Adam jest wysokim, siwiejącym mężczyzną, nosi jeansy, sportowe buty i duże słuchawki. Pracuje jako grafik, ma 51 lat, żonę i 9-letnią córkę. Ma również ogromne zamiłowanie do klocków Lego, szczególnie tych z kolekcji Star Wars (epizody od IV do VII) oraz Funko Pop. Bez wstydu przyznaje, że lubi kreskówki, kolorowanki i lepienie z plasteliny.
Dziecięcy świat w dorosłym wydaniu
– W dziecięcą tematykę wszedłem dopiero po narodzinach córki. Okazało się, że zajęcia manualne to moje antidotum na przebodźcowanie, sposób na wyciszenie i chwilę spokoju – mówi.
36-letnia Marta, project managerka w butikowej agencji kreatywnej, na spotkanie przychodzi w błękitnych ogrodniczkach i sneakersach. Ma sporo tatuaży, a w uszach kolorowe kolczyki z kwiatkami. Jest mamą, ma partnera i własne mieszkanie. Od lat zbiera literaturę fantastyczną, a na specjalnej półce w salonie kolekcjonuje przedmioty związane z Harrym Potterem, które ochoczo dostarczają jej znajomi.
– Tak naprawdę nigdy nie przestałam zbierać tych dziecięcych drobiazgów. Uwielbiam wszystko, co kojarzy się z dzieciństwem, bo mimo dorosłego wieku nie chcę tracić tej radości. Tym bardziej że dzisiejszy świat przytłacza mnie coraz bardziej – opowiada.
Adam i Marta należą do grupy kidults (połączenie angielskich słów kid – dziecko i adult – dorosły), czyli osób, które świadomie sięgają po dziecięcą estetykę, przedmioty i rozrywki. Określenie to po raz pierwszy użyte zostało w latach 50. XX wieku w USA – zostało stworzone przez przemysł filmowy i odnosiło się do dorosłych oglądających programy telewizyjne dla dzieci i młodzieży. W szerszym psychologicznym kontekście użyto go na łamach gazety „The New York Times” w 1985 r. przez Petera Martina, który nadał mu dość pejoratywny wydźwięk – określał nim osoby, które za pomocą zabawek i estetyki dzieciństwa uciekają od odpowiedzialności i trudów dorosłości.
Martyna Harland, psycholożka i wykładowczyni na Uniwersytecie SWPS w Warszawie zauważa, że w ostatnich latach pierwotna definicja nieco się rozmyła, a zjawisko kidults stało się wielowymiarowym, silnym trendem społecznym. Jest on widoczny na całym świecie, szczególnie w krajach rozwiniętych.
– Zjawisko kidults stało się interesujące zarówno dla socjologów i antropologów, jak też dla mediów i branży marketingowej. Widać je również w kulturze, zwłaszcza w produkcjach filmowych – wylicza Harland.
Kidultsów przybywa
Analogiczne trendy już od dziesięcioleci można obserwować w Azji – szczególnie w Japonii, gdzie dziecięca estetyka na dobre przeniknęła do mainstreamu. Kawaii (z jap. „słodki”) to nie tylko konkretny styl, ale cała kultura tworzenia i postrzegania świata jako uroczego i bezpiecznego, która pozwala dorosłym świadomie otaczać się „dziecięcą” stylistyką w codziennym życiu.
Jej elementy widać wszędzie – w artykułach codziennego użytku (np. w kosmetykach), w przestrzeni publicznej – w tym w pociągach ozdobionych rysunkami z Hello Kitty. Z kolei kultura otaku pokazuje, że kolekcjonowanie figurek, komiksów czy gadżetów z anime i gier może być czymś więcej niż hobby – to sposób na wyrażenie siebie i budowanie własnej tożsamości, dla której dorosłość nie musi oznaczać porzucenia pasji z dzieciństwa.
Do tego, co oglądamy w Japonii, wciąż nam daleko. Faktem jest jednak wzrost popularności zjawiska w Europie, co dobrze obrazuje raport „Eat Play Love” firmy Circana, zajmującej się badaniami konsumenckimi. Wynika z niego, że kidults (firma uznaje za tę grupę nastolatków powyżej 12 lat oraz dorosłych) odpowiadają obecnie za 31 proc. całkowitego przychodu ze sprzedaży zabawek w Europie, generując zysk na poziomie 4,6 mld euro.
Dorośli kupujący puzzle, gry, klocki Lego, maskotki czy inne przedmioty kojarzone z dzieciństwem, stali się jedną z najszybciej rosnących grup konsumentów na europejskim rynku, a globalne marki wykorzystują ich zakupowy potencjał, płynnie żonglując dziecięcą estetyką, potrzebami oraz upodobaniami dorosłych klientów. Można się spodziewać, że kidultsów będzie z każdym rokiem coraz więcej.
Gdy zabawki zostają z nami na zawsze
Piotruś Pan, dzidzia piernik, niebieski ptak. Dorosłe osoby interesujące się zabawkami i dziecięcą estetyką często są oceniane negatywnie, głównie dlatego, że nie wpisują się w społeczne schematy uznawane za normę i miarę tego, jak powinna wyglądać dorosłość.
Zarówno Adam, jak i Marta regularnie słyszą, że czegoś im nie wypada. On mierzy się uszczypliwymi komentarzami ze strony teścia, który nazywa go dużym dzieckiem i uważa, że coś z nim jest nie w porządku. Ona słyszy, że jako matka powinna się inaczej ubierać, inaczej zachowywać, być poważna.
Psycholożka Martyna Harland zauważa, że zawsze znajdzie się grono osób, które wszystkim kidultsom przyczepi łatkę niedojrzałości i infantylności. Podkreśla jednak, że z perspektywy psychologicznej bawienie się zabawkami czy podejmowanie zajęć stereotypowo uznawanych za dziecięce nie jest niczym szkodliwym i nie musi wcale świadczyć o „dziecinnym charakterze”.
– Każdy dorosły ma w sobie wewnętrzne dziecko. Jeżeli jesteśmy kidultsami, ale nie wypadamy z naszych społecznych ról matki, ojca, partnera czy pracownika, to sięganie i czerpanie z tego, co daje nam bardzo różnorodny świat, jest naprawdę w porządku – zapewnia ekspertka.
– Z czysto biologicznego punktu widzenia, obecne we współczesnej kulturze zjawisko kidults nie jest niczym nowym – zauważa prof. Tomasz Szlendak, socjolog oraz wykładowca na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.
– Człowiek jest zwierzęciem neotenicznym, czyli takim, które tak naprawdę nigdy nie dorasta. Bez względu na wiek ma w sobie skłonność do zabawy, charakterystyczną dla osobników niedorosłych – wyjaśnia prof. Szlendak i dodaje, że z tej perspektywy bawienie się – które może przybierać różne formy – jest naturalną ludzką aktywnością, obecną aż do późnej starości. Jeśli dorośli ludzie mają czas i zasoby, które chcą przeznaczyć na zakup zabawek, po prostu to robią. Nie ma w tym nic specjalnego.
Z wchodzeniem w dziecięcy świat – jak ze wszystkim – można jednak przesadzić. Martyna Harland tłumaczy, że problem ze zjawiskiem kidults pojawia się wtedy, gdy dziecięce pasje zaczynają przesłaniać świat, stają się sensem życia i ucieczką, czasem paniczną, przed dorosłością. Ważne jest znalezienie balansu; nie można bez przerwy żyć w bajkowej Nibylandii.
– Gdy zbyt długo siedzimy w tym, co zabawowe, gdy w to wręcz uciekamy, to jednocześnie zamykamy się na to, co trudne i przyziemne, odcinamy pewne emocje. Takie unikanie konfrontacji z prawdziwym życiem nie prowadzi do niczego dobrego – podsumowuje psycholożka.
Potrzeba spełniania marzeń
Marta pytana o to, dlaczego tak chętnie czerpie z dziecięcej estetyki, mimo że blisko jej do czterdziestki, odpowiada, że absolutnie nie chodzi jej o to, by znów poczuć się małą dziewczynką.
– Po prostu nie chcę zapomnieć o tym, jak to jest zachwycać się światem. Czasami na siłę staramy się być dorośli i umyka nam, że bycie dzieckiem, nawet na chwilę, jest fajne – wyjaśnia i dodaje, że dla niej jest to także ucieczka od niepokojącej sytuacji społeczno-politycznej i ogólnie trudnych czasów. – Często czuję się przytłoczona złymi informacjami i chcę się od nich odciąć – mówi.
Prof. Szlendak wyjaśnia, że tego typu podejście jest naturalne. Przecież każde hobby, czyli poświęcanie czasu czynności, która nie jest niezbędna do przetrwania, stanowi rodzaj eskapizmu, czyli ucieczki od rzeczywistości. Ekspert zwraca przy tym uwagę na ciekawy aspekt socjologiczny, który sprawia, że współcześni dorośli coraz chętniej sięgają do świata dzieciństwa.
– Pokolenie milenialsów długo pozostawało w systemie edukacji, bo proces ich kształcenia trwał nawet do 26. roku życia, a czasem jeszcze dłużej – tłumaczy. – Siłą rzeczy dorastanie milenialsów było więc przeciągnięte, a moment rozpoczęcia pierwszej pracy przypadał znacznie później niż w przypadku starszych pokoleń. Dłużej pozostawali w otoczeniu przedmiotów i estetyki dzieciństwa, dlatego powrót do nich może być formą ucieczki, która pomaga. Stabilizuje psychikę, wypełnia czas, pozwala na chwilę nie myśleć o sobie, o własnych problemach lub o tym, co dzieje się na świecie.
Socjolog wskazuje też na kolejny motor napędzający zjawisko kidults, którym są niespełnione dziecięce fantazje współczesnych dorosłych.
– Kiedy byli mali, nie było ich stać na wymarzone zabawki, albo nie były one tak powszechnie dostępne. Dziś mają odpowiednio wysokie dochody, by kupić to, co im się podoba i o czym często marzyli jako dzieci – mówi prof. Szlendak.
Mechanizm ten kieruje Adamem, którego dzieciństwo przypadło na przełom lat 70. i 80. – Pochodzę z biednej rodziny, dostawałem jedynie „niedobitki” po starszym bracie, często zniszczone, więc teraz to nadrabiam – opowiada. – Zaczęło się od zabawek dla córki. Odkryłem, że jest ich masa i są bardzo fajne.
Jak tłumaczy Adam, w kwestii zakupów dla siebie jest dość wybredny, wybiera konkretne modele, serie. W tej chwili ma osiem zestawów Lego w pracy, trzy większe w domu i... kolejne trzy „w koszyku” w sklepie Lego. Mówi, że w skali roku na swoją pasję wydaje nie więcej niż 1500 złotych, czyli około 125 zł miesięcznie.
Ale pieniądze to nie wszystko. Wpływ na wzrost zjawiska kidults ma również dostępny czas. Mimo że liczne badania wskazują na to, iż Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów na świecie, to współcześni dorośli wolnego czasu mają dużo więcej niż ich rodzice czy dziadkowie. Wynika to głównie ze zmiany stylu życia.
– W pokoleniu milenialsów jest najwięcej osób będących singlami. One nie pozakładały własnych rodzin, w związku z tym szereg obowiązków, które dotykały ich rodziców, gdy ci mieli po dwadzieścia, trzydzieści lat, w ogóle milenialsów nie dotyczy – wyjaśnia prof. Szlendak. Co za tym idzie, coraz większe grono dorosłych może i chce poświęcić czas wolny sobie i swoim pasjom.
Zmonetyzowane dzieciństwo
Świat nie znosi próżni, nie toleruje jej również branża marketingowa, będąca do pewnego stopnia lustrem rzeczywistości. Nostalgia i tęsknota za dzieciństwem stały się łakomym kąskiem dla ludzi tropiących zawodowo trendy społeczne, a ich firmy konsekwentnie monetyzują potrzebę powrotu do „bezpiecznego świata” przeszłości, kreując w dorosłych chęć posiadania kolejnych przedmiotów, które mają im to umożliwić.
Przykłady? Kolekcje ubrań w sieciówkach stylizowane na modę dziecięcego vintage, kolorowe breloczki, cukierkowa biżuteria z plastikowych koralików, słuchawki z Hello Kitty, konsole Nintendo Switch, a także kolejne sequele filmów o superbohaterach. Nie zapominajmy również o zestawach Lego tworzonych z myślą o dorosłych, którzy dziś mogą układać np. dom bohatera świątecznego hitu „Kevin sam w domu”, kultową kawiarnię Central Perk z serialu „Przyjaciele”, Sokoła Millenium z „Gwiezdnych Wojen” czy statek z filmu „Szczęki”.
Natalia Sochacka, specjalistka ds. marketingu, social mediów i influencer marketingu, zwraca również uwagę na to, że wielki boom na nostalgię i powrót do czasów dzieciństwa nastąpił podczas pandemii Covid-19, kiedy to siedzący w czterech ścianach ludzie zaczęli układać puzzle, grać w gry planszowe i przypomnieli sobie o istnieniu klocków Lego.
– Świat był wtedy zamknięty, wszyscy mieli dużo więcej czasu, a sięganie po rzeczy, które się znało i które kojarzyły się z dzieciństwem, dawało poczucie bezpieczeństwa w tym trudnym i niepewnym momencie – tłumaczy dodając, że od tamtego czasu trend rośnie w siłę.
– Widać, że ludzie szukają tego typu treści, bo one mają bardzo dobre zasięgi, a w kampaniach sprzedażowych coraz częściej wykorzystywana jest nostalgia. Widać ją również w samych treściach stylizowanych np. na analogowe materiały. Są nawet profile na Instagramie czy TikToku, które wyglądają jak żywcem wyjęte ze świata lat 90. i cieszą się popularnością, bo dla wielu osób są powrotem do przeszłości. - dodaje.
Zdaniem Sochackiej na wzrost popularności zjawiska kidults wpływają też media społecznościowe, które pokazują, że mimo tego, iż jesteś dorosły, masz prawo kupować zabawki, a nawet nosić to, co uznawane jest za dziecięce. – Skoro ktoś, kogo widzę w internecie, tak robi, ja też mogę – wyjaśnia Sochacka i dodaje, że niestety social media coraz częściej doprowadzają do ogromnej nadkonsumpcji, głównie za sprawą tzw. viralowych produktów.
– Jakiś czas temu mieliśmy szał na Sony Angels, czyli lalki-bobaski z zestawem ubranek. Teraz od kilku miesięcy mamy Labubu, a więc małą, dość upiorną maskotkę noszoną jako breloczek, która została wylansowana przez gwiazdy i influencerów. Za chwilę z pewnością pojawi się jeszcze coś innego – przewiduje ekspertka.
Dlaczego milenials ma prawo bawić się jak dziecko
W rozkładaniu kidults na czynniki pierwsze nie sposób pominąć aspektu samej dorosłości – tego, jak dziś ona wygląda, z czym się wiąże i jak jest postrzegana. Bo dorosłość – tak jak społeczeństwo, technologia i gospodarka – mocno ewoluuje, o czym wspomnieliśmy już przy fragmencie o milenialsach.
W przeszłości wchodziło się w nią bardzo wcześnie – czasem jeszcze przed 18. urodzinami, a dziś jej granice mocno się przesuwają. Świetnie obrazuje to raport „Odroczona dorosłość” autorstwa Krzysztofa Kutwy z Polskiego Instytutu Ekonomicznego (opublikowany w grudniu 2023 r.), który pokazuje, jak bardzo na przestrzeni ostatnich 30 lat zmieniło się w Polsce zarówno samo postrzeganie dorosłości, jak i jej przestrzeń czasowa.
Wnioski? Dorosłość rozciągnęła się w czasie, stała się mniej zinstytucjonalizowana i odeszła od schematów.
Od 1993 r., zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn – o blisko 5 lat wzrósł wiek zawarcia pierwszego małżeństwa, w górę poszedł także przeciętny wiek kobiet rodzących swoje pierwsze dziecko (w 1991 r. wynosił 23 lata, w 2021 r. – 28 lat), coraz więcej dzieci rodzi się także w związkach pozamałżeńskich (7 proc. w roku 1990 vs. 27 proc. w 2021).
Na przestrzeni lat, w dużym stopniu z powodów ekonomicznych, widocznie zwiększył się także odsetek osób dorosłych (w wieku 25-34 lata) mieszkających na stałe z rodzicami – w 2022 r. wyniósł on 51 proc., podczas gdy w 2015 r. było to jeszcze 36,4 proc.
Współczesna definicja dorosłości mocno się więc rozmywa i nic dziwnego, że rozmywa się również to, co można uznawać za przejaw dojrzałości, a co za „dziecinne fanaberie”.
– Kiedyś bycie dorosłym wiązało się z posiadaniem rodziny, stałej pracy, mieszkania. Dziś trudno stosować standardy z przeszłości, bo idąc ich tropem mogłoby się okazać, że spore grono 35-latków dorosłymi nie jest. To zaś nie ma nic wspólnego z prawdą. Dlatego myślę, że współczesna dorosłość to po prostu odpowiedzialność. To świadomość i gotowość do ponoszenia konsekwencji swoich działań i wyborów. Moim zdaniem to klucz do tego, by gra zwana życiem nie zmiotła nas z planszy – przekonuje psycholożka Martyna Harland, kiedy pytam ją o współczesne rozumienie „bycia dorosłym”.
Można kupować sobie zabawki i być dorosłym, jedno nie wyklucza drugiego. Tym bardziej że skłonność do bawienia się mamy przecież zapisaną w genach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















