Eliminacja kierownictwa państwa irańskiego, na czele z samym ajatollahem Alim Chameneim, już w pierwszym dniu potężnej operacji powietrznej przeciwko Iranowi, otwiera nowy etap w burzliwych dziejach tego państwa.
Koniec ery Chameneiego
Chamenei był następcą przywódcy rewolucji islamskiej w Iranie, ajatollaha Chomeiniego. Dyktatorską władzę objął w 1989 r. (w Europie Środkowo-Wschodniej w pokojowych rewolucjach kończyły się wówczas rządy komunistyczne i wracała demokracja). Był zwornikiem systemu teokratycznego w Iranie i gwarantem jego ortodoksyjnej wersji.
Koniec rządów Chameneiego i śmierć wielu czołowych funkcjonariuszy państwa, armii i struktur bezpieczeństwa Iranu nie oznacza oczywiście, że Iran wchodzi w erę kontrolowanej przemiany skrajnie represyjnego, wręcz zbrodniczego systemu. Może się okazać, że struktury Islamskiej Republiki będą na tyle silne i zdeterminowane do obrony stanu posiadania, że droga do ich obalenia będzie jeszcze długa i krwawa.
Czy irański reżim naprawdę upada?
Niewątpliwie jednak system, zbudowany przez ajatollahów Chomeiniego i Chameneiego, przeżywa krytyczny moment. Stany Zjednoczone nie będą skłonne do połowicznych rozwiązań i prawdopodobnie będą prowadzić kampanię niszczenia zasobów militarnych Iranu tak długo, aż obecna władza się załamie, a w kraju rozszerzy się jakaś forma rewolucji.
Jeśli jednak rządy w Iranie miałyby utrzymać osoby związane z obecnym reżimem, to będą musiały przedstawić Ameryce miarodajne dowody na to, że w kraju nie będą prowadzone programy zbrojeń atomowych oraz budowy rakiet balistycznych oraz że irański system nie będzie tak represyjny, jak dotychczas, i uwzględni oczekiwania zmian politycznych i społecznych, jakich oczekują obywatele irańscy oraz irańskie środowiska emigracyjne.
Administracja Donalda Trumpa podjęła się niezwykle ryzykownego zadania: zamierza dokonać zmiany funkcjonującego od półwiecza systemu i jednocześnie na długi czas wyeliminować zagrożenie ze strony państwa irańskiego. Aspiracje geopolityczne Islamskiej Republiki Iranu od dekad bowiem angażowały Stany Zjednoczone. Pod rządami ajatollahów kraj dążył do hegemonii w Zatoce Perskiej i na Bliskim Wschodzie, zagrażając głównym państwom regionu, które są bliskimi albo wręcz strategicznymi sojusznikami Ameryki – na czele z Izraelem i Arabią Saudyjską.
Izrael, Zatoka Perska i regionalna gra sił
Państwo żydowskie żyło od dekad w obawie przed irańskimi rakietami balistycznymi, uzbrojonymi potencjalnie nawet w ładunki jądrowe, oraz w obawie przed okrążeniem przez proirańskie, potężne organizacje terrorystyczne Hezbollah (Liban) i Hamas (Gaza). Wojna w Strefie Gazy wydatnie osłabiła finansowany z Teheranu Hamas, a ofensywa izraelska przeciwko Hezbollahowi zasadniczo osłabiła jego zdolności ataku na Izrael. Upadek proirańskiego reżimu Assada w Syrii również przyczynił się do osłabienia międzynarodowego systemu, jaki budował Teheran.
Z kolei bogate państwa Zatoki Perskiej oglądały się na Waszyngton (i nierzadko na Izrael, choć tego nie wypowiadano głośno) w poszukiwaniu protekcji przed rewolucyjnym, agresywnym reżimem w Iranie, który stanowił nie tylko wyzwanie geopolityczne, ale również ideologiczne. Islamska Republika powstała w wyniku szerokiego, ludowego buntu przeciwko władzy monarchy. Jak często bywa w historii różnego rodzaju rewolucji, po obaleniu represyjnego systemu monarchicznego w kraju zapanował jednak ustrój jeszcze bardziej represyjny od poprzedniego.
Co po ajatollahach? Scenariusze dla Iranu
Jaki będzie Iran po eliminacji ajatollaha Chameneiego i jego otoczenia? Naprawdę trudno przewidzieć. Kraj może pogrążyć się w chaosie, wręcz wojnie domowej. Pół wieku represji, egzekucji, tłumienia buntów obywatelskich, drakońskie przepisy obyczajowe, militaryzacja państwa, kult jednostki, propaganda państwowa, upadek gospodarczy – to wszystko nie zapowiada łagodnej przemiany i ewolucji w stronę jakiejś formy obywatelskiej partycypacji, nawet jeśli taka szansa pojawiłaby się na horyzoncie.
Doświadczenia zmiany ustroju i upadku reżimu w państwach takich jak Irak, Libia czy Afganistan przyniosły realizację najprzeróżniejszych, często ponurych scenariuszy. Trudno sobie wyobrazić, aby Waszyngton zarządzał „transformacją” Iranu. Donald Trump zasygnalizował, że los tego kraju jest w rękach obywateli irańskich, a Stany Zjednoczone jedynie otwarły drogę do zmian. I Ameryka, i Izrael zadowolą się pozbawieniem Teheranu zdolności produkcji broni atomowej i rakiet balistycznych oraz osłabieniem jego sił zbrojnych. Okupacji Iranu na wzór Iraku z początku XXI w. nie będzie.
Iran, Rosja i oś Moskwa–Pekin
Wnioski dla Polski są stosunkowo oczywiste: Islamska Republika Iranu to ważne ogniwo osi sojuszniczej Moskwa–Pekin i inni. Wypadnięcie z niej Iranu jest dla Polski, podobnie jak dla Ukrainy, bardzo korzystne. Wsparcie sprzętowe Iranu dla Rosji podczas wojny w Ukrainie było dobitnym przykładem, gdzie reżim szuka oparcia i kogo jest gotów wesprzeć.
Iran ajatollahów zaszedł zresztą za skórę nie tylko Ukrainie. Irańskie służby i agenci dokonywali zamachów terrorystycznych w wielu krajach na Bliskim Wschodzie i w Europie. Nikt faktycznie nie życzył sobie uzbrojonego w atom Iranu, nawet jeśli głośno tego nie mówiono i oglądano się na Waszyngton, żeby jakoś sprawę załatwił.
Jeśli Ameryce uda się osiągnąć cele i reżim ajatollahów zostanie obalony albo wydatnie osłabiony, to Stany Zjednoczone będą mogły scedować większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo Bliskiego Wschodu na sojuszników – Izrael, Arabię Saudyjską i inne zaprzyjaźnione kraje. Waszyngton chce mieć jak najmniej zobowiązań na innych kontynentach: dąży do umocnienia dominacji na zachodniej półkuli i skupienia się na rywalizacji z Chinami.
Osłabienie zagrożenia irańskiego to sygnał dla Europy i Polski, że Stany Zjednoczone mogą nie potrzebować aż tylu zasobów na naszym kontynencie i ich część przesuną w inne rejony świata. Jak bardzo bezpieczeństwo europejskie i obecność amerykańska w Europie była i jest powiązana także z Iranem, niech przypomni fakt, że baza tarczy antyrakietowej w północnej Polsce, która jest amerykańską bazą stałą, powstała w odpowiedzi na zagrożenie irańskimi pociskami balistycznymi.
Wojna bez korespondentów
Obserwując relacje światowych mediów z uderzenia na Iran, myślę o czymś jeszcze. Wojny w Zatoce Perskiej w 1991 i w 2003 r., wojny w byłej Jugosławii, wojny w Libii i inne konflikty były relacjonowane przez całe rzesze korespondentów. Wielu z nich było „podczepionych” pod wojska amerykańskie czy zachodnie, dziennikarze czekali w bazach na start samolotów, korespondenci pojawiali się na lotniskowcach itd.
Dzisiaj nie ma właściwie korespondentów, armia amerykańska i izraelska dostarczają zdjęcia z operacji (wyselekcjonowane), internetowe portale społecznościowe zamieszczają fotografie i filmiki z miejsc zdarzeń, zdjęcia satelitarne pokazują zniszczenia, a światowe stacje telewizyjne przez internet rozmawiają z komentatorami. Zainteresowani wydarzeniami mogą w telefonie śledzić „newsy” o tym konflikcie.
Całe moje dorosłe życie od 1991 r., od wojny kuwejckiej, było naznaczone śledzeniem zagranicznych stacji telewizyjnych, głównie CNN, w chwilach konfliktów zbrojnych. Ale ten sposób relacjonowania i śledzenia wojen należy już chyba do przeszłości.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















