„Kos” potrafi rozśmieszyć bardziej niż „1670”

Film Pawła Maślony to rzadki w polskim kinie ptak. Udaje mu się przekuć sowizdrzalski ton, smakowite stylizacje i niewysoki budżet w świetną opowieść.

23.01.2024

Czyta się kilka minut

Robert Więckiewicz jako rotmistrz Iwan Dunin w filmie "Kos", reż. Paweł Maślona, 2023 // Łukasz Bąk / materiały prasowe
Robert Więckiewicz jako rotmistrz Iwan Dunin w filmie „Kos”, reż. Paweł Maślona, 2023 r. // Łukasz Bąk / Materiały prasowe

Nie każdy jest przeznaczony do wielkości” – tłumaczy biednym Polakom rosyjski rotmistrz. Robert Więckiewicz jako demoniczny wąsacz Iwan Dunin przypomina trochę Stalina, choć retoryka zdaje się bardziej aktualna, chwilami wręcz putinowska. Zły Moskal trafia zresztą w punkt, kiedy tę swoją imperialną myśl rozwija i drwi z podbitego narodu, iż stawia honor ponad ojczyznę, na własną zgubę. Wiemy, że wraz z przemilczanym tutaj Bogiem owa mityczna triada wejdzie na sztandary dopiero sto pięćdziesiąt lat później – i nie jest to jedyny anachronizm w filmie Pawła Maślony. Podobnie jak życzenie, by Dunin podzielił los russkiego korabla.

Adres URL dla Zdalne wideo
  • KOS – reż. Paweł Maślona. Prod. Polska 2023. Dystryb. TVP. W kinach od 26 stycznia. 

Albowiem „Kos”, mimo że ubrany w kostiumy z 1794 r., traktuje historyczność widowiska raczej pretekstowo. Osadzony w przededniu insurekcji kościuszkowskiej, tworzy awanturnicze kino spod znaku kontusza i szpady – a zarazem sukmany i kosy – by opowiedzieć nam po prostu o Polsce. Również tej dzisiejszej, która właśnie odkrywa masę spadkową zapisaną jej w szlacheckich testamentach, stare blizny po nahajkach i praźródła nieusuwalnych rozłamów. W ten sposób modny dziś „zwrot ludowy” wreszcie trafia pod strzechy. A chociaż dostajemy film o systemowej przemocy i o naszej tragicznej predyspozycji do przegrywu, czasami potrafi rozśmieszyć bardziej niż serial „1670”.

Pretekstem wydaje się też tytułowy Kos, postać opowiedziana bardziej losami innych. W interpretacji Jacka Braciaka to trochę sienkiewiczowski Mały Rycerz, oczywiście w wersji oświeceniowej: niepozorny, opanowany, dyskretnie ironiczny, a w środku człek lwiej odwagi, bystrego pomyślunku i rozległych horyzontów. Scenariusz Michała A. Zielińskiego celowo przesuwa Kościuszkę na drugi plan i przez dużą część akcji każe mu udawać kogoś innego. Przybyły na krakowską ziemię generał amerykańskiej i polskiej walki o niepodległość konspiruje się bowiem jako… tłumacz, o wymownym nazwisku Bieda.

Każdy tu zresztą kogoś udaje i to nie tylko dla zmylenia rosyjskiego rotmistrza. Podczas wieczerzy u pułkownikowej Giżyńskiej (Agnieszka Grochowska) czarnoskóry Domingo, czyli zagrany przez Jasona Mitchella adiutant Kościuszki i były niewolnik na plantacjach, podaje się na przykład za cukrowego potentata. W burzową noc marcową zasiadają przy biesiadnym stole wszyscy ważniejsi bohaterowie. Także główny, czyli przebrany za szlachcica Ignac (Bartosz Bielenia), pański bękart walczący o prawo do ojcowizny i herbu, oraz jego przyrodni brat Stanisław (Piotr Pacek), prawowity syn dziedzica i sfrancuziały okrutnik. W blasku świec, w oparach węgrzyna i aurze grozy (co będzie, jak Dunin rozpozna w Biedzie naczelnika?) rozgrywa Maślona iście pokerowy pojedynek. Jest w nim napięcie, wisielczy humor, powolne opadanie masek, soczyste mięso i aktorstwo, a przede wszystkim dyskusja o tym, co prześlepiały bądź przekłamywały dotychczasowe narracje patriotyczne.

Takim czarnym i zarazem wyostrzonym zwierciadłem staje się w filmie postać Dominga. To on zauważa trzeźwo, iż polskim panom nie opłaca się wysyłać do powstania darmowej siły roboczej. Jej zaś trzeba najpierw obiecać wyzwolenie z poddaństwa, by „chamy, które żywią, ale nie bronią” przemieniły się w walecznych kosynierów. Już w pierwszej scenie, kiedy ciemnoskóry adiutant jest świadkiem batożenia zbiegłego chłopa, omawia potem z Kosem wyraźne analogie między pańszczyzną i niewolnictwem. Następnie wraz z Ignacem, któremu przypadkiem uratuje życie, będzie porównywał blizny po chłoście, identyczne na białych i czarnych plecach. Twórcy filmu dobrze wiedzą, że śmiech śmiechem, lecz groteska także sypie sól na ledwo zabliźnione rany.

Toteż prócz zwyczajnej, „gatunkowej” rąbanki wiele u Maślony wyrafinowanego okrucieństwa i odczłowieczania w ramach pańskiej igraszki czy kaprysu. Gorzkie słowa wdowy po pułkowniku: „życie kobiety to nieustanny hazard” też znajdują potwierdzenie. Zwłaszcza w krwawej scenie z żydowskiej karczmy, gdzie publiczny gwałt na młodej chłopce odciska się innym gwałtem i tak bez końca, odkładając się w genach na wiele pokoleń. Bo jedynie scenopisarska fantazja mogłaby oddać sprawczość owym chłopskim córkom i różnej maści „psim synom”, szczekającym i kąsającym niczym u Gombrowicza.

Lecz chociaż „Kosowi” zarzuca się często podrabianie Tarantina, polski film, mimo fabularnych czy inscenizacyjnych podobieństw, wcale nie chce być kolejnym „kinem zemsty”, odwracającym bieg Historii i żądającym niemożliwego na użytek fikcyjnej sprawiedliwości. Pewnie dlatego nie znajdziemy w tym easternie o „bękarcie pańszczyzny” wielkich wygranych, a tych, co ocaleją po rosyjskim najeździe i bratobójczym starciu, czeka jeszcze bardzo długa droga do emancypacji (ironia polega na tym, że po części przyjdzie ona z rosyjskiego nadania).

Przeto „Kos” to nader rzadki w polskim kinie ptak. Udaje mu się przekuć sowizdrzalski ton, smakowite stylizacje i stosunkowo niewysoki budżet w bolesno-komiczną opowieść o polskiej niedojrzałości i niemocy, o trujących miazmatach i społecznych podziałach, które wespół z brutalną geopolityką wymazały nas chwilę później z europejskich map. Oglądany dzisiaj film Maślony pokazuje, jak chwiejne i złudne bywały nasze nieliczne zwycięstwa, ponieważ nie nauczyliśmy się przepracowywać klęsk i dopiero poznajemy swoje prawdziwe, splątane DNA. A wojna w Ukrainie nadała tej historii dodatkowy kontekst.

Filmy i seriale, kino polskie i zagraniczne. Nowości na VOD poleca co tydzień Anita Piotrowska, krytyczka filmowa „Tygodnika”.

Stąd na koniec, w miejsce zwycięskiej bitwy pod Racławicami, twórcy „Kosa” wolą zaserwować nam spaloną ziemię, sfilmowaną na surowo przez Piotra Sobocińskiego juniora, ze smutnym klarnetem Mikołaja Trzaski w tle. Po brawurowej zabawie Historią przemawia Maślona w finale już całkiem serio, wybiegając myślami w przyszłość powstania oraz w naszą teraźniejszość. I nie są to refleksje rodem z kina Smarzowskiego.

Lepszym acz mimowolnym łącznikiem może być postać chłopskiego uciekiniera z pierwszej sceny, którego gra Artur Paczesny. W świetnym debiucie Grzegorza Dębowskiego „Tyle co nic” (wkrótce wejdzie na kinowe ekrany) zagrał on współczesnego rolnika z Warmii, który podejmuje samotną walkę z postfeudalnym porządkiem.

To kolejna dobra wiadomość w związku z „Kosem”: zamiast przepisywać historyczne czytanki czy uprawiać przeintelektualizowaną chłopomanię, dzisiejsze polskie kino zaczyna przerzucać mosty w naszych głowach. 

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 4/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Nasze blizny, nasze rozłamy