W powieści Stephena Kinga „Dallas ’63” bohater, skromny nauczyciel Jake Epping, przechodząc przez drzwi spiżarni obskurnego baru w stanie Maine, może nagle ze współczesności przenieść się do roku 1958. Postanawia to wykorzystać, żeby „poprawić” nieco historię. Najpierw zapobiega morderstwu rodziny swojego ucznia, a potem decyduje się wpłynąć na dzieje Stanów Zjednoczonych i świata, uniemożliwiając zabójstwo prezydenta Johna Kennedy’ego.
Każda ingerencja w przeszłość wywołuje konsekwencje w teraźniejszości, i to w wielu jej obszarach, co bohater stwierdza, gdy przez te same drzwi wraca do współczesności. Wyobraźmy sobie więc teraz, że bohater powieści Kinga mieszka w Polsce i odkrywa, że w jakiejś zapomnianej komórce – załóżmy, że w Biłgoraju – również odkrywa drzwi, po przekroczeniu których można się cofnąć w czasie o rok albo wręcz o dziesięciolecia.
Gdyby polski Jake Epping postanowił namieszać w naszej współczesności i zmienić bieg wydarzeń politycznych, to które z kluczowych momentów zdecydowałby się wybrać? Które z nich, na zasadzie tzw. efektu motyla, mogłyby oznaczać z pozoru niewielką ingerencję, która z czasem zamieni się w potężną kulę śnieżną?
Gdyby nie upadł rząd Hanny Suchockiej
Pierwszym momentem, który mógł dynamicznie wpłynąć na zmianę historii III RP, było uchwalenie wotum nieufności dla centroprawicowego rządu Hanny Suchockiej 28 maja 1993 r. Zostało przyjęte jednym głosem – do uratowania gabinetu pani premier zabrakło jednego członka jej armii, posła koalicyjnego ZChN Zbigniewa Dyki, byłego ministra sprawiedliwości, zdymisjonowanego kilka miesięcy wcześniej przez Suchocką. Dyka nie wziął udziału w głosowaniu, bo rzekomo zatrzasnął się w toalecie. Co by się stało, gdyby polski Epping pojawił się tego dnia w Sejmie i zdołał uniemożliwić udział w głosowaniu jednego z posłów chcących obalić rząd, dzięki czemu pobyt Dyki w łazience straciłby znaczenie?
Zapewne nie doszłoby wtedy do rozwiązania przez prezydenta Lecha Wałęsę Sejmu I kadencji. Jesienią 1993 r. nie byłoby sytuacji totalnego chaosu w podzielonych wewnętrznie środowiskach postsolidarnościowych, a tym samym przedterminowych wyborów parlamentarnych, wygranych w sposób zdecydowany przez postkomunistyczne ugrupowania SLD i PSL. Z kolei formacje prawicowe, takie jak ZChN czy Porozumienie Centrum, nie przepadłyby pod 5-procentowym progiem. Sejm dotrwałby zapewne do roku 1995, kiedy polityczna konstelacja byłaby już inna. I nawet jeśli gniew ludzi rozczarowanych skutkami transformacji (głównie rosnącego bezrobocia) wyniósłby do władzy SLD i PSL – co wcale nie jest pewne, bo sytuacja gospodarcza zaczęła się poprawiać – to już lider Sojuszu Aleksander Kwaśniewski mógłby nie zostać prezydentem.
Czy w takim razie Lech Wałęsa pozostałby na drugą kadencję? To mało prawdopodobne, bo miał bardzo niskie notowania, a jego błyskawiczna odbudowa polityczna w ramach kampanii w 1995 r. w dużym stopniu wynikała z obawy przed zwycięstwem „postkomunisty” Kwaśniewskiego. W zmienionej przez hipotetycznego „Eppinga” rzeczywistości realną szansę walki o fotel prezydencki miałby zapewne Jan Olszewski, opromieniony legendą obalonego premiera. Albo osoba pełniąca funkcję narodowego autorytetu w rodzaju Władysława Bartoszewskiego? Ewentualnie dobrze odbierany też poza lewicą Włodzimierz Cimoszewicz, którego SLD mogłoby wystawić zamiast zbyt mocno kojarzonego z PZPR Kwaśniewskiego? Może już wtedy prezydenckie aspiracje zdradziłby Andrzej Olechowski? Każda z tych opcji miałaby określone konsekwencje, które dziś trudno przewidzieć.
Gdyby Unia Wolności nie wzięła rozwodu z AWS
Drugi moment, w którym nasz polski Jake Epping mógłby wpłynąć znacząco na naszą rzeczywistość, to data 29 lutego 2000 r. Taki dzień przypada raz na tysiąc lat, bo co prawda lata przełomowe dla stuleci (1800, 1900) nie są przestępne, to kończące całe tysiąclecia już tak, i luty ma wówczas 29 dni.
Tego dnia Rada Warszawy wybierała na prezydenta stolicy Pawła Piskorskiego z Unii Wolności. Był on już co prawda prezydentem Warszawy od marca 1999 r., łącząc to stanowisko z funkcją burmistrza Gminy Warszawa-Centrum, jednak po wyroku Trybunału Konstytucyjnego powstała konieczność rozdzielenia obu stanowisk i Piskorski musiał być ponownie powołany na prezydenta Warszawy. Burmistrzem Gminy Centrum miał z kolei zostać ktoś z sojuszniczej AWS. Jednak kilku radnych tej formacji (m.in. Julia Pitera) zbuntowało się i w efekcie tegoż 29 lutego 2000 r., wbrew koalicyjnym ustaleniom, nie udało się Piskorskiego wybrać.
Zdarzenie wywołało konflikt w koalicji i cały łańcuch politycznych wstrząsów – Unia Wolności zawarła w Radzie Warszawy koalicję z SLD, Piskorski został prezydentem stolicy, a burmistrzem Gminy Centrum przedstawiciel SLD. To z kolei rozjuszyło AWS, odstawioną od władzy w największym mieście, i ta wymogła na swoim premierze Jerzym Buzku, by wprowadził w Gminie Centrum zarząd komisaryczny. Po tej decyzji premiera Unia Wolności w ramach protestu oświadczyła, że opuszcza koalicję rządową z AWS. Mimo negocjacji na najwyższym szczeblu nie udało się sojuszu uratować i od czerwca 2000 r. Jerzy Buzek stał na czele mniejszościowego rządu.
Premier musiał w tej sytuacji uzupełnić wakaty po ministrach z Unii Wolności, m.in. po minister sprawiedliwości, a dawnej premier – Hannie Suchockiej. Buzek wpadł na pomysł, że zastąpi ją znajdującym się od lat poza polityką Lechem Kaczyńskim, profesorem prawa pracy z Uniwersytetu Gdańskiego. Jego brat bliźniak Jarosław, kiedyś największy rozgrywający, który pomógł Wałęsie stać się prezydentem, był wówczas kompletnie zmarginalizowanym posłem kilkuosobowego koła Ruchu Odbudowy Polski.
Nominacja dla Lecha Kaczyńskiego okazała się gamechangerem – z miejsca, jako surowy i zdecydowany minister sprawiedliwości, zdobył popularność, na fali której wiosną 2001 r. powstało Prawo i Sprawiedliwość.
Ówczesny lider Unii Wolności Leszek Balcerowicz, po opuszczeniu rządu Buzka, w którym był wicepremierem i ministrem finansów, nie mógł sobie znaleźć miejsca w polityce. Postanowił kandydować na prezesa NBP w miejsce Hanny Gronkiewicz-Waltz, która otrzymała ofertę wejścia do władz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. By jednak zostać szefem banku centralnego, musiał zrzec się fotela szefa partii. To uruchomiło rywalizację o stanowisko przewodniczącego UW. Wygrał Bronisław Geremek, pokonując Donalda Tuska, a przy okazji związani z tym ostatnim dawni działacze Kongresu Liberalno-Demokratycznego zostali wycięci z władz Unii. Sfrustrowani postanowili na początku 2001 r. opuścić UW i założyć nowe ugrupowanie, wspólnie z opromienionym dobrym wynikiem w wyborach prezydenckich w 2000 r. Andrzejem Olechowskim oraz popularnym marszałkiem Sejmu Maciejem Płażyńskim z AWS. Tak powstała Platforma Obywatelska, która kilka lat później wspólnie z PiS opanowała polityczną scenę – aż do dziś.
Gdyby więc nasz bohater rodem z powieści Kinga w jakiś sposób wpłynął na kilku warszawskich radnych, by 29 lutego 2000 r. zagłosowali na Piskorskiego, być może nie byłoby dziś ani PiS, ani PO, a scena polityczna wyglądałaby zupełnie inaczej.
Gdyby Zandberg nie wypadł gorzej w telewizji
Trzeci moment, w którym niewiele zabrakło, a historia zmieniłaby swój bieg, to wybory parlamentarne w 2015 r. Wówczas Zjednoczona Lewica (koalicja SLD, Twojego Ruchu, PPS, UP i Zielonych) minimalnie poległa na 8-procentowym progu (wyznaczanym dla koalicji), uzyskując 7,55 proc. głosów. Nie ma dziś wielkich wątpliwości, że najważniejszym powodem klęski okazały się głosy oddane wtedy na startującą samodzielnie i debiutującą w parlamentarnym wyścigu Partię Razem. Otrzymała ona ponad 3,6 proc. głosów, a decydujący wpływ na ten wynik mogła mieć debata telewizyjna między liderami list, podczas której szczególnie błyskotliwie zaprezentował się lider Partii Razem Adrian Zandberg.
Gdyby nie ta debata, zapewne Zjednoczona Lewica weszłaby do Sejmu. Zmieniałoby to układ sił, bo PiS nie zdobyłby samodzielnej większości. By rządzić, musiałby zawrzeć koalicję. Najbardziej prawdopodobnym kandydatem na koalicjanta byłoby nowe wtedy w parlamencie ugrupowanie Kukiz’15. Z czasem zapewne zostałoby „zjedzone” przez PiS, jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że przynajmniej początek kadencji mógłby wyglądać inaczej i nie doszłoby do scen i działań kompromitujących polską demokrację.
Zapewne nie byłoby awantury z Trybunałem Konstytucyjnym i powoływaniem tzw. sędziów dublerów w miejsce sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji. PiS, nie mając większości, zapewne poczekałby na orzeczenie samego Trybunału, które zapadło na początku grudnia i stwierdzało, że niekonstytucyjny był też wybór (w poprzedniej kadencji Sejmu) dwóch sędziów z pięciu. A prezydent Andrzej Duda w nocy przed tym orzeczeniem nie przyjmowałby przysięgi od pięciu sędziów, wybranych przez PiS-owską większość. Można tak zakładać, gdyż Paweł Kukiz w tamtym czasie wypowiadał się krytycznie zarówno o postępowaniu Platformy, która pod koniec swoich rządów wybrała awansem aż pięciu sędziów, ale także o decyzji PiS, który w ich miejsce wybrał pięciu swoich. W tym trzech, którzy po werdykcie TK byli przez opozycję nieuznawani i nazywani „sędziami-dublerami”.
Wojna o Trybunał z 2015 r. mocno zaciążyła na eskalacji politycznego konfliktu za rządów PiS i pogłębiła podziały społeczne. Gdyby nie ona, TK może dotrwałby do obecnych czasów jako instytucja uznawana przez wszystkich.
Gdyby Andrzej Lepper zmienił front
Wywrócenie politycznej rzeczywistości do góry nogami mogłoby też nastąpić, gdyby w wyborach prezydenckich – tych z 2005 i z 2010 r. – padł inny wynik. A było do tego blisko. W pierwszym przypadku Donald Tusk wygrał pierwszą turę z Lechem Kaczyńskim. Jednak poparcie, które ten ostatni uzyskał przed ostateczną rozgrywką od Andrzeja Leppera (zdobył on 15 proc.), prawdopodobnie przesądziło o jego zwycięstwie.
Gdyby wygrał wtedy Tusk, skutki mogły być doniosłe, bo PiS i PO stanowiłyby równoważne siły postsolidarnościowe. Zapewne w 2005 r. powstałaby koalicja PO-PiS i nie byłoby raczej przedterminowych wyborów w 2007 r., a Polska nie zostałaby tak radykalnie podzielona. Kolejne odbyłyby się w 2009 r., w których pozycję najsilniejszej opozycji odbudowałaby zapewne lewica. Niewykluczona jednak byłaby też niezła pozycja Samoobrony czy LPR. Roman Giertych zapewne wciąż pełniłby rolę pieszczocha Radia Maryja, a Andrzej Lepper by żył. Kto wie, może w ogóle nie doszłoby do katastrofy smoleńskiej.
Także zwycięstwo Bronisława Komorowskiego nad Jarosławem Kaczyńskim w 2010 r. było nieznaczne. Co by było, gdyby wygrał Kaczyński? Zapewne próbowałby zmieniać ustrój w kierunku systemu prezydenckiego i nie przejmowałby się, swoim zwyczajem, ustrojowymi ograniczeniami urzędu. Niewykluczone, że w państwie zapanowałby chaos. Ale też w samym PiS, pozbawionym przywódcy zajętego sprawami w Pałacu, mogłoby dojść do rozłamu, przez co ugrupowanie to miałoby poważne problemy ze zwycięstwem nie tylko w 2011, ale i w 2015 r. Nie wiadomo też, czy przy zadowolonym ze sprawowania władzy Kaczyńskim w takim samym stopniu rozwinęłaby się „religia smoleńska” – o ile doszłoby w ogóle do katastrofy.
Gdyby prezydenta wybierał parlament
Historycy zwykle sceptycznie patrzą na dywagacje, co by było gdyby. Bogusław Wołoszański, znany popularyzator historii, a dziś poseł KO, uważa, że zastanawianie się nad historią alternatywną możliwe jest tylko w kategoriach zabawy intelektualnej. – Zwykle znamy tylko niewielki fragment rzeczywistości, więc wysuwanie zbyt daleko idących wniosków nawet przy założeniu, że coś przebiegłoby inaczej, jest trudne – mówi Wołoszański.
O ile jednak na zdarzenia przypadkowe, nawet jeśli przesądzają o czymś „o włos”, nikt nie ma wpływu, nieco inaczej jest z sytuacjami, które są wynikiem zupełnie świadomych decyzji. Do dziś trwają dyskusje o racjach stojących za stanem wojennym. Czy generał Wojciech Jaruzelski musiał go wprowadzać, bo inaczej groziłaby nam sowiecka interwencja, czy wręcz przeciwnie? Dywaguje się też, czy słuszne było powołanie ostrożnego Tadeusza Mazowieckiego w 1989 r. na pierwszego niekomunistycznego premiera. Wielu historyków za błędne uważa też przeprowadzenie w 1990 r. powszechnych wyborów prezydenckich, zamiast wyboru głowy państwa przez Zgromadzenie Narodowe, i upatruje w tym dzisiejszych ustrojowych problemów ze względu na polaryzujący charakter osoby posiadającej silny mandat ze strony narodu, który każe mu się „rozpychać”.
Historyk i autor książek historycznych Piotr Zychowicz przyznaje, że historia alternatywna może być traktowana w sposób poważny i niepoważny. Ta druga opcja to rozważania w rodzaju: „co by było, gdyby Hitler utopił się jako dziecko, jeżdżąc na łyżwach po zamarzniętym stawie”. Natomiast czym innym jest analizowanie decyzji polityków, którzy stali przed określonym wyborem. W tym przypadku historia alternatywna bywa narzędziem użytecznym. Bo jeżeli nie przeanalizujemy wszystkich możliwych opcji, nie będziemy wiedzieć, czy podjęto właściwą decyzję. Polityków dotyczy to tym bardziej, że takie decyzje jak wejście do wojny przeciwko Niemcom, a nie Sowietom w 1939 r., albo wywołanie powstania warszawskiego 1 sierpnia 1944 r. – pociągały za sobą fundamentalne konsekwencje dla państwa i narodu. Tym bardziej, zdaniem Zychowicza, powinniśmy analizować wszystkie opcje, które były na stole.
W powieści „Dallas 63” bohaterowi udaje się udaremnić zamach na Johna F. Kennedy’ego. Gdy jednak wraca do współczesności, zastaje świat po wojnie nuklearnej, rodem z wizji George’a Orwella. To oczywiste memento, pozwalające postawić tezę, że jeśli historia potoczyłaby się innymi torami, to wcale nie znaczy, że lepszymi – w którymś momencie mogłoby się zdarzyć coś, czego sobie nawet nie potrafimy wyobrazić. Dotyczy to także polskiej polityki. Zapewne gdyby nie wspomniane wyżej przedterminowe wybory w 1993 r. i przytłaczające zwycięstwo SLD i PSL, nie byłoby konstytucji z 1997 r. i innych fundamentalnych ustaw, na czele z kodeksem karnym. Uchwalonych właśnie dlatego, że Sejm II kadencji nie był rozdrobniony. Nie wiadomo też, czy w innej konstelacji politycznej udałoby się wejść do NATO i Unii Europejskiej, albo doszłoby do tego kiedy indziej i na innych warunkach.
Jest oczywiście jedno zdarzenie w najnowszej polskiej historii, zapobieżenie któremu nie ma politycznej ceny. To katastrofa smoleńska. W tym jednym przypadku pozostaje żal, że moje dywagacje to jedynie zabawa w political fiction.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















