (wśród rozmówców Amos Oz, Orhan Pamuk, Etgar Keret czy Dubravka Ugrešić). Autorzy „Tygodnika” – Przemysław Wilczyński z Bartkiem Dobrochem wydali tu bestsellerowy „Broad Peak. Niebo i piekło”.

Z zazdrości

Rok 1956, 1 lipca. Oficjalna data powstania Wydawnictwa Poznańskiego. Moment jest szczególny: Poznań liże rany po czarnym czwartku – 28 czerwca władza krwawo stłumiła bunt przeciwko stalinowskiej dyktaturze. Wydarzenia te nie mają wpływu na początek działalności wydawnictwa – decyzja o jego powołaniu zapadła wcześniej.

– Jednak dzięki tej przypadkowej zbieżności już zawsze będzie się ono kojarzyło z rokiem 1956 – twierdzi profesor Łazuga.

Jednym z powodów jego powstania była zapewne... zazdrość. W XIX w. Poznań był potęgą wydawniczą – wychodziły tu książki i czasopisma zarówno w języku niemieckim, jak i polskim. Działało wielu zasłużonych księgarzy i wydawców. Jeden z najsłynniejszych – Konstanty Żupański, wydawał dzieła literatury polskiej, także emigracyjnej.

– Sprzyjał temu wysoki poziom cywilizacyjny Poznania i Wielkopolski – mówi profesor Łazuga. – Ale był jeszcze jeden czynnik. Wydawanie książek stanowiło element pracy organicznej. Dbałości o oświatę. Wydawców mieliśmy lepszych może niż pisarzy.

A na pewno z wielu przyczyn mieli oni lepsze warunki.

Przed wojną Poznań był po Warszawie i Lwowie trzecim miastem w Polsce, gdzie ukazywało się najwięcej książek. Samych wydawnictw było kilkanaście. Wśród nich założone jeszcze w czasach zaborów przez abp. Floriana Stablewskiego katolickie wydawnictwo Drukarnia i Księgarnia Świętego Wojciecha. W 1948 r. w stolicy Wielkopolski swoje wydawnictwo zakładają księża pallotyni.

Ale komuniści likwidują prywatne oficyny. W ich miejsce powstają państwowe. I tak: Warszawa ma Naszą Księgarnię, Iskry i Czytelnika, Kraków – Wydawnictwo Literackie, Wrocław – przeniesione ze Lwowa Ossolineum. Poznań nie chce być gorszy.

„Wydawnictwo miejscowe potrafiłoby uaktywnić i wykorzystać możliwości twórcze kilku ośrodków pisarskich i naukowych, jakie istnieją na terenie naszych Ziem Zachodnich” – piszą latem 1955 r. Jerzy Ziołek i Jarosław Maciejewski na łamach „Gazety Poznańskiej”. Ich starania popierają władze miejskie – do Centralnego Urzędu Wydawnictw, Przemysłu Graficznego i Księgarstwa wysyłają wniosek o powołanie wydawnictwa w Poznaniu. Dołącza do nich szczeciński oddział Związku Literatów Polskich.

Władzom w Warszawie pomysł musi się podobać – tak zwane Ziemie Zachodnie to oczko w głowie peerelowskiej propagandy, nieustannie podkreśla się ich piastowski charakter. Wydawnictwo Poznańskiego Przedsiębiorstwa Państwowego powołano na początku 1956 r. Zdecydowano, że oficjalnie ruszy 1 lipca – chociaż była to niedziela.

Pierwszą siedzibę oficyna ma przy ul. Armii Czerwonej (dziś św. Marcina), jednak rok później przeniesie się do słynnej willi Landsberga przy Fredry 8. Na początku XX w. zbudował ją zamożny adwokat niemiecki Adolf Landsberg. Po wojnie zajął radziecki konsulat, ale w 1957 r. dyplomaci przenieśli się w inne miejsce.

Jeszcze w sierpniu 1956 r. wydawnictwo podpisuje pierwszą umowę autorską – dziennikarz i marynista Jerzy Pertek ma wydać książkę „Wielkie dni małej floty”. Nakład: 10 tys. egzemplarzy. Jak się potem okaże, Pertek opublikuje w Wydawnictwie Poznańskim aż 10 książek. Ale nie będzie rekordzistą – Arkady Fiedler wyda tu 17 tytułów.

Bo was rozp...my

– Największe kłopoty były z cenzurą – wspomina Bronisław Kledzik, który jako redaktor przepracował w Wydawnictwie ćwierć wieku. – Ciągle trzeba było się wykłócać. Czasem się coś wytargowało, a czasem nie.

Na przykład od 1976 r. Wydawnictwo nie mogło publikować Barańczaka – przystąpił do Komitetu Obrony Robotników, był zapis na jego nazwisko. Zakazem wydawania objęty był także Ryszard Krynicki.

O tym, że cenzura nie żartuje, redaktorzy Wydawnictwa przekonali się dotkliwie na początku lat 70. Leszek Moczulski, który za kilka lat założy Konfederację Polski Niepodległej, przyniósł maszynopis „Wojny polskiej 1939”. Jak tylko książka się ukazała, wybuchła afera: redakcja przepuściła sławetne zdanie Wiaczesława Mołotowa o Polsce jako „bękarcie Traktatu Wersalskiego”. Partyjne władze są wściekłe – o Związku Radzieckim mówi się wtedy dobrze albo wcale, nie wspomina się 17 września ani Katynia.

Winę za puszczenie niepoprawnego politycznie zdania bierze na siebie Edmund Makowski, zastępca redaktora naczelnego. Wyleci z pracy.

Rok 1981. W Polsce trwa karnawał Solidarności, a Poznań przygotowuje się do 25. rocznicy Czerwca 1956. W mieście ma stanąć pomnik ku czci ofiar, a poznańscy ludzie kultury i nauki przygotowują wydanie książki „Poznański Czerwiec 1956”.

Cenzura nie chce jednak puścić książki do druku. Robi się nerwowo, bo czasu coraz mniej. Do dyrektora Ziołka przychodzi Marek Lenartowski, szef Solidarności w zakładach Cegielskiego (pracuje tam wtedy 20 tys. ludzi). „Jeśli nie wydacie tej książki, my was rozp...my!” – obiecuje Ziołkowi.

Dyrektor jest między młotem a kowadłem. Z jednej strony partyjny komitet wojewódzki i cenzura, z drugiej – rewolucyjnie nastawieni robotnicy. Książka wyjdzie na czas. To jedna z podstawowych publikacji o Poznańskim Czerwcu.

Wydawnictwo naraża się też w 1986 r. – w „Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich” wydano powieść fińskiego autora Väinö Limmy „Żołnierz nieznany”. Fabuła opowiadała o wojnie fińsko-radzieckiej z lat 1941-44, czyli kolejny zakazany temat.

Iłła nie chce wstępu Iwacha

Redaktorom życia nie ułatwiali też kapryśni autorzy.

W latach 70. wydaje tu swoje książki Arkady Fiedler. W ciągu dwóch lat wyjdzie pięć jego tytułów – ze słynnym „Dywizjonem 303” na czele. W następnych latach – 12 kolejnych.

Ale pisarz jest drażliwy, do wszystkiego się wtrąca. – Kłócił się o każdy przecinek i każdą kropkę – wspomina Bronisław Kledzik.

– I zawsze jego nazwisko musiało być na okładce bardzo wysokimi literami.

W 1976 r. władze chcą uhonorować poetkę Kazimierę Iłłakowiczównę – urodziła się w Wilnie, po wojnie przeprowadziła do Poznania. Iłła ma dostać nagrodę państwową, a Wydawnictwo Poznańskie przygotowuje na tę okazję wybór jej wierszy. Redaktorzy zacierają ręce, bo dawno nie mieli kontaktu z prawdziwą poezją. – Wydawaliśmy przeważnie knoty ku czci albo z okazji – wspomina Kledzik.

Gdy wybór wierszy był gotowy, zaczęły się schody – cenzura zakwestionowała jeden wiersz. Poszło o utwór „Wykorzenienie”. Poetka pisze: „Korzeń wyrwany z czarnoziemu / nie odzywa się, bo jest niemy, / ale walczy, opór stawia, dłoń / porywaczowi rozkrwawia”. Cenzor dopatruje się w tym aluzji do utraconej przez Iłłakowiczównę rodzinnej Wileńszczyzny, wiersz każe usunąć. Iłła na to, że wycofa tomik z druku.

– Żeby uratować twarz, ktoś wpadł na pomysł, że Jarosław Iwaszkiewicz napisze wstęp i wyjaśni, że to nie Iłłakowiczówna została wykorzeniona, ale podmiot liryczny tak lamentuje – opowiada Kledzik. Cenzor pomysł przełknął – w końcu Iwaszkiewicz był pupilkiem władz i prezesem Związku Literatów Polskich. Ale Iłłakowiczówna nie zamierzała odpuścić. „Moja poezja nie potrzebuje żadnych wstępów. Nawet Iwacha!” – rzuca do słuchawki redaktorom. Postanowili, że przedmowę Iwaszkiewicza wydrukują osobno i włożą do książki jako insert.

Kledzik niesie paczkę z autorskimi egzemplarzami do domu Iłłakowiczówny. Poetka każe otworzyć tomik i wytrząsnąć insert. „No, teraz może mi pan wręczyć moją książkę”.

Wojewoda ratuje

W 1991 r. Wydawnictwo świętuje 35-lecie. Cieszy dorobek: prawie 3 tysiące tytułów, blisko 60 milionów egzemplarzy.

Wolna Polska dla wydawców nie jest jednak łaskawa. Ludzie tracą pracę, nie mają pieniędzy na kulturę, nakłady książek spadają. W jubileuszowym 1991 r. Wydawnictwo wypuści tylko 12 tytułów. Rok później upadnie.

Ale wojewodą poznańskim jest Włodzimierz Łęcki, krajoznawca i regionalista, który wydawał tutaj swoje przewodniki. W 1993 r. wspólnie z Fundacją Uniwersytetu Adama Mickiewicza pomaga reaktywować oficynę – powstaje Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.

Nowa firma wydaje tylko książki naukowe i popularnonaukowe, czasem doktoraty i habilitacje, a nawet skrypty.

– Odbiliśmy się od dna – mówi redaktor Marek Daroszewski, który w połowie lat 90. zaczynał pracę w Wydawnictwie. – Dostawaliśmy sporo dotacji na nasze książki.

Pieniądze płynęły z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jednak pod koniec pierwszej dekady XXI w. dotacje zmalały i znowu przyszły chude lata.

Teraz prywatne

– Mogliśmy albo upaść, albo nauczyć się funkcjonować na wolnym rynku – mówi Daroszewski.

Zdecydowali się na to drugie. Ale oddanie oficyny w prywatne ręce nie wszystkim się podobało – buntowało się środowisko uniwersyteckie. Jeden z zasłużonych profesorów rzucił nawet pomysł społecznej akcji ratowania firmy. Sam chciał wyłożyć kilka tysięcy złotych.

W 2012 r. wydawnictwo kupuje Wojciech Pawłowski, poznański biznesmen i mecenas kultury. „Nie zmienię charakteru wydawnictwa i będę je rozwijał” – uspokaja.

Słowa dotrzymał: Wydawnictwo Poznańskie odzyskuje dawną renomę. – Stawiając czoło wymogom rynku, trendom i oczekiwaniom czytelniczym, dbamy przede wszystkim o jakość naszych publikacji oraz o aktywność kulturotwórczą w przestrzeni publicznej Poznania i kraju – mówi Pawłowski.

Niedawno pojawiła się również Czwarta Strona – najnowsza marka Wydawnictwa Poznańskiego. Oprócz kryminałów i fantastyki imprint promuje książki współczesnych pisarzy rosyjskich. Wydano już powieści Zachara Prilepina, Dmitrija Bykowa i Aleksandry Marininy. ©

Autor korzystał z publikacji „Fredry 8. Historia Wydawnictwa Poznańskiego” Marka Rezlera.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]