Kwaśniewski negocjator. Były prezydent może jeszcze przydać się Polsce

Aleksander Kwaśniewski żyje w komforcie, przyjmując pielgrzymki ważnych ludzi z całego świata. Do krajowej polityki wracać nie zamierza, ale i tak nadchodzący rok może być jego.
Czyta się kilka minut
Aleksander Kwaśniewski podczas IV Kongresu Forum Postępu. Warszawa, 13 maja 2023 r. // Fot. Adam Chełstowski / Forum
Aleksander Kwaśniewski podczas IV Kongresu Forum Postępu. Warszawa, 13 maja 2023 r. // Fot. Adam Chełstowski / Forum

Najbardziej irytujące pytanie, którego nie da się uniknąć w rozmowie z Kwaśniewskim, dotyczy jego potencjalnej roli na lewicy. Brzmi jak zgrane: „to kiedy następna płyta?” w wywiadzie z gwiazdą rocka. Były prezydent politykę krajową ma jednak dawno za sobą. – Z tramwaju partia wysiadłem na przystanku Polska. Koniec i kropka. Nie należę do żadnego ugrupowania. Zresztą nie znajdzie pan w polskiej polityce faceta, który należał tylko do dwóch. Z czego jedną rozwiązał, a drugą założył – mówi w rozmowie z „Tygodnikiem” Aleksander Kwaśniewski.

Dziś żyje w komforcie. Niedawno ukazała się jego biografia, pielgrzymują do niego dyplomaci, biznesmeni, urzędujące VIP-y z różnych państw i z niemal każdej strony sceny politycznej. Pytają o radę, świadomi, że Kwaśniewski wie, o co naprawdę chodzi w polityce wschodniej. Jako jeden z nielicznych potrafi rozróżnić to, co błyszczące, od substancji i treści. Wie, kto jest ważny, a kto ważnego tylko udaje. Zna „schiemy”, czyli metody dobijania targów, a towarem szczególnej wagi jest Ukraina – temat, w który zainwestował jeszcze w czasach wczesnego Leonida Kuczmy. Prywatnie jego dobrego znajomego.

Im bliżej rozmów o zamrożeniu konfliktu z Rosją, tym większy ruch u byłego prezydenta Polski. Jedni chcą wiedzieć, jak potoczą się losy wojny, innych interesują kadry – kto jest na dnie, a kto ma perspektywy. W przeszłości prośby o rady w tych kwestiach pojawiały się nawet z MSZ kierowanego przez wywodzącego się z PiS ministra Zbigniewa Raua. Dopytywano o pozycję Petra Poroszenki i czy warto postawić na niego jako przyszłego kingmakera, gdy zgra się karta Wołodymyra Zełenskiego.

Dziś, jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, rząd Tuska sonduje możliwość zaangażowania byłego prezydenta w niezwykle prestiżową misję w Azji. Miałby tam promować naszą wizję bezpieczeństwa na wschodniej flance NATO i nad Dnieprem.

Wygląda więc na to, że rok 2025 będzie rokiem Aleksandra Kwaśniewskiego w polityce wschodniej: w roli nieoficjalnego kanału komunikacji, którym można próbować regulować ważne, delikatne sprawy.

Ukraina za karierę w ONZ

Już w 2004 r. – jak przyznaje sam Kwaśniewski – Ukraina mogła pokierować jego losem w zupełnie innym kierunku. W czasie pomarańczowej rewolucji, gdy zbliżał się koniec drugiej kadencji w Pałacu, realne było wypromowanie go przez USA na sekretarza generalnego ONZ. Pozostawało jedno „ale”.

– John Bolton, wówczas ambasador USA przy ONZ, pytał, czy byłbym zainteresowany takim stanowiskiem. To była kusząca wizja – przyznaje były prezydent. Polska rok wcześniej jednoznacznie poparła Stany Zjednoczone w tzw. wojnie z terroryzmem. Na szybko zorganizowano kontyngent wojskowy, który wysłano do Iraku, a kierowany przez Zbigniewa Siemiątkowskiego UOP oraz Agencja Wywiadu stały się niemal delegaturą CIA na Europę Środkową.

Jesienią 2004 r. wybuchła jednak ukraińska rewolta, a Kwaśniewski jako przyjaciel Kuczmy mediował na rzecz znalezienia porozumienia między prozachodnim obozem Wiktora Juszczenki a oligarchami donieckimi i popieranym przez Kreml Wiktorem Janukowyczem. Dla obu stron Polak był wiarygodny, i choć pojawiały się momenty, w których „donieccy” planowali siłowo rozgonić protesty na Majdanie, to Kwaśniewski do spółki z Kuczmą gasili te pomysły. Obaj nie chcieli, by Ukraina wpadła w objęcia Władimira Putina.

– Dokładnie pamiętam moment, w którym moja kandydatura do ONZ przepadła. Przed anulowaniem przez ukraiński sąd drugiej tury wyborów prezydenckich jesienią 2004 r. prowadziliśmy rozmowy w Pałacu Maryjskim. Uczestniczył w nich również człowiek, którego dobrze znałem, były premier Rosji, a wówczas ambasador w Kijowie Wiktor Czernomyrdin. Pewnego dnia siedziałem w przerwie obrad gdzieś z boku na parapecie. Podszedł do mnie i zaczął wychwalać: „Słuchaj Aleksander, doskonale prowadzisz te rozmowy. Byłbyś znakomitym sekretarzem generalnym ONZ”, mówił. Odpowiedziałem mu: „Wiktor, doskonale rozumiem, co do mnie mówisz. Ale wiesz, my tu musimy sprawy przeprowadzić do końca”. To była ostatnia oferta. Wiedziałem, że bez poparcia Rosji nie mam szans zostać sekretarzem generalnym – relacjonuje nam Kwaśniewski.

Sugestia Czernomyrdina była jasna: Polak wycofuje się lub markuje rozmowy, przestaje zgłaszać postulaty na rzecz porozumienia Juszczenko–Janukowycz i daje wolną rękę rosyjskiej dyplomacji. Kreml zaś popiera go w – zgłoszonych przez Boltona – planach objęcia stanowiska.

– To była propozycja nie do odrzucenia. Czernomyrdin tłumaczył: „Zrozum, co mówię. Jeśli temat zamkniemy jakoś korzystnie, możesz na nas liczyć”. Dziś wspominam to z pewną dumą. Temat sekretarza generalnego został zamknięty – dodaje.

Finalnie ukraiński sąd, m.in. w rezultacie zaangażowania Kwaśniewskiego, unieważnił drugą turę wyborów i zdecydował o jej powtórzeniu. Wygrał Juszczenko, a państwo na jakiś czas weszło na prozachodni kurs, który w 2008 r. mógł się nawet zakończyć zaproszeniem do NATO. Plan nie wypalił z powodu weta Niemiec. Później był drugi Majdan przeciwko odwracającemu się od Unii Janukowyczowi, aneksja Krymu i wojna na dużą skalę.

Z Witalijem Kliczko po ceremonii zaprzysiężenia prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki. Kijów, 7 czerwca 2014 r. // Fot. Krystian Maj / Forum

Sprzedaż Tymoszenko

Przed drugą rewolucją – zanim na ulicy Instytuckiej w Kijowie polała się krew – Kwaśniewski po raz kolejny szukał kompromisu. Przed wileńskim szczytem UE–Ukraina w listopadzie 2013 r. kością niezgody było uwięzienie przez prezydenta Janukowycza (wybranego po kompromitacji „pomarańczowych” elit i odejściu Juszczenki) byłej premier Julii Tymoszenko.

Kwaśniewski i były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Irlandczyk Pat Cox prowadzili wtedy rozmowy z władzami w Kijowie. Cox opowiadał mi później o Kwaśniewskim jako tym, który najlepiej potrafił rozpoznać słabości drugiej strony. Pełen emocji Janukowycz przekonywał wówczas o słuszności wsadzenia do więzienia Tymoszenko. Mówił, że kradła i że ma na kontach poukrywanych 14 miliardów dolarów. Kwaśniewski miał poprosić o nazwy banków i offshorów, w których te pieniądze są zdeponowane, dodając, że UE jest organizacją opartą na praworządności, która zamrozi wszystkie ukradzione pieniądze i przestanie bronić Tymoszenko – jeśli zarzuty okażą się prawdą.

Cox twierdzi, że Janukowycz nigdy nie podał konkretów; sam Kwaśniewski jest przekonany, że nie z powodu krystalicznej czystości Tymoszenko. Raczej dlatego, że w tych samych offshorach i na bazie tych samych schematów ukrywał to, co sam nakradł. – Nie chciał nam przekazać tej wiedzy, bo bał się, że przy okazji namierzymy jego majątek – komentuje Kwaśniewski.

W pewnym momencie polski prezydent był świadkiem sytuacji, w której Janukowycz zaproponował… sprzedaż Tymoszenko, czyli wysłanie jej zza krat do Niemiec. Za połowę kwoty, o której mówił Coxowi, czyli za 7 mld dolarów – oficjalnie miały to być pieniądze przekazane Ukrainie na odnawialne źródła energii i później rozdysponowane w przetargach dla ludzi związanych z klanem Janukowycza.

– Otwieraliśmy kanał komunikacji – śmiał się wówczas Cox (rozmowę opublikowałem w napisanej wspólnie z Michałem Potockim książce „Wilki żyją ponad prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę”). Pieniądze miała przekazać Angela Merkel, ale nie zgodziła się uczestniczyć w de facto handlu żywym towarem i przestała mówić Janukowyczowi „dzień dobry”. Gardziła nim. Jak relacjonują osoby z otoczenia Kwaśniewskiego, on z kolei uważał go za głupka i mitomana.

Casus syna Bidena

Po Majdanie w 2014 r. Kwaśniewski i Ukraina to przede wszystkim biznes i zamieszanie wokół firmy Burisma. Trafił do niej syn Joego Bidena – Hunter. Do dziś tamta sprawa kładzie się cieniem na relacjach Zełenskiego z Donaldem Trumpem. W 2019 r. Amerykanin w czasie swojej pierwszej kadencji szukał za pośrednictwem Rudy’ego Giulianiego kompromatów na szykującego się do walki o Biały Dom Bidena seniora. Zełenski lawirował. Niby rozmawiał z Trumpem, aby w rzeczywistości nic mu nie dać, co ten pamięta do dziś. Osobą, która wprowadziła Huntera Bidena do Burismy, miał być rzekomo Kwaśniewski. Koncern kontrolował były minister środowiska Ukrainy Mykoła Złoczewski, znajomy eks-prezydenta. Kwaśniewski jednak zaprzecza.

– Nie zaproponowałem Bidena, choć, jak się potem okazało, był niełatwy, ale całkiem kompetentny. Faktem jest jednak, że Hunter Biden do mnie zadzwonił. Pytał, co to za firma. Mówiłem mu, że wspieranie Burismy ma sens. Bo to uniezależnia Ukrainę od rosyjskiego gazu. Z Joe Bidenem o tej sprawie nigdy nie rozmawiałem – zapewnia.

Ostatecznie cała sprawa obróciła się przeciwko prezydentowi Trumpowi, który został poddany procedurze impeachmentu. Oskarżono go o wykorzystywanie pieniędzy publicznych w celu zdobycia materiałów kompromitujących Bidena i uzyskania w ten sposób przewagi w wyborach.

Trzeba spotkać się z Trumpem

Obecne przygotowania do rozmów o rozejmie między Ukrainą i Rosją domykają Kwaśniewskiemu sprawy zapoczątkowane w Kijowie w czasie rządów Kuczmy. Były polski prezydent współorganizuje (razem z Wiktorem Pinczukiem, jednym z najbogatszych oligarchów ukraińskich, a prywatnie zięciem Kuczmy) YES, czyli forum Yalta European Strategy. Spotykają się na nim cyklicznie ludzie, którzy prowadzą nieformalne konsultacje i wypracowują rozwiązania. Pojawia się tam również Wołodymyr Zełenski i jego „wiceprezydent” Andrij Jermak. Kręcą się ludzie z rządu, w tym premier-figurant Denys Szmyhal czy szef wywiadu wojskowego gen. Kyryło Budanow. YES stał się platformą przekazywania informacji, którymi nie wypada dzielić się w oficjalnych relacjach i podawać do mediów.

W tym roku atmosfera w YES była daleka od nawet umiarkowanego optymizmu. Jedno z opracowań, które powstało na tym forum, dotyczy wariantów rozwoju konfliktu w Ukrainie. Jego tytuł to: „Scenariusze przegranej lub zwycięstwa do 2030 roku”. Zakreślona perspektywa zakłada co najmniej pięć lat mniej lub bardziej intensywnej wojny.

Kwaśniewski jest przekonany, że jeśli dojdzie do zamrożenia konfliktu, będziemy świadkami zaledwie pauzy. – Putin był blisko wygranej na Ukrainie w 2004 r., i to w nim siedzi. Dwa lata wcześniej miałem z nim rozmowę o jego marzeniu, wizji Wielkiej Rosji. Po pomarańczowej rewolucji miał już na to plan. Po aneksji Krymu plan stał się obsesją – twierdzi Kwaśniewski. Dodaje, że dziś zadaniem numer jeden dla Polski powinna być próba wpłynięcia na Trumpa, aby zamrożenie konfliktu nie przetrąciło Ukrainie kręgosłupa i nie zachęciło Putina do kolejnej wojny. Wariantem maksimum jest pełne członkostwo w NATO.

– Trzeba znaleźć pretekst, aby spotkać się z Trumpem jak najszybciej. Wszystkiego, co jest do wykorzystania, trzeba użyć. Polska ma dwa poważne tytuły do tego, żeby odegrać tu rolę. Na początku roku rozpoczyna się nasza prezydencja w Unii. Gdy w tej roli były Węgry, Viktor Orbán pierwszą wizytę złożył u Putina. Teraz można to odwrócić. Tusk i Duda mogą pojechać do Waszyngtonu 20 stycznia 2025 r. Do tego dochodzi czynnik psychologiczny. Andrzej Duda zna się z Trumpem i jest między nimi chemia. On realnie jest w stanie coś załatwić. Dlaczego nie mielibyśmy z tego skorzystać? Ma szansę na ciekawy last dance – komentuje.

To oczywiście wariant idealny. Jak na razie nie ma chemii ani między Trumpem i Tuskiem, ani między Tuskiem i Dudą. Dla tej drugiej pary kością niezgody jest oczywiście podwórko krajowe, głównie spór o ambasadorów, odbijający się na ich współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa.

Upychanie swoich

Kwaśniewski w tym konflikcie krytykuje Dudę. W TVN mówił o „wystawieniu na śmieszność” Polski przez prezydenta. Zapomina jednak, że sam jako głowa państwa był pierwszym, który przetestował zapisy konstytucji podczas własnej walki o ambasadorów. Jeden z polityków lewicy z okresu rządów AWS i później SLD przekonuje, że prezydent traktował kwestie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa ambicjonalnie. – Wiedział, że w tej dziedzinie będzie silny na tyle, na ile sam się rozepcha – mówi.

Dziś Kwaśniewski przyznaje, że prezydent Duda powinien mieć prawo do pozostawienia swoich byłych ministrów z Kancelarii na placówkach takich jak Pekin, Bukareszt czy Nowy Jork (przy ONZ). Ale rząd powinien zachować możliwość obsadzenia najbardziej strategicznych dla polityki zagranicznej ambasad – po swojemu. Wymienia Waszyngton, NATO, UE, Kijów, Londyn, Paryż, Berlin i Seul. Gdy sam kończył prezydenturę w 2005 r., nie był tak hojny dla rodzącego się wtedy nowego układu politycznego, w którym nadszedł zmierzch SLD, a na horyzoncie pojawił się tzw. PO-PiS. Za pośrednictwem swojego człowieka w MSZ, dyrektora generalnego Krzysztofa Jakubowskiego (szwagra ówczesnej posłanki SLD Aleksandry Jakubowskiej), mocno wpływał na politykę kadrową na zagranicznych placówkach.

Zgodnie z konstytucją, ambasadorów powołuje i odwołuje prezydent na wniosek szefa MSZ. Zazwyczaj porozumienie rodzi się podczas zakulisowych negocjacji. W tej walce Kwaśniewski był dość apodyktyczny. Do Kijowa wysłał autora swoich przemówień i znawcę spraw ukraińskich Jacka Kluczkowskiego. Były poseł SLD i działacz sportowy Stefan Paszczyk pojechał do Argentyny. Andrzej Załucki, w latach 70. związany z socjalistycznym ruchem studenckim, a za SLD wiceszef MSZ – trafił do Pragi. Do Kopenhagi pojechał inny wiceszef MSZ Jakub Wolski (kilka lat temu przyznał się do tajnej współpracy ze służbami PRL), a do Seulu p.o. szefa Agencji Wywiadu pułkownik Andrzej Derlatka. Wszyscy mieli być najwyższej klasy fachowcami, popieranymi przez głowę państwa.

Tyle że Andrzej Duda również twierdzi, że każda osoba, której podpisywał listy uwierzytelniające, jest wysokiej klasy fachowcem. Tak naprawdę jednak upychanie swoich ludzi na zasłużonych placówkach to od lat powszechna praktyka.

Kwaśniewski brał udział w takich grach już w 2001 r., kiedy pozwolił nowemu ministrowi spraw zagranicznych z SLD, Włodzimierzowi Cimoszewiczowi, na odwołanie do kraju ambasadorów wylansowanych przez rząd AWS, ale zaakceptowanych przez samego prezydenta. Była jeszcze kwestia Radosława Sikorskiego, który miał jechać na placówkę przy NATO, ale idący po władzę SLD patrzył na to krzywo. Miejsce było strategiczne. Dlaczego miało trafić w ręce byłego wiceszefa MON i MSZ w rządach Olszewskiego i Buzka?

– Sikorski był kandydatem do NATO, ale Cimoszewicz chciał mieć w Sojuszu osobę, której będzie w pełni ufał, a nie spadek po Buzku. Wymyśliłem kompromis, że skoro nie przy NATO, to niech Sikorski zostanie ambasadorem w Belgii. To przecież również Bruksela. Jednak Cimoszewicz był uparty. To było zderzenie dwóch silnych osobowości – wspomina utrącenie Sikorskiego Aleksander Kwaśniewski.

Mit NATO

Wokół Kwaśniewskiego od lat krąży wiele pogłosek o jego przyszłej roli na świecie. Miał być już sekretarzem generalnym ONZ, szefem NATO, a nawet przewodniczącym Parlamentu Europejskiego (choć nigdy nie był deputowanym do PE). On sam traktuje te doniesienia z dystansem. – Trzeba się zmieścić w pewnym okienku czasowym od odejścia ze stanowiska we własnym kraju. To maksymalnie pięć lat. Nie wiążę z tym żadnych emocji – komentuje. Zresztą jego zdaniem Mark Rutte nie jest najgorszym wyborem, a Trump ma z nim dobry kontakt. – On nawet nie zgadzając się z Trumpem, nie wywoływał u niego furii. Ze starej Unii jedynymi, którzy dają sobie radę, są właśnie Rutte, a w przeszłości Jean Claude Juncker. On załatwiał sprawy z Trumpem pół żartem, pół serio, pół na trzeźwo, pół nietrzeźwo – dodaje.

I Rutte, i Juncker mają wiele cech Kwaśniewskiego. To brokerzy rozwiązań. Oderwani od ideologii politycy od wałkowania porozumień, którzy mają status osób ponadpartyjnych i zdolnych do kompromisu. O ponadpartyjności samego Kwaśniewskiego krążą zaś legendy. Po zwycięstwie PiS w 2015 r. powstał spór o kandydata na ambasadora w Ukrainie. Był nim rzecznik ministra Sikorskiego, a następnie Grzegorza Schetyny Marcin Wojciechowski. Nowy szef MSZ Witold Waszczykowski nie chciał go jednak na placówce w Kijowie. Jeden z ministrów z PiS w rozmowie ze mną przekonywał, że jego partia szukała kogoś wagi ciężkiej. Wtedy padło nazwisko Kwaśniewskiego. Poprosiłem o powtórzenie: czy aby na pewno chodzi o byłego prezydenta? Polityk zapewniał, że się nie przejęzyczył.

Skoro tak, Kwaśniewski rzeczywiście osiągnął polityczną nirwanę. Jego zakres możliwości sięga od Silnych Razem do PiS. W dyplomacji podobnie. Nie uprawia jej na platformie X. Szanuje dyskrecję, a przede wszystkim ludzi, którzy starają się dotrzymywać umów. I wciąż jest blisko gier o wysoką stawkę.

ZBIGNIEW PARAFIANOWICZ jest dziennikarzem „Dziennika Gazety Prawnej”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Negocjator