Na plakatach reklamujących ten film Fryderyk Chopin wygląda bardziej jak figlarny Willy Wonka czy próżny romantyczny dandys niż wielki artysta. A już na pewno nie jak ktoś, kto przez bite dwie godziny (w rzeczywistości przez lata) będzie umierał na gruźlicę.
Po obejrzeniu filmu „Chopin, Chopin!” uważam plakaty za całkiem trafione: sztucznie uśmiechnięty, uszminkowany Chopin kroczący ulicami Paryża ma przypominać współczesnego celebrytę, ale też kogoś, kto zmierza ku śmierci – tyle że na pełnej petardzie.
Chopin na paryskim bruku. Jak wyglądały ostatnie lata geniusza
Twórcy filmu, czyli reżyser Michał Kwieciński i scenarzysta Bartosz Janiszewski, zrezygnowali z typowej biografii i bardzo dobrze; zawsze ciekawiej zbliżyć się do ikonicznej postaci poprzez pogłębienie jej psychologii czy rozwinięcie któregoś z biograficznych wątków, niż po prostu odfajkować fakty. „Chopin, Chopin!” nie jest w tym jednak konsekwentny i dogęszcza swój zapis kolejnymi nutami, co czasem daje efekt przytłaczający, a ostatecznie pozostawia z dużym niedosytem.
Zaczyna się wspaniale. Rozbujana kamera Michała Sobocińskiego prowadzi nas na jednym oddechu przez intensywne życie młodego Fryca, który w 1835 r., od pięciu lat na paryskim bruku, ma status muzycznego geniusza, zwierza towarzyskiego, ulubieńca królewskiego dworu. Bryluje więc na salonach, flirtuje z kobietami, „pojedynkuje się” z Lisztem...
Ten oddech zaczyna się urywać, kiedy padnie brutalna diagnoza: bohaterowi zostało ledwie kilka lat życia. Nie ma już nic do stracenia, a jednocześnie z czegoś musi żyć. Wraz z nim widz zostaje wciągnięty w wir wydarzeń ważnych i nieistotnych, albowiem widmo końca zrównuje i unieważnia wszystko, a z drugiej strony mocno wyostrza perspektywę.
Tymczasem na zewnątrz także czuć nastroje schyłkowe – wybucha epidemia cholery i radykalizują się nastroje społeczne, czego następstwem będzie rewolucja lipcowa. Ścigający się z czasem Chopin co chwila podąża nerwowo za jakimś impulsem – romansem, podróżą, odwiedzinami u matki, spotkaniem z genialnym uczniem, lecz wszystko, co po drodze, zdaje się marnością i bohater coraz bardziej zatraca się w muzyce.
Dlaczego Chopin nie idzie na całość
Ciekawa jest ta koncepcja Chopina jako postaci w cieniu śmierci – całkowicie wyzwolonej, skupionej i rozrzutnej równocześnie, pozwalającej sobie na totalne „wolałbym nie”. Szkoda tylko, że film idzie w anegdotyczność i dygresyjność, nie pozwalając widzowi zanurzyć się w tej przedśmiertnej gorączce.
Podkreślanie fizjologicznej strony postępującej choroby może przywodzić na myśl „Śmierć Ludwika XIV” (2016) Alberta Serry, ale i pod tym względem polski film boi się pójść na całość. Pewnie gdzieś u podstaw była próba stworzenia uniwersalnej przypowieści na modłę „Amadeusza”, jednakże śmierć nie sprawdza się w roli Salieriego. Być może, jak Peter Shaffer w swoim dramacie i scenariuszu do filmu Miloša Formana, trzeba było śmielej podkręcić fakty, albo jeszcze bardziej wydobyć z filmowego Chopina jego „zombiczność”.
Zwłaszcza że upodabnia się do żywego trupa i na dodatek zostaje uśmiercony za życia przez miejską plotkę. Zabrakło, czy to w sposobie opowiadania, czy w prezentowaniu samej muzyki na ekranie, gestu bardziej frenetycznego. Chociażby w stylu tego, który w „Błękitnej nucie” (1990) zrobił Andrzej Żuławski, z pianistą Januszem Olejniczakiem w roli głównej.
„Chopin, Chopin!” ma w sobie coś z antywidowiska
Zresztą filmografia wokół Chopina liczy sobie wiele tytułów o różnym charakterze i jakości. Oryginalność „Chopina, Chopina!” bierze się przede wszystkim z ogromnej pracy rekonstrukcyjnej, a zarazem z kreatywnego potraktowania XIX-wiecznych realiów, stąd gdyńskie nagrody za efekty wizualne dla Marcina Drabińskiego i Zuzanny Hencz, za scenografię dla Katarzyny Sobańskiej i Marcela Sławińskiego oraz za kostiumy dla Magdaleny Biedrzyckiej i Justyny Stolarz.
Mimo tego rozmachu „Chopin, Chopin!” ma w sobie coś z antywidowiska i wcale nie musi to być zarzutem. Filmowe wnętrza, skazane na naturalne światło świec, wyglądają na niedoświetlone, a przez to prawdziwe, XIX-wieczny Paryż zaś – stolica artystów, mekka wygnańców, miasto miłości, scena ważnych historycznych wydarzeń – wydaje się przymglony. I trochę wzięty w cudzysłów, co dobrze oddaje percepcję człowieka na świeczniku, ale osamotnionego w tłumie i po kawałku zżeranego przez chorobę. Kogoś, dla kogo wszelkie atrakcje i turbulencje tego świata stały się mało istotnym tłem, bo jego wewnętrzny radar skierował się już tylko w stronę muzyki i sterowany jest powolnym umieraniem.
To wyobcowanie podkreśla również epizodyczna struktura opowieści, znaczona licznymi wyciemnieniami ekranu. Stąd Chopin umiera w tym filmie wielokrotnie i na raty. Wstyd się przyznać, że kiedy wreszcie mu się to udaje, z piersi wyrywa się ciche westchnienie ulgi. Bo podstawową, jeśli nie jedyną emocją, jaką można z siebie wykrzesać przy oglądaniu tego filmu, jest zwyczajne ludzkie współczucie dla terminalnie cierpiącego.
I co z tego, że urodzony w muzycznej rodzinie Eryk Kulm opanował grę na fortepianie, skoro wbrew pozorom nie ma aż tyle do zagrania. Ten świetny aktor, który stworzył tak pełnokrwistą postać w „Filipie” Kwiecińskiego, tym razem balansuje między udręką a ekstazą.
Muzyka w tle – czy Chopin był wielkim artystą
Co ciekawe, muzyka nie stanowi tutaj pełnoprawnego tworzywa. Twórcy chcieli ją wyciągnąć i z konkursu chopinowskiego, i z wagonu Pendolino, toteż potraktowali ją wycinkowo, kontrapunktując współczesną elektroniką. Poniekąd słusznie, choć ktoś kompletnie niezorientowany w temacie mógłby się zapytać, o co właściwie tyle hałasu z tym Chopinem.
Stawiając na ludzki wymiar pomnikowego bohatera, Kwieciński opowiada o kimś, dla kogo muzyka jest wszystkim, widz jednak, zwłaszcza mniej wyrobiony muzycznie, chciałby czasem sobie przypomnieć, dlaczego Chopin wielkim artystą był. Tymczasem „Chopin, Chopin!” to film stojący w jeszcze innych rozkrokach. Pomiędzy kinem o wielkich emocjach a kinem niewywołującym takich emocji. Między superprodukcją z tysiącami statystów, zagranicznymi lokacjami i międzynarodową obsadą a próbą stworzenia dramatu do bólu intymnego. To również skrzyżowanie biopiku, sypiącego faktami znanymi i nieznanymi, z wizją autorską.
W efekcie powstał film, który mógłby być doskonałą polską marką eksportową, a poprzestał na prezentacji bardzo dobrego rzemiosła made in Poland. Wbrew intencjom, zabrakło śmielszego, bardziej wirtuozerskiego dotknięcia.
CHOPIN, CHOPIN! – reż. Michał Kwieciński. Prod. Polska 2025. Dystryb. TVP. W kinach od 10 października.
Michał Kwieciński od lat łączy funkcje prężnego producenta (szefuje firmie Akson Studio) i reżysera. Ma na koncie liczne spektakle Teatru Telewizji, seriale i filmy. Dla małego ekranu wyreżyserował m.in. „Jutro idziemy do kina” (2007), a wśród jego tytułów kinowych są „Statyści” (2006) i nagrodzony Srebrnymi Lwami „Filip” (2022).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















