Timothée Chalamet: swojski ziomek, który łączy odległe światy

Za występ w „Wielkim Martym” Chalamet pewnie dostanie Oscara. To przedziwna rola, rozpostarta między chorobliwą ambicją i niefrasobliwością, czyli kontrastach, które wyznaczają bieguny medialnego wizerunku gwiazdora.
Czyta się kilka minut
Timothée Chalamet w filmie „Wielki Marty”, reż. Josh Safdie. Monolith Films // materiały prasowe
Timothée Chalamet w filmie „Wielki Marty”, reż. Josh Safdie. Monolith Films // materiały prasowe

Powiedz mi, w którego Timothéego Chalameta wierzysz, a powiem ci, kim jesteś. Wy znacie go pewnie jako Paula Atrydę, syna Boga Imperatora oraz mesjasza Diuny. To również wasz ulubiony już-nie-milenials-jeszcze-nie-zetka, a także facet, który symbolicznie zamknął erę maczyzmu w popkulturze. Ewentualnie – przyszły zdobywca Oscara. Dzięki roli bezwzględnego pingpongisty w „Wielkim Martym” Josha Safdiego (w polskich kinach już od piątku 30 stycznia) odbiór statuetki pozostaje czystą formalnością.

Ja znam go jednak jako użytkownika ModdedController360 – dzieciaka z twarzą schowaną poza kadrem i aksamitnym głosem, który sprzedawał na YouTubie zmodyfikowane kontrolery do konsoli Xbox. „Cześć, tu MC360, a to mój kontroler tygodnia!” – oznajmiał entuzjastycznie, prezentując pada w tygrysie paski. Za kilkanaście lat ktoś przypomni ten filmik i doda, że reszta była historią.

Timothée Chalamet: łącznik między odległymi światami

Modyfikowanie kontrolerów to sztuka. Nie wystarczą lutownica i kilka śrubek. Potrzeba jeszcze zmysłu estetycznego, kreatywności oraz miłości do gier wideo. Podejrzewam, że przy dzisiejszej jakości hollywoodzkiego kina łatwiej jest dostać Oscara, ale nie będę się wykłócał. Jedno jest pewne: jak słusznie odnotowano w komentarzach, nazywanie kawałka plastiku „seksownym” to „najbardziej chalametowska rzecz, jaką możesz zrobić”.

Do tematu gier dorosły już aktor powracał wielokrotnie. Podczas jednego z wywiadów był wstrząśnięty przesunięciem premiery „GTA VI”. W trakcie innego wyznał, że w najnowszej odsłonie „Call of Duty” zawsze gra… sobą, to jest licencjonowanym Paulem Atrydą z „Diuny”.

Pytania akurat o tę pasję wydają mi się w kontekście jego kariery esencjonalne. Nie tyle z powodu moich osobistych fascynacji, co z racji pieczołowicie wykreowanego wizerunku aktora. W pudełeczku z napisem „Chalamet” możecie umieścić dowolny element popkultury. Gdy nim potrząśniecie, będzie pasował do reszty. Oto kilka przykładów: umawiał się z „kardashianką” Kylie Jenner, mówi biegle po francusku, studiował antropologię kultury, grał w kosza, rapował jako Lil’ Timmy Timm i miał żółwia.

Być może stąd właśnie generalna recepcja gwiazdora jako łącznika między odległymi światami. A także przekonanie, że w butach ikony kultury popularnej wiecznie tańczy na jakiejś granicy – kina wysokobudżetowego i niezależnego, tradycji hollywoodzkiej i europejskiej, cichej melancholii i bezwstydnego gwiazdorstwa, Nowego Jorku i Kalifornii, milenialsów i pokolenia Z, teatru improwizacji oraz mediów społecznościowych.

Ostatnie dziesięć lat należało do Chalameta

Swoją pierwszą rolę zagrał w 1990 r., czyli na pięć lat przed własnymi narodzinami. Tak przynajmniej stoi w serwisie Filmweb, który wskazuje serial „Prawo i porządek” jako jego debiut. To oczywiście żart dla wtajemniczonych, bowiem strona kataloguje wyłącznie datę rozpoczęcia cyklu.

Tak naprawdę Chalamet pojawił się na ekranie dopiero dwadzieścia lat później, grając „ofiarę morderstwa” w dwudziestym sezonie serialu. Jest natomiast w owym żarcie coś głębszego, co ponownie odnosi się do pojemnej figury „dziecka wielu światów”. W równym stopniu co lesera, który wciąż czeka na czołowe zderzenie z życiem, Chalamet przypomina gościa urodzonego na planie filmowym, sformatowanego pod sukces, napędzanego wybuchową (i paradoksalną) mieszanką nonszalancji oraz determinacji.

Jego wczesne role – zagniewanego introwertyka z „Interstellar” Christophera Nolana, prezydenckiej latorośli w serialu „Homeland” czy neurotycznego nastolatka w „Uwiązanych” Jasona Reitmana – pozostają niezłą egzemplifikacją tego rozdarcia. Zanurzeni w sobie bohaterowie Chalameta dają ujście skłębionym emocjom w gwałtowny sposób, co przekłada się na zaskakujące kontrapunkty w samej grze aktorskiej. Scenarzyści z rzadka piszą mu solówki, za które dostaje się naręcze nagród. Często jednak wykorzystują finezję, z jaką aktor zmienia tony, nastroje, emocjonalne rejestry.

Jeżeli ostatnie dziesięć lat faktycznie należało do niego, i to zarówno w blockbusterach, jak też w kinie offowym, to właśnie z powodu tej aktorskiej, reżyserskiej oraz scenariopisarskiej strategii. Czyni ona podróż bohatera „Diuny” od przytłoczonego misją wybrańca do watażki z apetytem na władzę sensowną fabularnie i przekonującą emocjonalnie. Zamienia zakochanego Elio z „Tamtych dni, tamtych nocy” Luki Guadagnino w bohatera trwającego między młotem namiętności a kowadłem społecznej presji. Wreszcie – wynosi rolę młodego narkomana z „Mojego pięknego syna” Feliksa Van Groeningena ponad nieudany film.

Współpraca z Guadagnino – reżyserem, którego toleruję jedynie wtedy, gdy sięga po Chalameta – przyniosła jeszcze jeden świetny występ. W „Do ostatniej kości”, pastiszu kanibalistycznych opowieści grozy oraz kina drogi, aktor gra wagabundę rozsmakowanego w ludzkim mięsie, skazującego się na dobrowolną banicję. Podszepty ciała kontra moralne normy – to też jedna z bocznych dróżek, którymi Chalamet lubi chadzać.

Przepustka do serc fanów popkultury

Moim ulubionym dokonaniem Timothéego Chalameta z wspomnianego okresu nie jest ani kolejna inkarnacja Willy’ego Wonki (Johnny Depp i Gene Wilder zjadają go razem z kostkami), ani uwspółcześniony Laurie z „Małych kobietek” (nieco zbyt neurotyczny jak na mój gust). Uwielbiam natomiast jego epizodyczną rolę w napakowanym po brzegi gwiazdami „Kurierze Francuskim z Liberty, Kansas Evening Sun” Wesa Andersona.

Zefirelli, facet, który odziedziczył nazwisko po słynnym włoskim reżyserze, to w monochromatycznych, symetrycznych kadrach komediowa figura rewolucjonisty. Romantyczny mit przewrotu funkcjonuje tu wyłącznie w estetycznym wymiarze. Za efektowną fasadą nie kryje się nic poza komunałami o wolności i równości. Nawet romans, który Zeffirelli nawiązuje z więzienną strażniczką, przypomina skazaną na porażkę ucieczkę ze świata „idei” do rzeczywistości pełnej żyjących i krwawiących ludzi.

Chalamet jest w tej winietce fantastyczny, ponieważ igra nie tyle z własnym wizerunkiem, ile z kolektywnym wyobrażeniem na temat kulturowych fundamentów Hollywood oraz europejskiego kina. To aktor, który co prawda nie wychował się wśród finansistów i bankierów, ale nawet w budynku Manhattan Plaza – w dotowanym przez federalny rząd azylu dla artystów i pracowników branży rozrywkowej – „nie mógł narzekać”.

Jego matka, potomkini rosyjsko-austriackich Żydów, ukończyła Yale. Później była tancerką i handlowała nieruchomościami. Ojciec, korespondent „Le Parisien” w Ameryce, pracował w UNICEF-ie. Starsza siostra jest aktorką, ciotka producentką, a wśród przyjaciół rodziny nie brakowało ludzi związanych z branżą filmową. Nie wiem, jak to możliwe, że mówiąc o inspiracjach, Chalamet nie sięga po Jeana-Paula Belmondo albo Marlona Brando, tylko po Heatha Ledgera. Wiem natomiast, że podobne deklaracje są dziś przepustką do serc wszystkich fanów popkultury.

Chalamet: spełniony ideał nowej męskości

Jakimś cudem, pomimo takiego biogramu, Chalamet pozostaje w optyce rozsianych po internecie i mediach społecznościowych entuzjastów kina „swojskim ziomkiem”. Rozmaite kryzysy tożsamości, mocowanie się z presją społeczną, bezkrwawe konflikty z rodzicami, pułapki wiecznego pacholęctwa – wszystkie wątki, które pojawiają się w jego filmach, z łatwością projektujemy na samego aktora.

Nic dziwnego, że w optyce mediów Amerykanin pozostaje spełnionym ideałem nowej męskości, zwanej często „nietoksyczną”, ustawionej w opozycji nie tylko do cywilizacyjnych wzorców XX w., ale i tradycji hollywoodzkiego systemu gwiazd. Dzięki temu może być najbardziej refleksyjnym gościem, który kiedykolwiek spacerował po wybiegu dla Louisa Vuittona; stać po pas w wodzie i pryskać się perfumami Chanel z miną, która sugeruje wyłącznie pytania graniczne.

W kontaktach z mediami – pewnie nieświadomie, co dodatkowo działa na jego korzyść – aktor podgrzewa tę narrację. W wywiadach prezentuje dystans do siebie, lubi ironię i sarkazm, a jednocześnie znosi go w rejony filozofii uważności. „Możesz być panem swojego losu i kapitanem swojej duszy, ale musisz zrozumieć, że życie wypływa z ciebie, a nie spada na ciebie z zewnątrz” – wypala do dziennikarki w trakcie czterominutowej rozmowy o „Diunie”.

Pierwsza część tego zdania pochodzi z „Niezwyciężonego” – poematu autorstwa brytyjskiego romantyka Williama Ernesta Henleya. Z drugą częścią bym polemizował. Rzucone z nonszalanckim luzem i osadzone w kontekście trasy promocyjnej blockbustera za 300 milionów dolarów zdanie nabiera jednak innego znaczenia. Cementuje obraz niedzisiejszego artysty – skupionego na sobie i wyczulonego na innych; refleksyjnego, nie gardzącego pieniądzem, ale i świadomego cynizmu, który rządzi w tym biznesie.

 „Wielki Marty”: przedziwna rola Chalameta, która najpewniej przyniesie mu Oscara

Mnogość wizerunków Chalameta w pewnym sensie predestynowała go do zagrania Boba Dylana. Wielki amerykański bard sam przybierał kolejne maski z taką częstotliwością, że nawet nakręcono o tym film – w świetnym „Gdzie indziej jestem” Todda Haynesa pieśniarza grają m.in. Christian Bale, Heath Ledger, Cate Blanchett i Ben Whishaw. 

Jak na ironię, w „Kompletnie nieznanym” Jamesa Mangolda Chalamet wydaje się najmocniej spętany gorsetem konwencji. Kolejne „oblicza” Dylana nie układają się w ciekawy portret, bo i aktor spłaszcza na potrzeby roli niemal wszystkie elementy własnego emploi.

Nominacja do Oscara znaczy w tym kontekście niewiele (choć warto byłoby spytać, w jakim kontekście cokolwiek jeszcze znaczy). Kolejna, którą otrzymał za występ w „Wielkim Martym”, najpewniej przyniesie mu statuetkę. I dość powiedzieć, że jest to rola, która w interesujący sposób rezonuje z „Kompletnie nieznanym”.

Tytułowy Marty również jest prawdziwą postacią. Początki jego kariery przypadają na lata powojenne, choć nieco wcześniejsze niż w przypadku Dylana – akcja filmu rozpoczyna się w roku 1952. I znów w losach pojedynczego bohatera odbija się burzliwa historia Ameryki. Z tą różnicą, że portretując niezbyt znanego pingpongistę (inspirowanego zapomnianą legendą tegoż sportu Martym Reismanem), Chalamet nie znika pod zwałami wielkich popkulturowych znaków i wizerunków.

Szaleńczy pęd bohatera ku triumfom, znaczony podłymi czynami i moralnie wątpliwymi kompromisami, ogląda się na krawędzi fotela z wielu powodów. Pomijając reżyserskie umiejętności Safdiego i napisany z zegarmistrzowską precyzją scenariusz, spora w tym zasługa Chalameta. To przedziwna rola, rozpostarta między chorobliwą ambicją i rozbrajającą niefrasobliwością, wzniesiona dokładnie na tych samych kontrastach, które wyznaczają bieguny medialnego wizerunku gwiazdora.

Przez to, jak gwałtownie Marty próbuje dostać się na szczyt, można pomylić go z samym aktorem. Odradzam jednak tę optykę. Timothée Chalamet nic już nie musi. Ma na koncie trzy oscarowe nominacje, status ikony popkultury oraz reputację gościa, który pogodził entuzjastów „Call of Duty” z fanami Jeana-Luca Godarda. W grudniu stuknęła mu trzydziestka. Nieźle jak na chłopaczka, który handlował kontrolerami do Xboxa.


TIMOTHÉE CHALAMET KONTRA…

KYLE MACLACHLAN

Choć „Diuna” Davida Lyncha doczekała się po latach szacunku wśród młodszego pokolenia, Paul Atryda jest tylko jeden – to Timothée Chalamet. Powściągliwa, kontrapunktowana nagłymi wybuchami emocji rola jest pełniejsza niż płaski występ Kyle’a MacLachlana. Na szczęście dla tego ostatniego Chalamet wciąż jest za młody na rolę Agenta Coopera.

Film "Diuna", reż. Denis Villeneuve // materiały prasowe

JOHNNY DEPP

Wonka kontra Wonka. W starciu wielkich adaptacji prozy Roalda Dahla Tim Burton wygrywa z Paulem Kingiem, Johnny Depp zaś – z Timothéem Chalametem. Nowej wersji brakuje i wizualnego szaleństwa, i grozy czającej się za fasadą wystawnego fantasy. Stary dobry Willy padł ofiarą tej strategii i dość powiedzieć, że pociągnął za sobą aktora.

Film "Wonka", reż. Paul King // materiały prasowe

CHRISTIAN BALE

Romantyczny idealista Laurie z „Małych kobietek” miał twarz Christiana Bale’a w filmowej adaptacji z 1994 r., Chalameta zaś – w filmie Grety Gerwig z 2019 r. Obydwaj znaleźli swój pomysł na tę postać. Jeden poszedł w romantyczne klisze, drugi we współczesną neurozę. Obaj bez porównania do literackiego oryginału. Remis.

Film "Małe kobietki", reż. Greta Gerwig // materiały prasowe
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 05/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Wielki Timothée