Choć jest ich tylko 6 milionów, społeczeństwo Libanu jest podzielone jak w żadnym chyba kraju na świecie. Składa się z 18 grup wyznaniowych: od różnych odłamów chrześcijaństwa, przez muzułmańskich sunnitów i szyitów, aż po druzów.
Podział ten ma odbicie w ustroju państwa. W parlamencie zasiada 128 posłów i jest on sztywno podzielony na pół: 64 miejsca przypadają muzułmanom, 64 chrześcijanom. Mandaty chrześcijańskie są zdominowane przez katolików (43 posłów, w tym 34 maronitów, ośmiu melchitów i jeden katolik obrządku ormiańskiego). Jeden mandat zarezerwowano dla protestanta, a pozostałe 20 dla wyznawców obrządków wschodnich.
Rozwiązanie to wprowadzono na mocy porozumienia z Taif. Zakończyło ono wojnę domową z lat 1975-90, w której podziały religijne były równie ważne co doraźne sojusze.
W ostatnim roku tamtego konfliktu dwóch katolików z Kościoła maronickiego stanęło po różnych stronach barykady: jednym był porucznik Joseph Aoun z libańskich sił specjalnych, drugim Samir Geagea z lokalnej chrześcijańskiej bojówki. Dziś pierwszy jest prezydentem, a drugi przywódcą największej partii chrześcijańskiej.
Walki stronnictw reprezentujących różne grupy wyznaniowe to w Libanie codzienność
Gdy w listopadzie 2025 r. do Libanu przybył Leon XIV, najważniejsi politycy i dostojnicy zostali zaproszeni do pałacu prezydenckiego na jego przyjęcie. Wśród kilkuset gości byli posłowie Hezbollahu, sunnicki premier Nawaf Salam, szyicki przewodniczący parlamentu Nabih Berri. Na liście zabrakło tylko Samira Geagea, szefa partii Siły Libańskie.
Konflikt na kule i granaty zakończył się 35 lat temu, ale jest kontynuowany pod postacią walki politycznej. Pominięcie Samira Geagea nie było jedynym ciosem zadanym w zeszłym roku Siłom Libańskim i ich elektoratowi.
Koalicja partii chrześcijańskich, na czele z Siłami Libańskimi i Falangą, odniosła miażdżące zwycięstwo w wyborach samorządowych w mieście Tannourine, pięknie położonym w górach 80 km od Bejrutu. Nie było to zaskoczenie, gdyż większość z jego 25 tys. mieszkańców to chrześcijanie, głównie maronici. Zaskoczeniem było to, co stało się później z miejscową firmą produkującą popularną butelkowaną wodę źródlaną Tannourine. Nagle stała się obiektem walki stronnictw reprezentujących różne grupy wyznaniowe.
Spór o wodę Tannourine: troska o zdrowie czy kampania dyskredytacji?
Zaczęło się 13 października 2025 r.: Ministerstwo Zdrowia nakazało wycofać wodę Tannourine ze sprzedaży, twierdząc, jakoby wykryto w niej pałeczki ropy błękitnej. Za przykładem Libanu poszły Katar i Emiraty Arabskie, zwiększając straty firmy.
Następnego dnia na konferencji prasowej jej prezes George Makhoul oświadczył, że o decyzji resortu dowiedział się z internetu. „Od 40 lat nasza woda należy do najczystszych i nigdy nie budziła wątpliwości co do swojej jakości” – zarzekał się. Przekonywał, że próbkę pobrano niezgodnie z procedurami, a wyniki są niewiarygodne.
Okazało się, że tydzień wcześniej zespół epidemiologiczny ministerstwa zabezpieczył sześć próbek wody będącej w obrocie rynkowym i wysłał je do Szpitala Uniwersyteckiego w Bejrucie, który jednak nie specjalizuje się w testach wody.
Tony Abi Najm, dziennikarz powiązany z Siłami Libańskimi, oskarżył ministra zdrowia Rakana Nassereddina z Hezbollahu o rozpętanie negatywnej kampanii przeciw Tannourine. Religijny Hezbollah i świecki Amal to partie reprezentujące szyitów, dla których jest zarezerwowanych 27 mandatów w muzułmańskiej części parlamentu.
Pierwsza libańska wojna o wodę
Minister odciął się, twierdząc, że zdrowie nie zna podziałów wyznaniowych i politycznych, jego resort zaś służy wszystkim Libańczykom. A poza tym to nie on podpisał decyzję o wycofaniu wody, gdyż przebywał wtedy za granicą. Okazało się, że podpisał ją minister rolnictwa Nizar Hani z Socjalistycznej Partii Postępu. Reprezentuje ona druzów. To hermetyczna grupa religijna (wierzą w karmę i reinkarnację), przypada jej osiem miejsc w parlamencie.
Hani tłumaczył, że nie znał szczegółów tego, co sygnował („Podpisałem w trybie pilnym, gdyż dotyczy to zdrowia obywateli i bezpieczeństwa żywnościowego”). Dodał, że nie jest to próba zniszczenia czyjejś reputacji, i że ma nadzieję, iż to, co się stało, może „wywołać pozytywną reakcję i stanowić krok naprzód, nie szkodząc tej renomowanej libańskiej marce”.
Po tej burzy zebrano kolejne próbki, które wysłano do Instytutu Badań Rolniczych, Instytutu Badań Przemysłowych i Amerykańskiego Uniwersytetu w Bejrucie. Pałeczek nie wykryto. Po siedmiu dniach przerwy uroczyście wznowiono produkcję i dystrybucję wody. Wydarzenie zaszczycił minister przemysłu Joe Issa El-Khoury z Sił Libańskich.
Tak zakończyła się pierwsza libańska wojna o wodę. Na szczęście wojna bez ofiar.
Bejrucki rytuał: beczkowóz raz na tydzień
Gdy politycy kłócą się o butelkowaną wodę z supermarketów, większość mieszkańców, w tym autor tego tekstu, walczy o to, by mieć jakąkolwiek wodę.
W moim budynku woda z kranu leciała ostatni raz w maju 2025 r., w trakcie kampanii do wyborów samorządowych. Wybory to w Libanie czas cudów: z ulic znikają nagle hałdy śmieci i zaczyna działać sygnalizacja świetlna, popsuta od miesięcy.
Po wyborach jedynym źródłem wody stają się znów prywatne beczkowozy. Napełniają zbiorniki, które stoją na dachach większości domów. W moim budynku każde mieszkanie ma własny zbiornik (czasem jeden zbiornik jest dzielony na kilka mieszkań i każda rodzina zrzuca się po równo na beczkowóz).
To już rytuał. Gdy przyjeżdża beczkowóz, prowadzę jego pracownika przez pięć pięter na dach. Przypomina kominiarza: na ramieniu ma linę z hakiem. Już na dachu, otwieram mu zbiornik podłączony do mojego mieszkania (część sąsiadów pozakładała kłódki, zdarzają się kradzieże wody). Pracownik spuszcza linę z hakiem do partnera na dole, wciąga gumowy wąż, umieszcza w moim zbiorniku i daje znać partnerowi, by zaczął pompować.
Zależnie od dostawcy, tysiąc litrów kosztuje 10-20 dolarów USA. Taki rytuał powtarzam prawie co tydzień.
Przyczyny kryzysu wodnego w Libanie
Minister energii i wody Joe Saddi tłumaczy brak wody rekordowo niskimi opadami w 2025 r.: były o połowę niższe niż roczna średnia, liczba dni deszczowych spadła z 75 do 45.
Nie da się zaprzeczyć: zmiany klimatu mają wpływ na dostępność wody w Libanie. Szacuje się, że średnie roczne opady deszczu spadną tutaj aż o 20 proc. do 2040 r. oraz o 45 proc. do 2090 r., a wzrost temperatury o jeden stopień Celsjusza może spowodować zmniejszenie całkowitych zasobów słodkiej wody w kraju nawet o 8 proc. Przy wzroście temperatury o dwa stopnie spadek ten może wynieść nawet 16 proc.
Jednak mimo tych prognoz obecny brak wody w kranie to bardziej problem systemowy niż klimatyczny.
„Liban jest krajem bogatym w zasoby wodne, ale nieodpowiednie zarządzanie uniemożliwia optymalne wykorzystanie tych zasobów” – zauważyła słusznie minister środowiska Tamara el-Zein.
Według Ministerstwa Energii i Wody Liban otrzymuje 8,6 mld metrów sześciennych opadów rocznie, ale tylko 2,7 mld udaje się zebrać i zmagazynować. Reszta jest tracona w wyniku parowania, infiltracji podziemnej i spływu powierzchniowego. Obecny kryzys wynika więc nie tyle z niedoboru, co z nieumiejętności zarządzania nadmiarem.
Zmarnowane miliony na wielkie wodne projekty
Jednak zamiast skupić się na ulepszeniu retencji wody, libański rząd zamierza zrealizować megaprojekt za 260 mln dolarów, polegający na przekierowaniu wody do aglomeracji Bejrutu z jeziora Karaun. Zaciągnięto już w tym celu pożyczkę z Banku Światowego, choć projekt nadal czeka na akceptację parlamentu.
Bliźniaczo podobne przedsięwzięcie zainicjowano w 2010 r. i również zaciągnięto na niego pożyczkę z Banku Światowego w wysokości 192 mln dolarów. Łącznie na ten projekt wydano przynajmniej 350 mln dolarów, a ostatecznie zamknięto go w 2025 r. – po piętnastu latach pracy nie przepłynęła ani jedna kropla wody z powodu nieukończonych tuneli, niedokończonych rurociągów i wciąż budowanej stacji uzdatniania.
Wygląda na to, że libański rząd chce powtórzyć ten nieprawdopodobny sukces. Nawet jeśli tym razem uda się doprowadzić go do końca, wydaje się, że opiera się on na błędnym założeniu – jeziorze Karaun.
Libańskie ścieki trafiają bez oczyszczania do rzek, jezior i Morza Śródziemnego
Jezioro Karaun to największy sztuczny zbiornik zaporowy w kraju. Zbudowano go na Litani, najdłuższej rzece Libanu. Problem z nim związany widać i czuć: smród, kolor, piana.
W 2021 r. na jego brzegu zebrano 40 ton martwych ryb. Rok później uznano, że woda nie nadaje się nawet do celów rolniczych. Jest tu cała tablica Mendelejewa: kadm, chrom, nikiel, cynk, aluminium, bar, arsen. Podwyższony jest poziom bakterii kałowych, amoniaku, azotanów i fosforu – za sprawą intensywnego rolnictwa i nieoczyszczanych ścieków.
Liban wytwarza 310 mln metrów sześciennych ścieków rocznie, z czego mniej niż 10 proc. jest oczyszczonych przed odprowadzeniem.
Większość z ponad 50 oczyszczalni, zbudowanych w ostatniej dekadzie, jest nieczynna z powodu braku prądu, kadr i sieci kanalizacyjnej. Ścieki trafiają bez oczyszczania do rzek, jezior i Morza Śródziemnego.
Właśnie tę wodę rząd planuje doprowadzić do domów w Bejrucie. Nieukończona oczyszczalnia ma sprawić, że będzie zdatna do picia. Ale nawet jeśli instalacja zostanie zbudowana i będzie utrzymywana w idealnym stanie (to optymistyczne założenie), złożoność i skala oczyszczania mogą okazać się zbyt duże, aby sobie z nim poradzić.
Wygląda na to, że jeszcze długo będę gotować wodę do mycia zębów. Bo nie wiadomo, skąd beczkowozy ją biorą.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















