Dubaj: luksus, ropa i wojna. W opowieść o kraju ze snów uwierzyli bogaci i biedni

Największe budynki, najsłynniejsi influencerzy, cały świat w jednym mieście. Marzenie szejków o stworzeniu bezpiecznego azylu zostało zachwiane kolejnym konfliktem w Zatoce Perskiej. Czy tak jak nasze marzenie?
Czyta się kilka minut
// graf. Nikodem Pręgowski dla „TP"
// graf. Nikodem Pręgowski dla „TP"

Odwrócony mit wieży Babel. Przestrzeń, w której ludzie mówiący wszystkimi językami świata żyją szczęśliwie. W takiej metaforze chcą się przeglądać Zjednoczone Emiraty Arabskie. Uwierzyli w nią bogaci i biedni. 

Przyjechali po pieniądze do kraju, w którym ledwie co dziesiąty mieszkaniec jest Emiratczykiem. Jedni zarabiają tam na obiad i szkołę dla syna w pakistańskim Lahore, a inni dorabiają się domu z basenem i widokiem na morze w amerykańskim Norfolk. Wszystkim towarzyszą słońce nad Zatoką Perską i odpowiednio skrojone pensje bez podatków. To miejsce do niedawna składało jasną obietnicę: cokolwiek się wydarzy, tu będzie bezpiecznie.

Konstrukcja tej wieży została naruszona w sobotę 28 lutego, gdy mieszkańcy Dubaju usłyszeli pierwsze eksplozje pocisków przechwytywanych przez obronę powietrzną. Ogień i dym unoszący się nad hotelami, lotniskami, nad portem przeładunkowym, amerykańskim konsulatem i bazami wojskowymi wystawił na próbę wiarę w podstawy funkcjonowania tego kraju.

Czy bombastyczna wieża, która od ponad pół wieku powstaje nad Zatoką Perską, zawali się po tym pożarze?

Uderzenie w Dubaj to uderzenie w bezpieczeństwo Emiratów

W pierwszych dniach wojny więcej dronów i pocisków wysłano w kierunku Dubaju i Abu Zabi niż w stronę Izraela.

– Uderzenie w Dubaj to uderzenie w serce bezpiecznych Emiratów. W symbol, ikonę pewnego stylu bycia – mówi arabista i były ambasador w tym kraju dr Jakub Sławek. – Ale Irańczycy są też przekonani, że uderzają w ten sposób w cały zachodni świat. I to nie przesada: w Emiratach mieszkają wszyscy. Ten efekt można osiągnąć tylko tu.

Niewielu ludzi ma fotografie z budynkami w Rijadzie, a przy Burdż Chalifa fotografują się wszyscy – tłumaczy dyplomata. Marketing wojny zderzył się z marketingiem oazy stabilności.

Inną przyczyną ataku na ZEA jest fakt, że Emiratczycy zmienili relacje z Izraelem. Oba kraje połączyły nie tylko interesy, ale i turystyka. Od 2020 r. z lotniska w Tel Awiwie codziennie startuje kilkanaście samolotów, by wylądować w Dubaju. Izraelscy turyści mają tu koszerne restauracje i cieszą się luksusem.

Uruchamianie odtwarzacza...

– Emiraty unikają angażowania się w konflikty. Panujące tu rodziny zdają sobie sprawę, że Amerykanie kiedyś sobie pójdą, kurz po wojnie opadnie, a Iran dalej będzie ich sąsiadem – tyle komentarza byłego dyplomaty.

Dubaj i Zjednoczone Emiraty Arabskie skazane są na dwie narracje. Pierwsza to opis bezpiecznego miejsca, które rozkwitło dzięki pieniądzom z ropy. Petrodolary pomogły stworzyć na pustyni ogrody, sztuczne wyspy, ośmiopasmowe autostrady, a nawet muzeum, które wykupiło markę Luwru. Kraj najwyższych, najdłuższych i najszerszych budynków odwiedzają tysiące ludzi – także za sprawą influencerów, którzy Dubaj po prostu pokochali.

Druga narracja sprowadza Emiraty do miejsca, gdzie wykorzystuje się niewolniczą pracę robotników z Azji, gdzie za fasadami pałaców kobiety przetrzymywane są wbrew swojej woli, a bogaci Arabowie łamią prawa człowieka.

Obie narracje są uprawnione, ale przywiązywanie się tylko do jednej oznacza zamykanie oczu na prawdę o tym kraju.

Zjednoczone Emiraty Arabskie: jak powstał kraj ze snów

Państwo, które powstało w 1971 r. z połączenia siedmiu emiratów, wymagało umowy. Wszystkich połączyła wizja szejka Zajida ibn Sultana Al Nahajjana, który przemierzał pustynię, siadał przy ognisku z plemiennymi wodzami i namawiał.

W 1967 r. amerykańska National Educational Television nakręciła dokument „Farewell to Arabia”. Ze światem z ubogiej wersji „Baśni tysiąca i jednej nocy” żegnamy się już w pierwszych ujęciach. Idące przez pustynię wielbłądy zastępuje Chrysler 300, który wjeżdża na kilkudziesięciometrową wydmę. Za kierownicą siedzi szejk Zajid. Rusza w nowoczesność.

Siedmiu emirów zgodziło się m.in. na wspólną politykę zagraniczną i obronną, ustalając system wspólnej edukacji, walutę, bank centralny. Zajid chwilę wcześniej odsunął od władzy brata – szejka Szahbuda, który bał się rozwoju i podpisywania umów z Brytyjczykami. Pierwsze pieniądze z ropy zbutwiały mu w zamkniętym skarbcu.

Zajid podzielił się bogactwem ze swoim ludem. Dosłownie: istnieje zdjęcie, na którym widać Arabów ustawionych w kolejce do jego pałacu. Specyficzny rodzaj podziału zysków z ropy trwa do dziś: obywatele kraju mają darmową szkołę i ochronę zdrowia, szejk płaci za studia zagraniczne, oferuje darmowe kredyty na budowę i bezpłatne działki budowlane, uboższe rodziny wynajmują od niego domy, otrzymują dopłaty do paliwa i energii.

Największym zwolennikiem umowy zjednoczeniowej był szejk Dubaju. Wiedział, że po wycofaniu się z Zatoki Perskiej Brytyjczyków trudno będzie małym emiratom zachować niezależność, i miał świadomość, że jego sąsiad ma bogatsze złoża ropy. Dubaj był już wtedy centrum handlowym regionu. I tak Nahajjan został wizjonerem, a dubajski Raszid ibn Said Al Maktum gwarantem ekonomicznym zjednoczenia, łączącym wizję z wiedzą doświadczonego kupca.

Dzięki pieniądzom z ropy wszystko działo się jak na filmie oglądanym z przyśpieszoną prędkością. Szejk Zajid sprowadził brytyjskich i niemieckich architektów, by doradzili, jak ukorzenić podróżujących na wielbłądach Beduinów. Zaprojektowano domy wzorowane na obozowiskach plemiennych. W błyskawicznym tempie powstawała infrastruktura, drogi, porty, lotniska, szpitale i szkoły.

Szejk rozumiał, że trudno to zbudować rękami tych, którzy dopiero zaczynają nazywać się Emiratczykami. W kraju nie było specjalistów – ani inżynierów od przemysłu naftowego, ani tych, którzy zajmowaliby się logistyką, urbanistyką, marketingiem. Trzeba było wszystkich sprowadzić i zacząć się od nich uczyć. 

Prawa emerytów-cudzoziemców w Emiratach Arabskich

W jednym z trzech murowanych domów przyszłej stolicy państwa, kilka lat przed zjednoczeniem, zamieszkał pierwszy w historii Abu Zabi nauczyciel. Ahmed Khateeb napisał też książkę: „Sand, Huts and Salty Water” („Piasek, chaty i słona woda”).

Ahmed urodził się w arabskim Dżaninie. Gdy odkrył, że szejk na pustyni poszukuje nauczyciela, bo szkoły koraniczne już tam nie wystarczają, wyruszył nad Zatokę Perską. W roku szkolnym 1958/59 zaczął kształcić tych, którzy za kilka lat mieli rządzić państwem. Jego literacką opowieść o tych czasach wydano w małym nakładzie, po angielsku.

Książki nie można znaleźć w księgarniach w Abu Zabi i w Dubaju. Autor nie otrzymał zgody na sprzedaż, a bez odpowiedniego dokumentu niczego w tym kraju sprzedawać nie można. Stało się tak dlatego, że precyzyjnie opisał, jak potoczyła się jego kariera.

Zwolniono go po kilku miesiącach. Popadł w niełaskę panującego wtedy szejka Szahbuda i z dnia na dzień musiał wyjechać. Wrócił zaraz po tym, gdy doszedł do władzy Zajid. Teraz nie szukał zatrudnienia jako nauczyciel: trafił do Departamentu Informacji. Przez 20 lat decydował, jakie gazety wydawane w sąsiednich krajach można czytać w Emiratach. Wyrokował, które zdjęcia mogą iść do druku i które teksty trzeba ocenzurować. Lubił swoją pracę.

Kilkanaście lat później koledzy z tego samego biura nie dopuścili do sprzedaży jego książki. W dodatku jak tysiące byłych pracowników, po przejściu na emeryturę musiał z Emiratów wyjechać. To nic, że w rozwijającym się kraju wychował pięcioro dzieci. To nic, że nie miał dokąd wracać. Kończysz służbę, dziękujemy. Masz 30 dni na wywiezienie mebli, a my anulujemy twoją wizę.

Tak było przez pół wieku, dopiero w 2023 r. zmieniono przepisy. Obywatele obcych państw mogą zostać również po przejściu na emeryturę. Oczywiście jeśli dysponują odpowiednim majątkiem. Kwotę wyznaczono precyzyjnie: to milion dirhamów (mniej więcej milion zł) oszczędności albo dom o podobnej wartości. Pierwszy nauczyciel i wzorowy cenzor nie zgromadził takich pieniędzy.

Kto naprawdę rządzi w Emiratach i gdzie są granice wolności

Wolność w Emiratach ma granice – wyznaczają ją: interes kraju, szejków i religii. Cenzura funkcjonuje, rozmowy telefoniczne są podsłuchiwane, obrażanie szejków i Mahometa może skończyć się więzieniem, a teraz, w czasie wojny, alerty o niepublikowaniu niepożądanych postów rozsyłane są do wszystkich mieszkańców.

To Europejczycy przyłożyli oświeceniową miarę do kraju, w którym autorytarny system nigdy się nie skończył. Dlaczego ulegliśmy temu złudzeniu: czy zgubił nas sztafaż budynków ze szkła i żelaza albo opisywane w mediach ministerstwo szczęśliwości? 

W Emiratach ostateczne decyzje podejmują szejkowie, nie ma wolności słowa i zgromadzeń. Częściowo obowiązuje prawo szariatu, praw mniejszości seksualnych nikt nie respektuje. To nie jest wiedza tajemna. Przeciwnie: po Arabskiej Wiośnie szejkowie jeszcze uważniej przyglądają się przyjezdnym, rozprawili się z opozycją, ale jednocześnie przepędzili egipskich nauczycieli związanych z Bractwem Muzułmańskim.

10 proc. mieszkańców tego kraju jest dumne z ojczyzny. To rdzenni Emiratczycy. Większość akceptuje model oparty na tradycji, w której wychowali się ich dziadkowie. Plemienna organizacja świata, którą pamięta jeszcze najstarsze pokolenie, ściera się tu z nowoczesnością budynków i centrami, w których rozwija się sztuczną inteligencję. Jak żyje im się w wieży Babel, w której ledwie co dziesiąty mieszkaniec legitymuje się emirackim obywatelstwem?

Reszta to przyjezdni, imigranci zarobkowi, obywatele Indii, Pakistanu, Sri Lanki, Filipin albo Amerykanie, Brytyjczycy, Australijczycy. Takiej struktury społecznej nie ma w żadnym innym miejscu świata. 

Nietypowy model odbija się w najprostszych czynnościach. Emirackiej starszej pani, która mówi tylko po arabsku, musi w IKEI towarzyszyć anglojęzyczna wnuczka: inaczej nie kupi zasłon ani ręczników. Nie dogada się ze sprzedawczynią, która pochodzi z Filipin i nie zna arabskiego.

Co wydarzy się w Emiratach, gdy skończy się ropa

Do ludzi szczególnie dumnych z ojczyzny należą ci, którzy od początku obserwowali rozwój pustynnego kraju. Z Mohammedem al Fahimem, uczniem Palestyńczyka Ahmeda z pierwszej szkoły w Abu Zabi, rozmawiam w skromnym gabinecie. Wyjątkowo skromnym jak na właściciela firmy, która handluje m.in. Mercedesami. Pierwsze auta ściągano po drewnianych tratwach bezpośrednio ze statków. Zanim dotknęły piasku, już były sprzedane.

To Mohammed namówił swojego nauczyciela do napisania książki, a potem sam opisał swoją historię: 

„Nauczyciel chciał ustalić, jak się nazywamy i ile mamy lat. Staraliśmy się jak najlepiej, ale nikt z nas nie znał swojego wieku i nie wiedzieliśmy, jak brzmią nasze pełne nazwiska. Znaliśmy tylko imiona i przydomki, którymi zwracali się do nas przyjaciele i rodzice. (…) Pamiętam, że byłem tak podekscytowany nauką w pierwszej szkole, że czasami spałem w ubraniu, by rankiem nie marnować czasu na przygotowania” (Mohammed al Fahim „From Rags to Riches”).

Czy takie historie mieszczą się w wyobrażeniu ultranowoczesnego państwa? 

Al Fahim pamięta, jak do pałacu szejka przywieziono pierwszy generator prądu, a władca urządził swoim poddanym kino. Pamięta też opowieści o tym, jak w czasie podróży na wielbłądach mama zgubiła go w pustynnych piaskach. Człowiek, który ma 78 lat, z dumą patrzy na rozwój kraju, ale nie zachłystuje się nowoczesnością. Raczej narzeka na młodych, którzy w międzynarodowych szkołach czytają książki tylko po angielsku.

Najbardziej irytują go dociekania, co wydarzy się w kraju, gdy skończy się ropa. 

– Wy, ludzie z Europy, zawsze się o kogoś martwicie. Moi dziadkowie dawali sobie radę, żyjąc na pustyni. Byliśmy wykorzystywani przez Brytyjczyków, teraz jesteśmy wolnymi ludźmi. Mamy wybór. I jesteśmy przyzwyczajeni do trudności. Poradzimy sobie. A wy? Jak poradzicie sobie bez naszej ropy naftowej?

Co ma wspólnego polski architekt z Burdż Chalifa

Nie wiem, dlaczego Al Fahim tak się zdenerwował. Złoża ropy w Emiratach należą do największych w świecie. Przy obecnej eksploatacji nie zabraknie jej przez sto lat. Przynajmniej w Abu Zabi, bo emirat Dubaju ma jej niewiele i od początku musiał sam siebie wymyślić.

Być może mit założycielski miasta ma źródło w czarno-białej fotografii z lat 60. Fotograf ustawił na niej szejków odwiedzających Nowy Jork. Stoją ciasno stłoczeni, bo na najwyższym piętrze Empire State Building jest niewiele miejsca. Winda przywiozła ich na taras widokowy, dokładnie 443 m nad poziomem ulicy. Szejkowie patrzą na wieżowce i zaczynają marzyć.

Tomasz Wieczorek, architekt, który od 30 lat pracuje na Bliskim Wschodzie, należał do ekipy projektantów, którzy urzeczywistnili te marzenia. – Oni mówią, że nikt nie pamięta, kto wylądował na Księżycu po Armstrongu. Jeśli się jest drugim albo trzecim, to szybko o tobie zapominają – tłumaczy zamiłowanie arabskich władców do bicia architektonicznych rekordów.

Muhammad ibn Raszid Al Maktum chciał mieć najwyższy budynek na świecie. Dopiął swego, a Burdż Chalifa jest dokładnie dwa razy wyższa od Empire State Buliding, na którym wraz z ojcem pozował do zdjęcia.

Nie obyło się bez kłopotów. Budynek miał nazywać się „wieża Dubaju”, ale w ostatniej chwili zmieniono ją na „Burdż (wieża) Chalifa”. Gdy w 2008 r. emirat znalazł się w tarapatach finansowych, szejkowie z Abu Zabi wyłożyli pieniądze na dokończenie giganta i zażyczyli sobie, by budynek nazwano imieniem władcy sąsiedniego emiratu. Srebrna iglica ma 823 m i z trudem mieści się na zdjęciach na Instagramie. 

Jej sylwetka jest równie popularna, jak wieża Eiffla. Tomasz Wieczorek przez cztery i pół roku prowadził nadzór budowlany na gigantycznym placu budowy.

Polski architekt mógłby długo opowiadać, jakie inżynieryjne rebusy rozwiązywali projektanci. Już przy pierwszych rysunkach trzeba było zastanowić się, co zrobić, by wieżowiec nie osiadał w piasku. Dalej, by pokonał napierający na niego wiatr. Turysta tego nie zobaczy, ale wieża kołysze się delikatnie w prawo i lewo, jak trzcina. Nikt nie próbował dotąd wylewać płynnego betonu na takiej wysokości i przy takiej temperaturze. Jednorazowo pompowano w niebo 25 ton mokrego budulca. Zamiast wody używano czasem lodu.

Burdż Chalifa i warunki pracy robotników

Gdy dubajska duma miała 36 pięter, rozpoczęły się protesty robotników. Wyszli na ulicę w maju 2006 r. Protestowali przeciw głodowym stawkom, domagali się właściwej opieki medycznej i wypłaty zaległych pieniędzy, a przede wszystkim humanitarnego traktowania. Zdesperowani Hindusi, Bengalczycy i Pakistańczycy wdzierali się do biur dewelopera, niszczyli komputery, dewastowali samochody.

Agencja Associated Press podaje, że wykwalifikowany cieśla zarabiał na budowie 7 dolarów 60 centów, a niewykwalifikowany robotnik 4 dolary. Na dzień! Organizacje praw człowieka ten stopień wyzysku nazywają współczesnym niewolnictwem. Powstanie wieżowca, jak innych budynków w krajach Zatoki Perskiej, było możliwe dzięki niedoszacowanej pracy wyzyskiwanych budowlańców. Protest przy Burdż Chalifa był jednym z nielicznych, a część robotników deportowano.

Ale międzynarodowa krytyka z czasem wpłynęła na zmiany w organizacji pracy robotników w Emiratach. Dziś nadzorowi podlegają firmy rekrutujące, sprawdzane są warunki, w jakich mieszkają pracownicy, i ich wypłaty.

Jednak w przypadku prestiżowej wieży ani szejk, ani inwestor nie przejmowali się losem protestujących. Wszyscy wstrzymali oddech dopiero, gdy wieżowiec po osiągnięciu 200 m zaczął się przechylać.

– Cały świat patrzy, a budynek przestał trzymać pion – opowiada polski architekt. – Zaczęło się obliczanie naprężeń, budowanie stalowych podciągów i presja, jakiej normalny człowiek nie jest w stanie znieść. Nie policzę, ilu pracowników miało w tym czasie kłopoty z sercem – mówi Wieczorek, a ja pytam, czy projektanci w ogóle zastanawiali się, jaki sens ma budowa tak olbrzymiego, wertykalnego miasta?

Odpowiedź jest cały czas ta sama: wyścig o prestiż. 4 stycznia 2010 r. w niebo wypuszczono kolorowe balony, wystrzeliły sztuczne ognie. Szejk spełnił marzenie swoje i ojca.

– Uroczystość wyglądała jak w Polsce za komuny. Trawę malowano na zielono. Z przodu siedzieli szejkowie, a z tyłu jeszcze lano beton. Jak zaczął odpadać tynk, przyniesiono kwiatki i ustawiono tak, żeby nic nie było widać. Nie o wszystkim mogę mówić, bo podpisywałem kontrakt z klauzulą tajności – wyznaje polski architekt.

Co to znaczy dubaizacja – czy warto wzorować się na Dubaju

Prof. Yasser Elsheshtawy nie zachwyca się najwyższym budynkiem świata. Kiedy z nim rozmawiałam, pracował jeszcze na emirackim uniwersytecie w Al Ain, dziś wykłada w Nowym Jorku i jest jednym z najważniejszych myślicieli piszących o urbanistyce i architekturze w krajach Zatoki Perskiej. Wymyślił termin „dubaizacja”, który odzwierciedla wpływ architektury powstającej w Emiratach na świat. Kiedyś to ona naśladowała, dziś sama jest naśladowana.

– Przykłady dubaizacji można odnaleźć wszędzie – tłumaczy. Widoczna jest w krajach Bliskiego Wschodu, gdzie powstają podobne miasta. Ze szkłem, stalą i nieróżniącymi się od siebie wieżowcami. Już w 2007 r. naukowiec zaczął analizować, jak architektura Dubaju wpływa na nowe inwestycje w Kairze. W Emiratach powstało Dubai Internet City, a w Egipcie Cairo Smart Village – model „kopiuj, wklej” wydzielonej dzielnicy, gdzie powstają budynki biurowe dla firm z branży komputerowej. 

I tu, i tam takie same okna, windy, nawet przestrzenie dla pracowników biurowych zaprojektowano podobnie. To samo dzieje się w Maroku, Syrii, Libanie, Jordanii czy Libanie.

Sukces Dubaju był też inspiracją przy powstawaniu saudyjskiego projektu Neom i liniowego miasta The Line. Chociaż tu chodzi bardziej o strategię przyciągania spektakularnych projektów niż bezpośrednie architektoniczne odwołania.

Pytam, czy określenie „dubaizacja” jest tylko negatywne. – I tak, i nie – odpowiada profesor. 

– Ale jeśli bierzesz taki projekt jak Dubaj i starasz się go przeszczepić do Egiptu, to powstaje przestrzeń karykaturalna. Dla rozwoju Dubaju momentem najważniejszym była budowa wyspy Palm Jumeirah. Całkowita przesada. To był ten etap, gdy ludzie przestali brać tutejsze inwestycje na poważnie. Projekt dla bogatych turystów, którzy przyjeżdżają prać pieniądze.

Wyspa w kształcie palmy, czyli dubajskie szaleństwa architektoniczne

Co myśleć o mieście, które buduje wyspę w kształcie palmy? 

Jej pień to autostrada, która rozprowadza auta na liście wyrastające po prawej i lewej stronie. Na nich, rządkami ustawiono domy z zejściem prosto do zatoki. Jako budulca użyto 7 mln ton skał górskich i 120 mln metrów sześciennych piasku wydobytego z dna morza. Z piaskiem to zresztą wyjątkowo ciekawa sprawa, bo choć Dubaj znajduje się na pustyni, to aby zrealizować ambitne pomysły urbanistyczne, piasek musi importować. Ten pustynny ma zbyt gładkie ziarna i nie nadaje się na potrzeby budownictwa.

// graf. Nikodem Pręgowski dla „TP"

By utrzymać przejrzystą wodę między liśćmi założono dziesiątki filtrów i urządzeń natleniających. Jeśli przestają działać, zbierająca się w zatoczkach woda mętnieje i zaczyna cuchnąć. A smrodu nie lubią inwestorzy, którzy wykupili domy w tej prestiżowej lokalizacji.

Dubajskie architektoniczne szaleństwa są znane na całym świecie. Zadbały o to agencje odpowiedzialne za promocję. Ikoniczne budynki zawładnęły masową wyobraźnią. I choć od lat krytykowane są przez ekspertów, to ich popularność przelicza się na dolary, które wydają turyści.

A może rację ma „CEO of Dubai”, „szef korporacji Dubaj”, jak lubi mówić o sobie szejk Muhammad ibn Raszid Al Maktum, bo swoim królestwem zarządza jak firmą. Zapytany kiedyś przez brytyjskiego dziennikarza, dlaczego wszystko w Dubaju musi być największe, najszersze, najszybsze, odpowiedział bez zastanowienia: – A dlaczego nie?

A może nic nam do tego? Może zbyt łatwo chcemy decydować o tym, jak ma wyglądać ich świat? Niewiele miejsc na świecie budzi tyle zachwytu i tyle krytyki jednocześnie.

Jak Emiraty zarządzają dziś sytuacją kryzysową

W ciągu sześciu dni wojny Iran wystrzelił w kierunku Emiratów 196 pocisków i 1072 drony. Pierwszej nocy zgasły wszystkie światła na Burdż Chalifa. To musiał być szokujący widok dla szejka Dubaju. Dotąd prowadził swoją firmę konsekwentnie, chwilowymi kryzysami zarządzał sprawnie. 

Oskarżenia o przetrzymywanie córek Szamsy i Latify nie zraziły jego partnerów biznesowych. W bezpiecznej wieży Babel znalazło się miejsce dla oligarchów z Rosji i ich pieniędzy. Jednocześnie Dubaj stał się przystanią nie tylko dla głośnych celebrytów, ale przede wszystkim dla imigrantów z paszportami syryjskimi, irakijskimi czy palestyńskimi dokumentami podróży. O tym też warto pamiętać.

Przedsiębiorstwo szejka rozwija takie gałęzie jak handel międzynarodowy, turystyka, strefy wolnego handlu, jest jednym z największych hubów lotniczych i centrum finansowym, z którego korzystają także uciekający przed sankcjami Irańczycy.

Teraz przyszedł czas na wsparcie działu zajmującego się profesjonalnym zarządzaniem kryzysowym. Specjaliści na pewno już pracują.

Autorka w artykule wykorzystała fragmenty swojej książki „Dubaj. Miasto innych ludzi”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 11/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Dubaj. Luksus i wojna