Plechokracja. Dlaczego światem rządzą grzyby

Merlin Sheldrake, mykolog: Sposób, w jaki opisujemy relacje zachodzące między innymi organizmami, najwięcej mówi o nas samych.

06.12.2023

Czyta się kilka minut

Muchomor cytrynowy (Amanita citrina) / fot. Agnieszka Cynarska-Taran
Muchomor cytrynowy (Amanita citrina) / fot. Agnieszka Cynarska-Taran

Adam Robiński: Czy wie Pan, co to jest grzybstagram?

Merlin Sheldrake: Nie bardzo. Ale chyba się domyślam.

Zbieranie grzybów to dla Polaków narodowe hobby, więc każdej jesieni na polskim Instagramie roi się od grzybów. Jednocześnie nasz język, inaczej niż angielski, nie odróżnia owocnika od całego organizmu, na który składa się przede wszystkim grzybnia. Jedno i drugie to po prostu grzyb. Jesteśmy grzybiarzami nie do końca chyba rozumiejąc, w czym rzecz.

W wielu językach jest podobnie. Używając angielskiego „fungi” mamy na myśli całe królestwo życia. W jego skład wchodzą miliony gatunków organizmów. Do tej pory opisaliśmy albo nazwaliśmy mniej niż 10 proc. z nich. I tylko niewielka część z tych organizmów, może 30 tys. gatunków, wytwarza owocniki, czyli angielskie „mushroom”, które wiele języków również nazywa grzybami. Stosując wobec jednego i drugiego wymiennie ten sam rzeczownik, plątamy znaczenia. Równamy drobną cząstkę wielkiego organizmu, jego strukturę reprodukcyjną, do ogromnego królestwa istot, które na ogół takich struktur nie wytwarzają. Fungi większość swojego życia spędzają w formie grzybni, które są rozgałęzionymi, splątanymi sieciami zbudowanymi ze strzępków. Za ich pomocą m.in. się żywią. 

Jak w Panu, urodzonym w mykofobicznej Wielkiej Brytanii, zrodziła się fascynacja grzybami?

Od zawsze interesowały mnie przemiany i rozkład. To, jak jedno staje się czymś innym. To się chyba zaczęło w ogródku, kiedy pomagałem tacie nosić wiadra odpadów z kuchni do kompostownika. Kilka miesięcy później zabieraliśmy z niego to, co teraz stało się glebą. Pytałem tatę, jak to możliwe, a on opowiadał mi o organizmach dekompostujących. To mi się wydało niezwykłe. Istoty, które to potrafią, muszą być potężne. I na dodatek robią to w taki sposób, że nie jesteśmy w stanie tego dostrzec. Widzimy tylko efekt końcowy. 

Potem, oczywiście, zafascynowałem się owocnikami. Obserwowałem, jak rosną. Ale na poważnie zająłem się mykologią dopiero na studiach botanicznych. Wszedłem w świat grzybów mikoryzowych, które są kluczowymi symbiontami roślin.

W szkole grzyby są zwykle wrzucane do jednego worka z roślinami. 

Dopiero w latach 60. XX wieku królestwo grzybów wybiło się na niepodległość. Wcześniej uważano je za rośliny, i to niższego rzędu, prymitywne. To ugruntowało stronniczość, która uwidacznia się nawet dziś. Dlatego gdy w tamtych czasach ktoś chciał się zajmować biologią grzybów, szedł na przykład na genetykę, medycynę lub ekologię. Brakowało myślenia, które unifikowałoby te organizmy w granicach jednego królestwa. 

Ja też trafiłem na studia botaniczne w Cambridge, bo to był wówczas najlepszy sposób na naukę o grzybach. A więc od lat 60. niewiele się w tej kwestii zmieniło. Dyscyplinarne uprzedzenie względem grzybów wciąż jest faktem. Możemy je nazwać kacem czasów, gdy uważano je za rośliny. 

Z tym kacem wiąże się też fakt, że tak niewielu naukowców bada grzyby? 

Mniej jest możliwości, profesur i grantów badawczych. To królestwo, któremu nie poświęca się uwagi należnej królestwu. Mam na myśli wiele sfer. Także medyczną. Choroby wywoływane przez grzyby są o wiele rzadziej badane niż wirusowe albo bakteryjne. Dotychczas nie opracowano ani jednej szczepionki na choroby grzybopochodne. Ale mam poczucie, że nawet gdybyśmy już w XIX w. zajęli się nimi na poważnie, i tak wiele spraw wciąż byłoby dla nas zagadką. To organizmy mocno zanurzone w swoim środowisku. Ich badanie jest bardzo trudne.

O to chciałem zapytać – można powiedzieć, że tkwiąc pod ziemią, pozostają niewidzialne. 

Tymczasem żeby zrodzić badacza, potrzeba u młodego człowieka przede wszystkim fascynacji. W przypadku grzybów drogi są tylko dwie. Dłuższa, czyli związana z procesami rozkładu, tak jak to było w moim przypadku, oraz droga na skróty, poprzez zbieranie i badanie owocników. Jest jeszcze jeden problem – czasem mam wrażenie, że ludzie boją się grzybów. Właśnie dlatego, że kojarzą się im ze śmiercią i rozkładem.

Lektura Pana książki „Strzępki życia” dostarcza czytelniczkom i czytelnikom szeregu nowych metafor opisujących świat. Wood Wide Web, czyli leśny internet – strzępki splatają się z korzeniami roślin, tworząc międzygatunkową mozaikę, którą rządzi handel wymienny. Do tej pory o świecie przyrody myśleliśmy raczej w kategoriach konkurencji i rywalizacji. Współczesne nauki przyrodnicze proponują nowe spojrzenie.

Rzeczywiście. Ale z metaforami trzeba uważać. Są przydatne, jednak tylko dopóty, dopóki pamiętamy, że to wyłącznie metafory. W przeciwnym razie prowadzą nas do zguby. Owo splątanie grzybów i roślin w sieci mikoryzowe bywa opisywane w sposób utopijny, jako przestrzeń wzajemnej troski i dzielenia się. Tymczasem gdy rośliny wiążą się z grzybami mikoryzowymi, zachodzą pomiędzy nimi różne procesy, których nie da się opisać takim uproszczeniem. Leśny internet to bardzo ograniczona metafora. Grzyby są tak zróżnicowanym królestwem, że wrzucając wszystkie do jednego wora wyrządzamy im krzywdę. 

Przychodzi mi na myśl „Sekretne życie drzew” Petera Wohllebena sprzed paru lat. To właśnie Niemiec rozsławił leśny internet wśród szerokiej publiczności. Pisał o lesie jak o krainie sprawiedliwości i szczęśliwości. 

Brakuje w tym niuansów. Od XIX w. przetoczyło się wiele dyskusji na temat relacji symbiotycznych. Kiedy przyjrzymy się historii ich badań, zobaczymy masę porównań i metafor. Swego czasu pisano, że to relacja pana i niewolnika. Że rośliny i grzyby są jak mężczyźni i kobiety. Że ich związki przypominają relacje pomiędzy narodami. Z czasem staje się jasne, że symbioza jest soczewką, w której skupiają się wartości społeczne danej epoki. Metafory mniej nam mówią o grzybach, za to więcej o ludziach, którzy zdawali sprawozdania na ich temat. Historia badań natury to nieustanne poszukiwanie ludzkich narracji na jej temat. 

Ekologia to nauka o relacjach. Pisze Pan, że grzyby są fizyczną materializacją tych relacji. Jeszcze jedna metafora: rośliny to routery, a grzyby są kablami, które je łączą.

Rzeczywiście myślę o nich jako o ucieleśnieniu podstawowej zasady ekologii, jaką są relacje między organizmami. Sprawiają wrażenie pasywnych kanałów przekazu informacji i jako takie wpisują się w opartą na ludzkim doświadczeniu technologicznym metaforę leśnego internetu. Ale wcale takie nie są. Daleko im do pasywności. To są organizmy, które żyją własnym życiem. Posiadają własne interesy ewolucyjne.

No dobrze, to jak się te kable bada?

Jednym ze sposobów, który praktykuję z zespołem na Wolnym Uniwersytecie w Amsterdamie, jest patrzenie na sieci mikoryzowe na szalkach Petriego. W laboratorium, pod mikroskopem. Obserwujemy przepływ substancji w granicach tych sieci. Czyli najpierw analizujemy jej strukturę, która przypomina trochę mapę komunikacji publicznej Londynu. Potem patrzymy, co się w niej dzieje. Gdyby to rzeczywiście było metro: gdzie są wszystkie pociągi, z jaką prędkością się poruszają, skąd i dokąd jadą? Żeby zrozumieć życie tych organizmów, musimy poznać jedno i drugie – budowę sieci oraz to, co w nich zachodzi. W laboratorium to wychodzi sprawnie. Co innego w terenie. 

Pisze Pan: „Biolodzy terenowi rzadko mają kontrolę. Sami znajdują się wewnątrz naczynia, którym jest świat”.

Gleba nie jest przezroczysta, a kiedy pobierasz jej próbki, wyciągasz korzeń i siłą rzeczy uszkadzasz dokładnie tę sieć, którą próbujesz zbadać! Poza tym nie masz większego wpływu na to, co się dzieje dookoła. A w terenie nie da się robić tego, co udaje nam się w laboratorium. Więc robimy wtedy inne rzeczy. Możemy pobrać próbki DNA. Albo wyodrębnić DNA z gleby, aby spróbować ustalić, kto tam mieszka. Jaka społeczność grzybów zajmuje w tej chwili tę przestrzeń? A jeśli uda ci się pobrać wspomniane próbki przy różnych gradientach, czyli rozkładach parametrów fizyczno-chemicznych, będziesz mógł wyciągnąć wnioski na temat zachowań grzybów. Więc sposób badania grzybni w dużej mierze zależy od pytań, które stawiasz, i miejsca, w jakim to robisz. 

Zdarza się Panu antropomorfizować grzyby?

Owszem. Bo gdy za wszelką cenę tego unikamy, nawet nie zauważamy, że zaczynamy opisywać inne organizmy, jakby były maszynami, automatami ograniczonymi robotyczną rutyną, która ma za zadanie jedynie zwiększyć ich szansę przetrwania. I wtedy lądujemy w ślepej uliczce – w tle tej opowieści również znajdują się ludzie, przecież to oni są konstruktorami maszyn. Wychodzi nam z tego jakiś dziwny krypto-antropomorfizm! Mogę to ująć jeszcze inaczej: żeby unikać porównywania innych organizmów do ludzi, musielibyśmy najpierw ustalić sztywne ramy człowieczeństwa.

Co ma Pan na myśli?

Możemy np. powiedzieć, że ludzie to jedyne organizmy, które przejawiają uczucia. Albo emocje. Więc opisywanie emocji u innych zwierząt będzie ich antropomorfizacją. Ale wtedy mogą pojawić się głosy, że przecież inne organizmy też przejawiają uczucia czy emocje, tylko na swój, inny od naszego sposób. W tym znaczeniu po prostu rozszerzymy albo pogłębimy koncept emocji i uczuć oraz zastosujemy go do tego organizmu. No więc ja też uważam, że nie tylko ludzie znają emocje. 

No to w jaki sposób porównać grzyba do człowieka? 

To rodzaj zabawy. Czasami ważne jest, żeby spróbować zrozumieć życie z perspektywy innego organizmu. Oczywiście nie wiem, jak to jest być grzybem. Jak to jest nie mieć głowy, serca ani mózgu jako centrum operacji. Jak to jest smakować całym ciałem. Różni nas niemal wszystko. Ale my, ludzie mamy wyobraźnię, więc mogę spróbować to sobie wyobrazić, oczywiście na podstawie naukowej wiedzy, którą mam.

Pisze Pan o grzybach, że za sprawą relacji, w które wchodzą, są zaprzeczeniem konceptu indywidualności. Porost, który uważamy za jeden organizm, jest tak naprawdę związkiem paru innych. Tymczasem ja to ja – wszystko inne to już nie ja. 

Ale przecież składa się pan z masy komórek, które umierają i rodzą się na nowo. To, z czego zbudowane jest pana ciało, nie jest tym samym, czym było pięć lat temu. Poza tym ma pan w sobie więcej komórek bakterii niż ludzkich. Bez owych społeczności bakterii, które w panu żyją, nie byłby pan w stanie robić rzeczy, które pan robi, i zachowywać się tak, jak się pan zachowuje. Traktując samych siebie jako niepodzielne jednostki, zaprzeczamy istnieniu procesów i związków, dzięki którym w ogóle istniejemy. 

Teraz mnie Pan fungomorfizuje. 

Wiele się uczę, obserwując inne organizmy. Od grzybów choćby tego, że nie da się żyć w odseparowaniu od innych bytów. To właśnie demonstruje nam królestwo fungi. Ale to nie wszystko. Możemy się uczyć również otwartości, bo większość sieci grzybni nie ma płaszczyzny ciała. One nigdy nie będą w pełni wyrośnięte, w takim sensie jak my, gdy osiągamy kres swojego wzrostu. Nasze ciało jest zamkniętą całością. To nam może uświadomić, że wszystkie formy życia są procesami, które odsłaniają się wraz z upływającym czasem. Mogę wymieniać dalej…

Proszę. 

Patrząc na grzyby możemy myśleć o naszych dysfunkcyjnych systemach zarządzania odpadami. Bo w przyrodzie nie ma czegoś takiego jak odpady. Jest tylko przemiana. Możemy uczyć się od grzybów tego, w jaki sposób doprowadzają do rozkładu martwe ciała innych organizmów i przekształcają je w materiał biologiczny, z którego budowane jest nowe życie. Nasza gospodarka odpadami mogłaby funkcjonować podobnie, a więc w sposób cykliczny. 

Sprawia Pan wrażenie badacza, który jedną nogą stoi na gruncie twardej nauki, a drugą szuka innych podpór. Czym jest „radykalna mykologia”?

Na pewno nie jest niczym wywrotowym. Mykologia sprofesjonalizowała się dopiero w XIX w., ale to nie znaczy, że nikt się nią wcześniej nie zajmował. Robili to amatorzy, pasjonaci. Badali grzyby i przeprowadzali eksperymenty, nie mając formalnego zaplecza akademickiego. 

Tak samo jest dziś. Istnieje duża grupa tzw. naukowców obywatelskich, którzy poszerzają naszą wiedzę na temat grzybów. Stawiają pytania, których nie możesz zadać, jeśli masz za sobą poważną instytucję naukową. Jeśli ograniczają cię granty albo presja wyników. Albo uprzedzenia kolegów po fachu. To, co nazywam radykalną mykologią, jest przestrzenią do prowadzenia mniej zobowiązujących wywodów naukowych. To naprawdę ekscytujące rzeczy. 

Jak eksperymenty z psylocybiną?

Akurat nad nią prowadzi się dziś całą masę oficjalnych badań akademickich. To naukowy mainstream. Więc trudno powiedzieć, by mniej oficjalne badania nad magicznymi grzybkami były działalnością wywrotową. Owszem, tam, gdzie jest to nielegalne, taka działalność będzie wywrotowa względem prawa. Ale w sensie intelektualnym na pewno nie. 

Pan też z nią eksperymentował. 

W czasach, gdy w Wielkiej Brytanii było to legalne. Robiłem to z ciekawości, bardzo mi się to podobało, więc powtarzałem te eksperymenty. Prowadziły mnie do stanów świadomości, w których wpadałem na zaskakujące pomysły. Więc to były bardzo owocne badania. 

Czy doprowadziły Pana do odpowiedzi na jedno ze stawianych w książce pytań: do czego służyły grzybom substancje psychoaktywne, zanim na Ziemi pojawili się ludzie?

Nie ma na nie dobrej odpowiedzi. Jest wiele hipotez. Jedna z nich mówi, że te substancje nie były grzybom do niczego potrzebne, a i tak je produkowały. Pojawienie się ludzi zmieniło stan rzeczy. Dziś możemy już uznać, że to nieprawdziwa hipoteza. Skoro cały zbiór genów odpowiedzialnych za wytwarzanie psylocybiny przemieszcza się poziomo pomiędzy liniami ewolucyjnymi grzybów, i to w sposób nienaruszony, to sugeruje nam, że miało ono pewną wartość adaptacyjną dla grzyba, który wyprodukował je jako pierwszy. W przeciwnym razie zniknęłyby podczas transportu między liniami. 

Pytanie brzmi: jaka jest ta wartość adaptacyjna, biorąc pod uwagę, że pierwsze magiczne grzyby pojawiły się prawdopodobnie 65 mln lat temu, na długo przed ludźmi? Niektórzy uważają, że chodziło o wpływanie na układy nerwowe innych zwierząt, choćby owadów. Co chciały im w ten sposób zrobić? Może chodziło o odstraszanie. Albo wręcz przeciwnie, o nakłonienie do ich spożywania. To też może być prawdą, tylko że mamy moc przykładów. w których psylocybina nic tym owadom nie robi. Więc niektóre mogły się na nią uodpornić, a inne nie. Jesteśmy w miejscu, w którym najłatwiej jest nam sugerować, że psylocybina ma związek z owadami. 

W ostatnich akapitach książki pisze Pan, że zostanie ona zjedzona. Widziałem filmik – na jednym z egzemplarzy wyhodował Pan boczniaki, a potem je usmażył. A co z drugą obietnicą – czy udało się Panu wypić nawarzone z książki piwo?

Żeby to zrobić, trzeba najpierw usunąć kartki, zamienić w miazgę, a potem rozłożyć zawartą w niej celulozę w cukry, które następnie się sfermentuje. To wszystko jest dość trudne. Próbowałem to zrobić za pomocą enzymu zwanego celulazą, innym razem przy zastosowaniu grzyba, który potrafi zarówno zamienić celulozę na cukier, jak i przeprowadzić fermentację. Staram się zoptymalizować proces, pracuję nad nim, ale na razie bez sukcesu. Nie wypiłem jeszcze tego piwa. 

Merlin Sheldrake / archiwum prywatne

Merlin Sheldrake – brytyjski mykolog z tytułem doktora ekologii tropikalnej, który uzyskał na Uniwersytecie Cambridge. Nakładem wydawnictwa Insignis ukazała się jego książka „Strzępki życia”. W przyszłym roku kina IMAX pokażą film poświęcony jego pracy nad grzybami „Fungi: Web of Life”, którego narratorką jest Björk. Po godzinach warzy, kisi, fermentuje, gra na akordeonie i pianinie.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz i pisarz, wychowanek „Życia Warszawy”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Opublikował książki „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg”, „Kiczery. Podróż przez Bieszczady” oraz „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów”. Otrzymał kilka nagród… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Plechokracja