Na początku był wyciek. I sobotni poranek tuż przed majówką. Znaleziony w sieci fachowiec wysłuchał objawów, po czym rzucił niechętnie do słuchawki: „Uszkodzony kołnierz bębna pralki. Przy sobocie to minimum trzysta złotych za samą robociznę. Plus części – o ile w ogóle dzisiaj uda się je dostać”.
Dwie godziny później, siedząc przed wielką suszarką w publicznej pralni, Kamil Derkuś z nudów wpisał do YouTube’a hasło „wymiana kołnierza bębna pralki”. Wyskoczyło kilkanaście filmików. W tym jeden, na którym krok po kroku pokazano, jak to zrobić w modelu, który właśnie mu się zepsuł. Odtworzył go, jak mówi, wyłącznie z ciekawości.
Remontowo-budowlany bakcyl
– Ale kilka godzin później zamówiłem w sieci ten gumowy kołnierz. Niecałe 170 zł wraz z metalową obejmą do montażu. Po majówce kurier przyniósł paczkę i z telefonem w jednej dłoni, a śrubokrętem w drugiej, spocony ze strachu, przystąpiłem do naprawy. Tuż potem wstawiłem pierwsze pranie w osobiście naprawionej pralce. No, satysfakcja jak jasna cholera – uśmiecha się Kamil.
– Wciągnęło mnie to, w ten sam sposób nauczyłem się naprawiać wyrwane ze ściany gniazdka, uszczelniać kapiące krany, łatać dziury w ścianach. Żona mi dokucza, że jak już wszystko w naszym domu zreperuję, to pewnie zacznę psuć, żeby nie brakło mi zajęć – zaznacza.
Kamila fascynuje również spawanie, ale trochę się boi, więc chyba zapisze się na kurs. W tym przypadku nauka z internetu może już nie wystarczyć.
Wojtek prosi, żeby go nie wymieniać z nazwiska. Teściowa czyta „Tygodnik Powszechny”, a wszystko zaczęło się przecież od jej męża.
– Przed narodzinami drugiej córki teść przywiózł nam prezent, łóżeczko dziecięce. Miało taki fantazyjny wysoki zagłówek, który trzeba było przymocować do ściany, wziął więc także wiertarkę, bo wiedział, że nie mam.
Żony nie było w mieszkaniu. Skręciliśmy łóżeczko, pozostało dosunąć je do ściany, zaznaczyć otwory i wywiercić pod kołki. Poprosiłem teścia, żeby to zrobił, bo się boję. „Przy tej czynności nie da się wcisnąć CRTL Z” – zażartowałem, żeby ukryć zakłopotanie. Odpowiedział pełnym politowania spojrzeniem. „No, księżniczka” – dorzucił.
Młodsza córka Wojtka niebawem skończy cztery lata. A z okazji zbliżającego się 50-lecia małżeństwa teść dostanie rzeźbioną ramę na ślubne zdjęcie, osobiście wykonaną przez Wojtka w jego warsztacie stolarskim.
– Naprawdę jestem mu wdzięczny. Otworzył mnie na świat, którego istnienia sobie nie uświadamiałem – zapewnia.
Małgorzaty Świerczak na nic nie trzeba było otwierać, bo już jako dziecko lubiła zapach świeżej farby i zaprawy murarskiej. Trzydzieści kilka lat później w jej życiu przypadkiem pojawił się Mario Budowlaniec ze swoim kanałem remontowym na YouTubie.
W poczekalni u dentysty Gośka czekała na szwagierkę. Tuż obok młody mężczyzna zabijał przedzabiegowy stres oglądając jakiś film z internetu. Nie widziała obrazu, docierał do niej jedynie męski głos, tłumaczący w przystępny sposób kolejne etapy wylewania samopoziomującej wylewki.
Samopoziomującej? Jest w ogóle coś takiego? Małgorzata nie wytrzymała, spytała, co to za kanał. I tak wpadła w świat remontowo-budowlany.
– Grill z cegły klinkierowej, który wymurowałam w ogrodzie za domem, wygląda jak karykatura tego, który wyszedł Mariowi, ale jest mój – mówi. – Mąż pomagał przy najcięższych pracach, większość zrobiłam jednak sama. Przecinałam szlifierką kątową pręty zbrojeniowe, rozrabiałam zaprawę, docinałam cegły. No nic nie poradzę, pękam z dumy – dodaje z uśmiechem.
Gosi marzy się teraz pawilon ogrodowy z sauną i jacuzzi. Dokładnie taki, jaki w jednym z filmów postawił u siebie Mario Budowlaniec. Ale to już większy budżet i o wiele trudniejsze wyzwanie. Może kiedyś.
Początkujący majsterkowicze
Małgorzata uczy angielskiego w liceum. Wojtek, z wykształcenia socjolog, pracuje w polskim oddziale dużego koncernu chemicznego. Kamil kieruje zespołem informatyków w spółce wytwarzającej prąd z fotowoltaiki. Różne życiorysy, inne środowiska i miejsca zamieszkania. Każde z nich krzywi się jednak na sugestię, że majsterkują.
– Gdyby ktoś powiedział mojemu dziadkowi, że jest majsterkowiczem, bo umie naprawić kapiący kran, pewnie popukałby się w czoło – zapewnia Kamil. – Mam raczej poczucie, że wyplątuję się z jakiejś absurdalnej bezsilności, ucząc się na powrót rzeczy, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu należały do kanonu codziennych umiejętności.
- Majsterkowicz? Czyli inaczej złota rączka? – dopytuje Gosia. – Mnie bliżej do mojej chrzestnej, która z szablonów z pisma „Praktyczna Pani” wycinała i szyła sobie sukienki. Bez precyzyjnej wskazówki, co, jak i czym połączyć, jestem na razie w swoim hobby bezradna. Ale się uczę – zaznacza.
– Majsterkowiczem to był Adam Słodowy – macha ręką Wojtek. – Robił rzeczy, których po prostu nie dało się kupić. To, co sobie wydłubuję w garażu, stoi tymczasem w każdym sklepie z meblami. Ale żadne krzesło ze sklepu nie zapewni takiej frajdy, jak zbudowanie krzesła.
Wojtek przesyła zdjęcia projektów, z których jest szczególnie dumny.
Ostatnie dzieło, przeszklony stolik kawowy z orzecha włoskiego, z miejscem do przechowywania szachów po dziadku, wyszedł mu już niemal profesjonalnie, ale uczciwie zaznacza, że wzorował się przy tym projekcie na meblu, który zbudował jeden ze stolarskich youtuberów. Facet – tłumaczy – na co dzień jest okulistą, który poczuł też powołanie do stolarstwa.
– Film, na którym robił ze sklejki SUP-a do pływania po jeziorze, widziałem chyba dwadzieścia razy – zapala się Wojtek. – Hipnotyzuje mnie precyzja jego ruchów, delikatność połączona z pewnością. Właśnie za to pokochałem pracę w drewnie. W biurze czas goni nieustająco. Drewno nie toleruje pośpiechu.
Jeśli przy szlifowaniu zaczniesz się spieszyć, będziesz nieświadomie naciskać na powierzchnię i wydrzesz w niej zagłębienia. W stolarstwie nie da się też oszukiwać. Jeśli projekt wymaga gdzieś kąta prostego, to musi być 90 stopni, nie 91 czy 89. Zgubisz pół stopnia i pół metra dalej ścianki mebla nie zejdą się idealnie.
Powrót zapomnianych umiejętności
Nasi bohaterowie są już po czterdziestce. Ich pokolenie weszło w Polsce w dorosłość w specyficznym momencie dziejowym. Końcówkę lat 90. i pierwszą dekadę XXI wieku naznaczyła szybka transformacja w stronę zachodniego społeczeństwa konsumpcyjnego i gospodarki opartej na usługach.
Nowe czasy potrzebowały nowego systemu wartości. A także nowego wzorca zachowań konsumenckich, który na wszelki wypadek zapisywano w produktach już na etapie ich projektowania za sprawą tzw. zaprogramowanego postarzania (ang. planned obsolescence).
Polskie społeczeństwo, które jeszcze dekadę wcześniej funkcjonowało w świecie chronicznego niedoboru i wymuszonej nim improwizacji, nagle zostało otoczone nadmiarem przedmiotów obmyślonych i skonstruowanych w taki sposób, by psuły się tuż po wygaśnięciu ochrony gwarancyjnej, a ich naprawa była nieopłacalna.
W krótkim łańcuchu pokarmowym łączącym konsumentów z producentami nie było już miejsca na „złote rączki”, które w nieautoryzowany sposób usiłowałyby przedłużyć życie temu, co powinno wylądować w śmietniku. Dorastanie w takim świecie redukowało spektrum umiejętności niezbędnych w dorosłym życiu właściwie do jednego. Do zarabiania pieniędzy.
Kamil Derkuś: – Niedawno wróciła do mnie scena z wczesnego dzieciństwa. Miałem może siedem lat. Ze starszym dziesięć lat bratem byliśmy u dziadków na wsi. Próbowałem coś zdjąć z górnej półki w szafie, ale tak niefortunnie oparłem się o jej otwarte drzwi, że niechcący oberwałem jedno skrzydło.
Dziadek był krewkim facetem, nie rozpieszczał wnucząt, więc się przeraziłem. Brat zobaczył, jak się trzęsę, i chyba zrobiło mu się mnie żal. Znalazł narzędzia i jakoś te wyrwane zawiasy przykręcił. Nie wiem, czy porządnie, dziadek się w każdym razie nie zorientował.
Kiedy sobie to przypomniałem, uświadomiłem sobie, że dziesięć lat później, będąc w jego wieku, nie wiedziałbym, jak się w ogóle zabrać do tego wyrwanego zawiasu. A przecież wychowali nas ci sami ludzie!
Gdy w 2014 roku TNS OBOP przepytywał Polaków z praktycznych umiejętności,
- ponad 90 proc. ankietowanych zapewniało, że umie samodzielnie wymienić żarówkę. Niemal tyle samo twierdziło, że radzi sobie z odmrożeniem lodówki, sklejeniem pękniętych elementów z plastiku, przybijaniem gwoździ, przyszywaniem guzików i przetykaniem zatkanych kranów.
- 83 proc. respondentów wysoko oceniało siebie także w roli malarzy pokojowych.
- Wiercenie dziur w ścianach przerastało już jednak aż 25 proc. Polaków.
- Naprawa wyrwanego gniazdka elektrycznego była poza zasięgiem umiejętności 46 proc. respondentów.
W podsumowaniu autorzy badania podkreślali też, że im młodsi byli ankietowani, tym częściej w odpowiedziach sygnalizowali braki umiejętności.
– Dlatego powtarzam, że wracamy z dalekiej podróży – ciągnie Derkuś w reakcji na zacytowane wyniki badań. – Dużo mówi się teraz o bezpieczeństwie i odporności. Ludzie chodzą na strzelnicę, w lesie bawią się w preppersów, za ciężkie pieniądze uczą się na kursach przetrwania, jak oskórować kuropatwę.
A potem okazuje się, że większość tych silnych facetów, gadających w kółko o odporności i samowystarczalności, dzwoni po hydraulika, jak się im zatka kibel. Mnie moja bezsilność w pewnym momencie zaczęła wręcz wkurzać. Zwłaszcza gdy zdałem sobie sprawę, ile można na niej zarobić – dodaje.
Ile jest warte polskie majsterkowanie?
Nic dziwnego, że nikt jeszcze nie zlecił – a przynajmniej nie opublikował – badań szacujących polską skalę fenomenu zwanego z angielska DIY. Do it yourself, czyli zrób to sam, to w istocie postawa antyrynkowa. A rynek łaknie pieniędzy konsumentów, nie będzie więc płacić za badania, które pokażą, jak wielu z nich próbuje obejść uświęcone reguły konsumpcji i bawi się w domu w fachowców.
Zarazem jest jednak pragmatyczny i nie zmarnuje okazji do zarobku, który tworzy mu rosnące zainteresowanie majsterkowaniem.
Dlatego u tych, którzy już połknęli bakcyla, dyskretnie stymuluje ten trend, finansując i wspierając sprzętowo kolejne internetowe osobistości DYI, które niczym mistrzowie ceremonii wprowadzają nowych adeptów do świata majsterkowania. Konsument próbuje zaoszczędzić naprawiając pralkę samemu? To zaopatrzmy go w górę narzędzi, a wcześniej zadbajmy, by poczuł, że są mu niezbędne.
A skoro ma w szafie osobne ubrania na narty, w góry, do biegania, na rower i na inne okazje, nie dopuśćmy też, by pochylał się nad tą pralką w zwykłym podkoszulku i dżinsach. Ceny tzw. odzieży ochronnej w sklepach dla majsterkowiczów wprawiłyby dziś w osłupienie każdego behapowca, który pamięta lata 90. i ubrania na budowę kupowane na wagę.
Polska podąża tutaj ścieżką wydeptaną już w USA, gdzie najpopularniejsze youtubowe kanały spod znaku DIY zgromadzą milionowe widownie i sowite kontrakty reklamowe.
- DIY Creators z szeroką gamą porad, od prostego instruktażu montażu półki ściennej, aż po przepis na fundamenty? Ponad 3 mln subskrybentów i ćwierć miliarda odtworzeń.
- Kanał Four Eyes Furniture dla miłośników wyrafinowanego stolarstwa? Przeszło 1,3 mln subskrybentów i 234 filmy odtworzone dotąd łącznie ponad 112 mln razy.
- Świat majsterkowania i drobnych domowych remontów widziany oczyma zaradnej nowoczesnej kobiety – czyli kanał TheSorryGirls? Ponad dwa miliony widzów i już niemal pół miliarda wyświetleń od momentu powstania w 2010 r.
- Amerykanki ewidentnie były inspiracją dla Sylwii Czubkowskiej, Alicji Rzeczkowskiej i Barbary Sowy, znanych polskich dziennikarek, które w 2017 r. stworzyły kanał Majsterki, ale chyba straciły serce do projektu po nakręceniu zaledwie 43 filmów. Po drodze wydały jeszcze książkę na ten sam temat.
- Życiem tętni za to starszy o trzy lata kanał Pięć Sposobów Na (2,3 mln subskrybentów), w którym pięciu przyjaciół, prowadzących wcześniej stronę internetową spryciarze.pl, dzieli się doświadczeniem i obserwacjami związanymi z majsterkowaniem i odnawianiem starych przedmiotów. Od pewnego czasu panowie współpracują także z Castoramą, dla której regularnie przygotowują poradnikowe produkcje z cyklu „Mieszkanie od zera” czy „Arena pomysłów”.
- Na popularności zyskuje również Mario Budowlaniec, kanał Mariusza Piotrowskiego, który od 2014 roku uczy na YouTubie sztuczek remontowo-budowlanych. Maria śledzi już ponad pół miliona polskich internautów. Ma też oficjalnego partnera technologicznego, znanego niemieckiego producenta elektronarzędzi.
– Widać, jak z każdym rokiem polskie produkcje DYI obrastają lokowaniem produktów, reklamami, współpracami sponsorskimi, cóż, każdy musi z czegoś żyć – podkreśla Małgorzata Świerczak. – Na razie mnie to nie odrzuca. Ale ja lubię konkrety. Imponuje mi facet, który potrafi wyrównać krzywą ścianę. Z wiekiem coraz bardziej cenię praktyczne umiejętności i chyba nie jestem w tym odosobniona.
Jakie kompetencje zyskują na znaczeniu
Wiercenie może faktycznie onieśmielać kogoś takiego jak Wojtek, kto w pracy ma stale pod ręką kombinację klawiszy CTRL Z, która bezkarnie pozwala cofnąć każdą zmianę. Ale praca w regionalnym oddziale dużej korporacji zapewnia też wgląd w zaledwie wąski wycinek skomplikowanego procesu, na końcu którego pojawiają się dopiero efekty i można poczuć satysfakcję z dobrze wykonanej roboty.
Wojtkowi zdarzało się już zbierać z polskiego rynku dane do raportów dla centrali, która nawet nie była łaskawa poinformować, co zamierza nimi zmierzyć. Albo stracić dwa dni na naradzie, który odcień turkusu będzie optymalny na etykietę nowego produktu. Pracuje ciężko, ale nie zawsze wie, nad czym.
– Ale po takim maratonie idę do piwnicy, którą żona po długich targach pozwoliła mi przerobić na warsztat. Jest klaustrofobicznie, połowę miejsca zajmuje strugnica stolarska, z każdej ściany zwisają deski i narzędzia, ale wtedy lubię to uczucie ściśnięcia. Jest cicho. Pachnie świeżą tarcicą. Światło ma przyjemną ciepłą barwę.
Biorę na przykład strug i ścinam powierzchnię deski o milimetr. Albo delikatnie zarysowuję ją ołówkiem i następnie szlifuję papierem ściernym. Coraz mniejszą gramaturą, najpierw 80., na koniec nawet 220. Już godzina spędzona w tak uspokajającym otoczeniu, na powtarzalnych czynnościach, które przynoszą natychmiastowy efekt, potrafi zresetować głowę.
Wielu pracownikom umysłowym głowy zresetowały także ostatnie zmiany na polskim rynku pracy. W pierwszych dwóch dekadach transformacji łaknąca nowych, nieznanych wcześniej specjalności gospodarka wysoko wyceniała i premiowała umiejętności ze sfery biura i usług. Wraz z kolejną zamkniętą kopalnią, cukrownią i fabryką kurczyła się pula miejsc pracy dla osób o niskich kwalifikacjach zawodowych.
W dekadę lat 90. Polska weszła z około 5,2 mln etatów w przemyśle. Kończyła ją, mając ich już niespełna 2,9 mln.
Na domiar złego polskie społeczeństwo wyniosło jeszcze z PRL-u przekonanie o prymacie pracy umysłowej nad fizyczną, co wraz ze zmianami rynkowymi musiało się odbić na wysokości wynagrodzeń pracowników fizycznych. Pomiędzy nimi a pensjami w biurach rosła przepaść.
Od kilku lat widać tendencję odwrotną.
- Etaty biurowe dziesiątkuje dziś rozwój sztucznej inteligencji, która przejmuje call centers, coraz śmielej poczyna sobie w księgowości i łapczywie zerka już w stronę takich działów jak marketing i projektowanie.
- Po pandemii polski przemysł skorzystał tymczasem na próbach dywersyfikacji produkcji przez globalne marki, które boją się postawić wszystko na jedną chińską kartę.
- Przybyło także miejsc pracy w budownictwie, w magazynach, transporcie i w energetyce odnawialnej.
Nic też dziwnego, że w tegorocznej edycji badania „Barometr Rynku Pracy 2025” grupą, która najczęściej deklarowała, że w ciągu ostatniego roku dostała podwyżkę, byli właśnie pracownicy szczebla fizycznego i produkcyjnego (42,4 proc.).
Podwyżki zdarzały się najczęściej w handlu (43,1 proc.) oraz w przemyśle (42,7 proc.). Wśród pracowników sektora usługowego, w tym klasycznych białych kołnierzyków z biur, wzrostu zarobków dostąpiło zaledwie 30,7 proc.
Absolwenci zarządzania, politolodzy, historycy i filmoznawcy coraz częściej zadają więc sobie pytanie, czy dobrze obstawili przed laty, wybierając dwu- czy trójstopniowe studia humanistyczne. Zwłaszcza stojąc nad zepsutą zmywarką czy lodówką, za naprawę której absolwent szkoły zawodowej domaga się równowartości ich dniówki.
Dlaczego potrzebujemy majsterkowania
Badanie przeprowadzone w ub. roku przez pracownię sondażową SW Research pokazało, że w tzw. pokoleniu Z, czyli wśród urodzonych w latach 1995-2012, aż 53 proc. uważa pracę fizyczną za atrakcyjną lub wręcz bardzo atrakcyjną.
Za takim wyborem zdaniem „zetek” przemawia przede wszystkim dobre wynagrodzenie (taką odpowiedź wskazało aż 50 proc. ankietowanych), możliwość szybkiego wejścia na rynek pracy bez długoletnich studiów (48 proc.) oraz stabilne zajęcie, na które jest popyt (44 proc).
Ci, którym praca fizyczna wydała się z kolei mało atrakcyjnym wyborem, taką ocenę tłumaczyli najczęściej trudnymi warunkami, w jakich się ją zwykle wykonuje. Na niski prestiż społeczny zajęć fizycznych wskazał mniej niż co piąty ankietowany. Rzecz kilkanaście lat temu nie do pomyślenia.
Komuś, kto przespałby ostatnią dekadę, trudno byłoby się odnaleźć na aktualnej mapie polskich ambicji i życiowych priorytetów. Przeorała je pandemia, zamykając nas w domu i zwiększając w ten sposób znaczenie rodziny. Również w tak prozaicznym wymiarze, jak wyżywienie czy spędzanie wolnego czasu.
Nic też dziwnego, że w centrum naszego życia – jak pokazuje opublikowane w czerwcu badanie GUS o budżecie czasu ludności – jest dziś dom i sprawy rodzinne. Na przestrzeni ostatniej dekady statystyczny Polak zwiększył swoje zaangażowanie na rzecz domu aż o 14 minut w ciągu doby, a i tak uważa, że poświęca na to mniej czasu, niż by chciał.
Każdej doby statystyczny polski mężczyzna poświęca średnio godzinę i 53 minuty na prace, które można nazwać budowlanymi, porządkowymi i naprawczymi. Przeciętna kobieta – o 48 minut mniej.
W dobowym reżimie polskiej rodziny bardziej czasochłonna jest już tylko opieka nad dziećmi oraz uczestnictwo w kulturze (głównie poprzez streaming i telewizję). Zamknięci w domu podczas lockdownu zaczęliśmy go z nudów upiększać, naprawiać i udoskonalać – i tak już nam zostało.
Badanie GUS pokazało przy okazji, jak dużo składowych naszej codzienności pozostaje wciąż w wyłącznej sferze wpływów rodziny. Wartość tzw. nieodpłatnej nierynkowej pracy polskich gospodarstw domowych sięga 1,8 biliona złotych. W chwili przeprowadzania badania w 2023 roku stanowiła ona aż 53 proc. wartości PKB.
Gotowanie, sprzątanie, opieka nad dziećmi i osobami starszymi, ale także drobne naprawy czy nawet budowy realizowane metodą gospodarczą, czyli bez odpłatnej pomocy – wszystko to w dużej mierze nadal robimy sami. W krajach Europy Zachodniej to już sfera oddana sektorowi usługowemu.
Można widzieć w tej różnicy jedynie cywilizacyjną przepaść, która wciąż dzieli nas od Francji czy Luksemburga, ale można także dostrzec swoistą przewagę. We Francji nie odbyłaby się debata o „polskim hydrauliku”, gdyby dostatecznie wielu Polaków, w odróżnieniu od Francuzów, nie potrafiło samodzielnie naprawić kranu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















