Jedna trzecia soi, którą zużywamy w Europie, przypływa z USA. Krąg zainteresowanych tą wiadomością winien być szerszy niż miłośnicy sojowego latte – skądinąd coraz mniej liczni, ale nie dlatego, że Polacy oduczyli się psucia kawy. Skądże!
W odruchu infantylnego powrotu do obrazów z przedszkola, gdzie co rano parowała mdła jak mit niewinnego dzieciństwa mleczna zupa, dalej zamawiamy masowo te różne pieniste mieszaniny. Nawet pod wieczór. Ale w Polsce wykorzystujemy inne, podobno lepsze roślinne namiastki mleka, głównie z owsa. Toteż gdyby przy Radzie Języka Polskiego istniała podkomisja ds. normalizacji stereotypów, powinna zadekretować, że wielkomiejska, oderwana od ludu lewica jest owsiana, a nie sojowa. Tyle tylko, że owies brzmi zbyt swojsko jak na stereotyp wyobcowania.
W takim razie może migdałowa? Próżne gadanie, nawet gdyby taka komisja się pojawiła, rozdrabniając na mentalną kaszkę racje semantyczne każdej obelgi, sam bym pierwszy kontestował jej dekrety. Bo polszczyzna to moja najważniejsza spośród kobiet, a te, jak wiadomo prawdziwym facetom, są nielogiczne.
Wróćmy więc do liczb i logicznych tabel, bo dawno was nie zanudzałem statystykami rynku spożywczego. Porozmawiajmy o tym, co amerykańskiego ląduje w naszej kuchni. Cena i dostępność soi dotyczy każdego, kto lubi zjeść kawałek świnki albo kurze udko, ugotować jajko i popić kefirem. Bez niej hodowla wszelkiego zwierzęcia zwinęłaby się szybciej niż amerykański parasol atomowy.
Na cła, którymi grozi Waszyngton, trzeba będzie odpowiedzieć analogicznymi taryfami. Soi może nie zdołamy zatrzymać, jest zbyt ważna, ale przecież bez migdałów chyba sobie poradzimy: owsa na mleko nam nie zabraknie, a do mazurków damy orzechy laskowe. Podobnie fistaszki oraz bataty albo ostry sos sriracha. Z entuzjazmem bym powitał zaporowe cło albo wręcz embargo na ohydnie nijakie śliwki kalifornijskie, które wyparły nasze.
Porządne śliwki ostały się na rynku tylko w wersji wędzonej do kompotu na wigilię, bo rytuał broni się dłużej. Na Kleparzu jeszcze spotykam ostatnie śliwki z Łącka, także niewędzone, zwane elektrycznymi od rodzaju dmuchawy. Łzy mi lecą z żalu, kiedy je kupuję.
Win kalifornijskich trochę może szkoda, ale warte uwagi (i spalania ropy w transporcie) są tylko te naprawdę drogie, wąziutka nisza – a za to bylejaki dżemowaty zinfandel to my w Europie mamy własny, nazywa się primitivo, to ten sam szczep, a winiarze z Apulii nauczyli się od Amerykanów, jak robić, żeby było smaczniusio. Nazwa szczepu odwołuje się do jego dawności (podobnie jak u subtelnych „prymitywów” flamandzkich). Niestety smak prowadzi nasze skojarzenia w stronę tępoty.
W drugą stronę Europa wysyła mnóstwo wina, z różnych półek jakościowych. Gdyby groźby ceł miały się ziścić, to na przykład Włosi oceniają, że kosztowałoby ich to nawet miliard euro utraconych przychodów rocznie: to nie tylko bezpośrednie skutki niemożliwości wysyłki za ocean, ale też problem z eksportem do ważnych krajów europejskich, które będą miały podobny kłopot z nadmiarem własnego wina. Co Polaka, a w każdym razie połowę Polaka w mojej osobie, tylko cieszy, bo może będzie w tym sezonie nieco taniej, skoro Włosi spróbują się u nas pozbyć dodatkowego amarone, a Niemcy grzecznie poproszą, byśmy pili więcej rieslinga.
Takie pociechy i nadzieje, chudziutkie jak wiewiórka na świerku u sąsiadów po zimie, zostały nam w dobie kolosalnej zmiany kulturowej na tle awersji do alkoholu. W ostatnich dniach prezydentury Bidena ówczesny naczelny lekarz kraju ogłosił, że trzeba drukować na butelkach ostrzeżenia znane z papierosów: każda ilość alkoholu jest rakotwórcza.
Nowy prezydent to abstynent, jego minister jest równie gorliwy w czystości, więc może ten pomysł „głupiego poprzednika” zostanie wdrożony. I lobbystom będzie ciężko całkiem go utopić. Po prostu obyczaj, style rozrywki i konsumpcji młodych pokoleń idą z duchem tej regulacji. A już z winem jest zupełny dramat. Jak to się mówi w marketingu, cierpi ono na old people problem – problem starych ludzi: kojarzy się staroświecko, drętwo, a teraz jeszcze niezdrowo.
A przecież człowiek pochodzi od wina. Pisze tak najlepszy – jeśli nie w ogóle jedyny – poeta wśród polskich winiarzy Krzysztof Fedorowicz, znany wielu z was jako ten, który pod szyldem winnicy Miłosz tworzy wina czasem natchnione, jak „pandemiczna” seria, powstała za czasów covidu i tak dobrze przyjęta, że nazwa została na dłużej. W jego nowym tomie „Zimowe cięcie winorośli”, wydanym w – jakżeby inaczej – Zielonej Górze, prace i dnie toczą się z uważnością człowieka wychodzącego wprost z książek na pole, które jest miejscem trudu, a nie tylko przechadzki.
W pozbawionym jeszcze liści krzewie Fedorowicz widzi siedmioramienny świecznik, a w swojej winnicy „stado delfinów / które wciąż wzbija się nad lustro / Morza Czarnego”, bo niedaleka wojna wdziera się w tym tomie między rzędy na lubuskim wzgórzu równie podstępnie jak śmierć objęta zwyczajnym cyklem natury.
Jest w czynieniu wina wszystko, co pozwala podnieść pospolite bytowanie Krzysztofa – a także nasze, kiedy korzystamy z jego wierszy i butelek – na piętro metafizyki, która staje się roboczą hipotezą organizującą nam niezrozumiały, dziki świat. Poetom jeszcze długo na pewno nie zabraknie słów. Kto wie, co będzie z winem. Ale czy nie macie wrażenia, że sami powoli zaczynamy być jednym wielkim old people problem?

Gattò sardyńskie
Migdały służą mi przede wszystkim do wszechstronnej masy do tarty frangipane, której poświęcaliśmy tu wiele razy uwagę. Pisaliśmy też, że można w niej zastąpić mąkę migdałową drobno zmielonymi orzechami laskowymi – w razie nagłych skoków cenowych wywołanych cłami. A dopóki jeszcze migdały da się kupić bez zastawiania w lombardzie zegarka, zróbmy chrupiący deser z Sardynii, którego nazwa pochodzi od francuskiego słowa gâteau, czyli po prostu ciasto (identycznie nazywa się też kompletnie inna potrawa w Neapolu).
- 300 g migdałów w płatkach
- 400 g cukru
- sok i skórka otarta z 1 dużej cytryny
- opcjonalnie imbir
Płatki migdałowe prażymy w piecu w 120 st. C lub na suchej patelni, ostrożnie, tak żeby lekko się zrumieniły. W garnku z grubym dnem pomalutku topimy cukier z sokiem. Kiedy zacznie się karmelizować, dosypujemy płatki migdałowe i skórkę (i troszkę imbiru), delikatnie krótko mieszamy, aż powstanie zwarta masa, uważając, żeby nie przypalić. Przelewamy ją szybko na zimną (to ważne!) blachę, pokrytą papierem do pieczenia nasmarowanym olejem, staramy się rozsmarować na płaski placek. Przykrywamy drugim arkuszem natłuszczonego papieru i wałkujemy, aż osiągniemy placek o ok. 0,5 cm grubości. Szybko, zanim stężeje, kroimy mokrym nożem na kwadraty.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















