Szesnaście lat wystarczy odtąd, by zagłosować na posła lub posłankę do Izby Gmin w Londynie. Taką bowiem zmianę kodeksu wyborczego zapowiedział tamtejszy rząd, wychodząc z założenia, że jeśli w tym młodym wieku można się już zaciągnąć do wojska, by umrzeć za złotego lwa i jednorożca na sztandarze króla jegomości, to należy się także prawo wpływu na parlament decydujący o wojnie.
Szesnastolatek może się także na Wyspach napić wina lub piwa w restauracji, o ile zamówił posiłek i siedzi w towarzystwie opiekuna prawnego. Oj, czuję, że grożą mi grząskie piaski dygresji, dobrze bowiem wiecie, iż zarządzanie spożyciem środków zmieniających świadomość uważamy w tej rubryce za szczególnie ważną drogę poznawania kultur. Chociaż bywa, że wiedza, jaka z tego wynika, wcale nie jest radosna – Grecy, ci nasi chlubni przodkowie, w pijanym widzie robili rzeczy, za które dziś wyrzucilibyśmy ich poza nawias Europy.
I jeszcze do tego wyglądali na bardzo zadowolonych z siebie. A ich zgromadzenia, dziś tak chętnie uznawane za „przodka” ustroju parlamentarnego – do tego stopnia, że domyślną dziś formą usadzania posłów jest półkole greckiego teatru – były areną takich awantur i cynicznych manipulacji, że nasi „populiści” wyglądają przy tym jak odprasowani w kancik uczniowie na olimpiadzie z wiedzy o społeczeństwie.
Jeśli mamy już na siłę idealizować jakieś wzorce, to zdecydowanie lepiej wypada prostokątny i ciaśniutki jak pudełko po cygarach parlament brytyjski, gdzie co najmniej jedna trzecia posłów zdobyła mandat przewagą głosów mniejszą, niż wynosi liczba szesnastolatków mieszkających w ich okręgu. Gdyby się owym młodym ludziom następnym razem zachciało, wynik mógłby być całkiem inny. Wygląda na to, że ci starsi stawiają na to spore pieniądze, skoro większość tzw. komunikacji politycznej odbywa się w pajacującym formacie tak zwanej rolki.
Ciągle mówię przy tym „młodzi”, „młodym” z poczuciem wyższości i zadufania, jakby ostatnie możliwe kupony z gazetki o sensownym życiu rozdali między siebie ludzie w wieku może nie przydrożnych kamieni, o których pisał dwudziestolatek Tyrmand, ale, powiedzmy, skrzypiących dostojnie belek starego dworu modrzewiowego.
Spędzałem niedawno ważne chwile w takimż dworze, przez splot przypadków wypełnionym akurat po brzegi słowami na nowo czytanego „Pana Tadeusza”. Uderzyło mnie tym razem, jak bardzo pozytywnie, ciepło i mądrze obecna jest w tekście „młodzież”, z jakim spokojem, zaufaniem i sympatią patrzą na nią mickiewiczowscy seniorzy (też często w wieku, który dziś uznalibyśmy za całkiem jeszcze średni). Pamiętać zatem trzeba, że nasz tożsamościowy poemat jest z gruntu optymistyczny wobec młodych. Może dlatego, że mają do wykonania pewną wojenną robotę u boku już pędzącego na zderzenie ze ścianą Napoleona. A autor, wcale nie sędziwy zresztą, wiedział z perspektywy czasu, iż wykonali ją dobrze, fundując Polsce całkiem niezłe wejście w nowoczesność XIX wieku.
Ale nie przesadzajmy z historiozofią. Wsiąkłem i utonąłem w „Panu Tadeuszu” jak śliwka w zbyt luźnym biszkopcie, bom chciał odszukać scenę grzybobrania z trzeciej księgi, a także krótki, genialny opis tego, czym pachnie i jak smakuje bigos. Beznadziejna to sprawa – oto w kwestii bigosu „Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek / Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek. / Aby cenić litewskie pieśni i potrawy / Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy”. W wielu różnych momentach, gdy szukamy polskiej idei przy stole i chcemy opowiedzieć innym o sobie, nadal zachowujemy się, jakbyśmy z tej obławy wracali i regularnie jadali świeżo ubitą zwierzynę oraz kapustę ukiszoną w kamiennych naczyniach.
Z grzybami jest prościej, pomimo stopniowej utraty bioróżnorodności lista gatunków w poemacie nie brzmi jak list w butelce z odległej wyspy. A grzyby mnie zaciekawiły, bo pisze o nich pasjonująco Jehanne Dubrow w wydanej u nas niedawno książce „Smak. Zapiski o kulturze i zmysłach”. W tym niedużym tomie lekkiej jak muszelka eseistyki jest mnóstwo mostów między zmysłowym, osobistym i jednostkowym przeżywaniem jedzenia a znaczeniami, jakie nadawały im różne tradycje i kultury w literackiej formie.
Stąd u Dubrow – Amerykanki mającej jednakowoż za sobą epizod mieszkania w Polsce – kiedy mowa o wyższości grzybów leśnych nad tacką marketowych pieczarek, muszą się pojawić konteksty wschodniej Europy. No i właśnie Mickiewicz, doskonale mimo upływu dwustu lat wpasowany w realia współczesnej wyprawy do lasu, chodzenia po mchu, siadania na iglastym poszyciu, w którym nadal grasują mrówki. Jeśli lubicie czytać tę rubrykę, z pewnością was książka Dubrow zadowoli. Powinienem napisać do autorki, żeby może zastąpiła mnie podczas wakacji.

„Wszyscy dybią na rydza...”? Nie wszyscy. Ktoś pamięta, co zbierał Wojski? Otóż muchomory. Nie wiem, czy ludzie ogarnięci szamańską manią zjadania suszonego muchomora – a są ich tysiące, nawet w tzw. dobrym towarzystwie bywa, że muszę odmawiać propozycjom przekąski z kapelusza w kropki – są świadomi, że mają tak zacnego patrona. Może lepiej im nie mówić, i tak już ta moda urosła do skali daleko większej niż zawsze obecne wśród nas gusła i dziwactwa.
Sos boscaiola
Ojciec pani Dubrow, amerykański dyplomata na placówce w Warszawie, szukał w polskim lesie kurek. Mam wrażenie, że każdy z nas ma we krwi proste sposoby na nie, zwłaszcza że nie trzeba im specjalnie niczego dodawać – poza masłem, solą, pieprzem, natką – żeby pięknie zagrały na talerzu same albo w jajecznicy. Czasem, choćby z nudów, można spróbować połączenia grzybów (zarówno kurek, jak i zwłaszcza podgrzybków) z pomidorami i boczkiem albo włoską surową kiełbasą – w sosie, który zwie się leśnym i ma bardzo wiele wariantów.

Przepis na 4 porcje makaronu:
- 400 g świeżych, oczyszczonych grzybów (najlepiej podgrzybków, ale kurki też będą dobre)
- 200 g boczku lub włoskiej kiełbasy
- 400 ml przecieru pomidorowego
- 1 cebula
- sól
- oliwa
- natka pietruszki
Kroimy boczek w drobną kostkę albo obieramy kiełbasę z flaka i rozdrabniamy. Podsmażamy 2-3 minuty w odrobinie oliwy na średnim ogniu. Odkładamy na bok. Na tę samą patelnię dolewamy nieco oliwy (jeśli boczek nie wypuścił dużo tłuszczu), szklimy na niej pokrojoną drobno cebulę, dodajemy drobno pokrojone grzyby, dusimy, mieszając kilka minut, aż zmiękną, wlewamy przecier pomidorowy. Dalej dusimy na wolnym ogniu, aż sos zgęstnieje, dodajemy z powrotem boczek lub kiełbasę. Na koniec, po zgaszeniu ognia, możemy sos wzbogacić paroma łyżkami śmietany. Na wydaniu z makaronem szczodrze dodajemy posiekaną natkę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















