W Szadowie na Litwie powstało jedno z najciekawszych nowych muzeów w Europie

Historia tego prywatnego projektu muzealnego – poświęconego pamięci o żydowskim sztetlu i zrealizowanego w sennym miasteczku na litewskiej prowincji – przypomina baśń.
z Szadowa na Litwie
Czyta się kilka minut
Muzeum w Szadowie, na pierwszym planie odnowiony kirkut. Litwa, sierpień 2025 r. // Fot. Wojciech Konończuk
Muzeum w Szadowie, na pierwszym planie odnowiony kirkut. Litwa, sierpień 2025 r. // Fot. Wojciech Konończuk

Trudy dojazdu rekompensuje piękno krajobrazu. Na północ od Kowna zaczyna się lesista Żmudź, z rzadko rozsianymi wsiami i miasteczkami. Gołym okiem widać, że gęstość zaludnienia Litwy jest trzykrotnie mniejsza niż Polski. Tutaj, w połowie drogi między Szawlami a Poniewieżem, leży trzytysięczny Szadów (lit. Šeduva).

Miejscowość nie zapisała się w historii w żaden szczególny sposób. Inaczej niż słynne, położone o godzinę jazdy autem, Radziwiłłowskie Kiejdany czy Birże. Tu w miasteczku pozostało niewiele zabytków – dominuje współczesna, dość banalna zabudowa, na której odbijają się trudy codzienności głębokiej litewskiej prowincji.

Na peryferiach Szadowa, z oszałamiającym widokiem na łąki i lasy, wznosi się biała budowla pokaźnych rozmiarów. A jednak trudno o bardziej harmonijne wpisanie tego gmachu – już od pierwszego spojrzenia fascynującego – w jego otoczenie.

Szadowski kirkut przetrwał wojnę i powojnie

Gmach ten tworzy dwanaście połączonych ze sobą brył. Sprawiają wrażenie zwartej małomiasteczkowej zabudowy – to za sprawą wysokich i spadzistych dachów, pokrytych imitacją gontu. Biel architektury komponuje się z odcieniami zieleni krajobrazu i niebieską otchłanią nieba.

Biały korytarz kończy się szklaną ścianą, przez którą rozpościera się widok na kirkut, łąki i lasy. To powiew optymizmu: żydowski Szadów nie został starty z pamięci. Litwa, sierpień 2025 r. // Fot. Wojciech Konończuk

Jednak zanim dojdziemy do budynku, wzrok przykuwa kirkut. W tej części Europy zachowało się niewiele takich małomiasteczkowych cmentarzy żydowskich. Większość została zniszczona przez Niemców w czasie II wojny światowej. Dzieła destrukcji najczęściej dopełnili miejscowi chrześcijanie już po 1945 r., wykorzystując nagrobki jako budulec.

Szadowski kirkut jest wyjątkiem. Na powierzchni ponad hektara zachowało się ponad tysiąc macew, a najstarsze pochodzą z końca XVIII w. Jeszcze niedawno zarastała je wysoka trawa, nad którą z rzadka widać było wrośnięte w ziemię nagrobki pokoleń żydowskich mieszkańców Szadowa.

Dekadę temu macewy pieczołowicie odnowiono, a otaczający je kilkusetmetrowy kamienny mur odbudowano. Dziś cały ten teren, z trawą przystrzyżoną jak na wzorowym angielskim trawniku, wygląda wręcz nierealistycznie. Trudno o analogię z jakimkolwiek innym cmentarzem żydowskim w Europie Środkowej i Wschodniej.

Polskie Muzeum „Polin” jest wzorem dla Europy Wschodniej

Bezpośrednio za cmentarnym murem bielą emanuje Muzeum Historii Żydów Szadowa „Utracony sztetl” (The Šeduva Jewish History Museum „The Lost Shtetl”). Zadziwiający budynek, który bez wątpienia zapisze się w historii architektury, to dzieło Rainera Mahlamäkiego.

Ten 69-letni fiński architekt znany jest przede wszystkim jako główny projektant Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” (w latach 2007-11). Jego praca w Szadowie nie jest przypadkiem – to jedno z wielu nawiązań do warszawskiego muzeum. „Polin” stało się bowiem wyznacznikiem wzorców w muzealnictwie związanym z historią Żydów w tej części Europy.

Wokół muzeum w Szadowie rozciąga się ogród pamięci, w którym wśród kwietnych łąk posadzono ponad 200 drzew. Z tej perspektywy budynek na tle nieba zasnutego białymi chmurami wygląda niemal jak przezroczysty. Cały kompleks muzealny liczy ponad cztery hektary – co pokazuje, jak ambitne jest to założenie.

Muzeum w Szadowie wypełnia ważną lukę

Muzeum „Utracony sztetl” prezentuje historię 300-letniej obecności Żydów w Szadowie. Pretenduje jednak również do tego, aby w reprezentatywny sposób ukazać fenomen tysięcy żydowskich miasteczek rozrzuconych na ogromnym obszarze, który z grubsza pokrywa się z ziemiami dawnej Rzeczypospolitej. Na tej ziemi zamieszkiwała większość ówczesnej żydowskiej populacji świata.

Sztetl był zwykle miejscowością niewielką, o charakterze na poły wiejskim. Zamieszkiwali go w znacznym stopniu Żydzi, czasem jako społeczność dominująca. Był to oddzielny i specyficzny świat, który został w brutalny sposób zamordowany w czasie II wojny światowej przez Niemców.

Szadowskie muzeum wypełnia więc ważną lukę w muzealnictwie dotyczącym historii Żydów w tej części Europy. Słynne instytucje muzealne – poczynając od „Polin” aż po Muzeum Żydowskie w Berlinie, otwarte w 2001 r. – pokazują bowiem głównie życie Żydów w miastach. Tymczasem sztetle pozostają na marginesie.

Sytuację tę zmienia właśnie muzeum w Szadowie – nie ma wątpliwości, że już od dnia swojego otwarcia, zaplanowanego na sobotę 20 września, staje się miejscem niezwykle ważnym.

Opowieść o dawnym sztetlu w Szadowie

Aby zobaczyć muzealną wystawę, trzeba – podobnie jak w „Polin” – zejść długimi schodami do poziomu pod powierzchnią ziemi. Tutaj, na 3400 metrach kwadratowych, zespół kuratorów z Litwy we współpracy ze specjalistami z Niemiec, Izraela, Polski i USA zaprojektował nowoczesną ekspozycję o historii żydowskiego Szadowa, a zarazem o historii sztetlu.

Zwiedzający mogą usiąść tu także w niewielkiej sali kinowej, gdzie zobaczą kilkuminutowy film – po części dokumentalny, po części fabularny. Poznajemy w nim losy rodziny szadowskich Żydów od początku wieku XX do Zagłady. Film ten, w reżyserii Amerykanki Roberty Grossmann, powstał na zamówienie szadowskiego muzeum, a jedną z głównych ról wirtuozersko zagrała Karolina Gruszka.

Film towarzyszy również zwiedzającym – muzealna ekspozycja jest poprzeplatana kilku- lub kilkunastominutowymi częściami tej filmowej opowieści, co jest zabiegiem ciekawym i innowacyjnym.

Na wystawie, nad przygotowaniem której czuwała słynna Ralph Appelbaum Associates z Nowego Jorku, zobaczymy głównie stare zdjęcia Szadowa i szadowian, wiele z nich powiększonych do wielkich rozmiarów, którym towarzyszy komentarz historyczny.

Muzeum w Szadowie to dzieło prywatnych darczyńców

Zapoznamy się więc z opowieścią o życiu gospodarczym, społecznym i religijnym (m.in. przez rekonstrukcję wnętrza synagogi), która została wpisana chronologicznie w wielką historię z jej kolejnymi przełomowymi punktami.

Jest tutaj opowieść o zgodnym współżyciu chrześcijan i Żydów (na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego przed rokiem 1941 nie dochodziło do pogromów), o ich udziale w litewskiej wojnie o niepodległość. Znaczna część historii lokalnej została zrekonstruowana na podstawie opowieści nielicznych żyjących świadków oraz ich potomków. Znajdziemy tu też rzadkie artefakty historyczne.

Ważne miejsce w tej opowieści zajmuje masowa migracja, która od końca XIX w. spowodowała napływ – głównie do USA – niemal 2 mln Żydów z Imperium Rosyjskiego, czyli w istocie z ziem dawnego państwa polsko-litewskiego. Biedni żydowscy migranci z takich sztetli jak żmudziński Szadów czy podlaska Orla walnie przyczynili się do stworzenia współczesnej Ameryki.

„Gdybym był Rothschildem...” – takie było marzenie wielu szadowskich Żydów, jak głosi fragment ekspozycji. Wydaje się, że Szadów znalazł swoich Rothschildów. Muzeum jest bowiem prywatną donacją, choć fundatorzy wolą pozostać anonimowi. Wiadomo jedynie, że właścicielem muzeum jest fundacja ze Szwajcarii, za którą stoją, jak słyszę, „hojni ludzie mający swoje rodzinne korzenie w Szadowie”.

Z egzekucji uratowała się tylko garstka Żydów

Ostatnia część ekspozycji opowiada o najbardziej tragicznym, bo finalnym okresie historii żydowskiego Szadowa. 24 sierpnia 1941 r. w położonym nieopodal miasteczka lesie rozstrzelanych zostało 664 Żydów – głównie przez litewskich kolaborantów, przy asyście dwóch niemieckich żołnierzy. Po wojnie nie wrócił tutaj nikt.

Na wystawie zobaczymy informacje o 27 sprawcach wymienionych z nazwiska, w tym ich zdjęcia i biografie. Byli to sąsiedzi zamordowanych – szewcy, rolnicy, pracownicy fizyczni, kierowcy. To zabieg odważny i bezprecedensowy, bo potomkowie przynajmniej części z nich nadal mieszkają w Szadowie.

Z egzekucji uratowało się jedynie jedenaścioro Żydów – dwaj weterani walki o niepodległość Litwy, lekarz oraz ich żony i dzieci. Uratowali ich miejscowy ksiądz Mykolas Karosas oraz rodzina Paluckasów. Ocalało również kilkadziesiąt osób, które zostały wcześniej zesłane przez Sowietów na wschód lub zdążyły uciec.

Narracja historyczna w szadowskim muzeum jest rzetelna – uczciwie pokazuje najtrudniejszy rozdział, czyli litewską kolaborację i współudział w Holokauście. Mimo trwającej od lat dyskusji temat ten pozostaje na Litwie bardzo trudny.

Zgrzytem są tu jedynie słowa, że „międzywojenna Polska i komunistyczny Związek Sowiecki stanowiły zagrożenie dla państwa litewskiego” – stawianie obu krajów na jednym poziomie (i jeszcze w takiej kolejności) jest zwyczajnie nieprawdziwe.

O Muzeum „Utracony sztetl” będzie zapewne głośno

Ciekawym zabiegiem architekta Mahlamäkiego są dwa przejścia między ekspozycjami. Pierwsze prowadzi przez ciemny, wysoki na kilka metrów korytarz, po szklanej podłodze, pod którą widoczna jest roślinność. To symboliczne nawiązanie do lasu, w którym miejscowi Żydzi zostali zamordowani.

Drugie przejście ma zupełnie innych charakter: wielki biały korytarz kończy się ogromną szklaną ścianą, przez którą rozpościera się widok na kirkut, okoliczne łąki i lasy. To swoisty powiew optymizmu – żydowski Szadów miał zostać starty nie tylko z powierzchni ziemi, ale też z pamięci. To drugie zakończyło się fiaskiem.

O muzeum „Utracony sztetl” będzie zapewne głośno, bo jest to projekt wizjonerski, którego potrzebowała zarówno Litwa, jak też ten region Europy. Po raz pierwszy na taką skalę i z tak wielkimi ambicjami – a także, co równie istotne, dysponując ogromnymi środkami finansowymi – opowiada ono o ważnym rozdziale historii nie tylko Żydów. To także część historii Litwy i Polski.

Wolno sądzić, że szadowskie muzeum stanie się kolejnym – po Muzeum „Polin” – ważnym punktem odniesienia dla innych ekspozycji, które będą powstawać w przyszłości.

WOJCIECH KONOŃCZUK jest dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Uratowana pamięć o zamordowanym sztetlu