W cieniu Kaukazu i winorośli. Dlaczego tylu Polaków decyduje się zamieszkać w Gruzji

W Udabno kupują krowy sąsiadom, w Tuszetii prowadzą konne wyprawy, w Batumi sprzedają nieruchomości. Polacy w Gruzji to już nie tylko turyści, ale i pełnoprawni mieszkańcy. W kraju na pograniczu kontynentów szukają nowego rytmu życia.
Czyta się kilka minut
Ksawery Duś i Kinga Goc z dziećmi. Prowadzą Oasis Club Udabno, to restauracja i hostel wraz z hotelem. // Fot. Patryk Sawicki / archiwum prywatne
Ksawery Duś i Kinga Goc z dziećmi. Prowadzą Oasis Club Udabno, to restauracja i hostel wraz z hotelem. // Fot. Patryk Sawicki / archiwum prywatne

Kiedy w 2012 r. tania linia Wizz Air uruchomiła loty z Polski do Gruzji, Polacy ruszyli na Kaukaz. Jechali kuszeni przygodą, którą obiecywał górzysty kraj, i mityczną gościnnością, opisywaną w bestsellerze „Gaumardżos” Anny i Marcina Mellerów. Znaleźli tam dobrą kuchnię, oszałamiającą naturę, wielowiekowe zabytki i sympatię Gruzinów. Ci pamiętali 2008 rok, kiedy Lech Kaczyński pojawił się w Tbilisi w geście solidarności po ataku Rosji na Gruzję.

Więź między narodami cementował Micheil Saakaszwili. Prezydent Gruzji przyleciał na pogrzeb Kaczyńskiego mimo zamkniętej przestrzeni powietrznej nad Europą po wybuchu wulkanu. Polacy docenili ten gest.

Co przyciąga Polaków do Gruzji

O skali zainteresowania Gruzją mówią liczby. W 2012 r. przybyło tam 20,5 tysięcy Polaków. Rok później już 37 tysięcy. Do pandemii liczba ta rosła i w 2019 sięgnęła niemal 90 tysięcy. Teraz wraca do normy, choć w ubiegłym roku odnotowano spadek. Daleko może do odwiedzin Turcji, Hiszpanii i Włoch, ale mimo wszystko zainteresowanie jest duże. Bo Gruzja to wciąż kraj na dorobku, położony daleko, wielu kojarzy go z czasami sowieckimi. 

Doktor Klaudia Kosicińska, antropolożka społeczna z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, mieszkała 7 lat w Tbilisi. Prowadziła badania dotyczące mniejszości azerbejdżańskiej w gminie Marneuli. Uważa, że do Gruzji przyciąga Polaków nostalgia i autentyczność. – Szukają tam poczucia swobody i życia, o którym słyszeli od rodziców i dziadków. To bezpośredniość w relacjach, brak pośpiechu i nadmiernej regulacji – wylicza badaczka. – Do tego dochodzi różnorodna i niezadeptana przyroda, niskie koszty utrzymania i łatwiejszy niż w Polsce dostęp do nieprzetworzonej żywności.

Nie dziwi zatem, że wielu Polaków zaczęło się w Gruzji osiedlać. Zakładają firmy, inwestują, angażują się lokalnie. Część z nich wrosła tak silnie w kaukaską ziemię, że rodzą się tam ich dzieci, wiążą się z obywatelami Gruzji czy zdobywają jej obywatelstwo.

Małżeństwo Polki z Gruzinem. Lecą iskry

Martyna Kaczmarzyk-Mamasakhlisi mieszka w Gruzji od 12 lat. Po raz pierwszy przyjechała na Kaukaz jako dwudziestolatka, w ramach studenckiej wymiany. Trafiła do akademika z powybijanymi szybami, przy którym dozorca hodował kury i krowy. Z marszu zakochała się w tym klimacie. – Gościnność gruzińska miała wtedy inny charakter. Gruzini chcieli pokazać kraj i nie brali pod uwagę, co goście chcieliby zobaczyć, tylko to, co oni chcieliby pokazać. To była władcza, agresywna gościnność, której musieliśmy się poddać. I to mi się spodobało – wspomina Kaczmarzyk-Mamasakhlisi. – Wróciłam do Polski z poczuciem, że chcę tam żyć. Najbliżsi pukali się w czoło, a babcia dała na mszę w intencji zmiany tej decyzji. 

Martyna Kaczmarzyk-Mamasakhlisi. Prowadzi w Kutaisi firmę wypożyczającą auta „Martyna z Gruzji”. // Fot. Archiwum prywatne

Dziś w Kutaisi prowadzi firmę wypożyczającą auta „Martyna z Gruzji”. Zaczynała od trzech samochodów kupionych za pieniądze zarobione przy sprzątaniu hotelu na Islandii. Teraz ma flotę blisko stu pojazdów, organizuje też wycieczki po kraju. 

Ale nie zawsze było tak różowo. Gdy pierwszy raz pojawiła się w Gruzji, pięć tysięcy dolarów, które miała na start, straciła na chybionej inwestycji. Postawiła wszystko na jedną kartę. Sprzedała mieszkanie w Polsce. Miała nadzieję, że jeśli znów się nie uda, to zdąży się jeszcze podnieść. Udało się.

Martyna z Gruzją związała się jak tylko można, bo jej mężem jest Mirza, pierwszy Gruzin, którego spotkała po przylocie. Przyznaje, że nie jest to łatwa relacja. Gruziński patriarchat gryzie się z polską kobiecą niezależnością. Małżeństwo między Polką a Gruzinem to walka o władzę oraz lecące cały czas iskry i wióry. Ale po tylu latach związku znaleźliśmy wspólny język – śmieje się Kaczmarzyk-Mamasakhlisi.

Gdzie leży Gruzja?

Przemysław Stupak prowadzi w Batumi biznes z nieruchomościami. To dobre miejsce na tę działalność, bo miasto rozwija się w szaleńczym tempie. Położone nad Morzem Czarnym bardziej przypomina bliskowschodnie metropolie niż Gruzję. W powietrze strzelają wysokie apartamentowce, w budowie jest jeden o wysokości 260 metrów. – Gdy w 2017 rozmawiałem z pierwszymi klientami, to Gruzję trzeba było pokazywać na mapie – mówi prawnik, właściciel biura „Gruzja dla ciebie”. – Teraz świadomość jest o wiele większa.

Stupak był jednym z pierwszych Polaków, którzy opowiadali rodakom o rynku nieruchomości w Gruzji. Tłumaczył, czym są reformy Saakaszwilego, przekonywał, że to normalny kraj. Dziś sprzedaje około stu nieruchomości rocznie. 

Zanim trafił do Gruzji, przez kilkanaście lat pracował na rynku nieruchomości w Warszawie. Gruzję wybrał, bo to był dziewiczy rynek. Na miejscu zastał dobrą kuchnię, ładną pogodę i morze, co jeszcze bardziej skłoniło go do decyzji o przeprowadzce. Przyznaje, że zawsze ciągnęło go na Wschód, który zna od dziecka. Dziesięć lat spędził między Moskwą a Kijowem, studiował stosunki międzynarodowe ze specjalnością wschodnią, pół roku mieszkał w Kazachstanie

Gruzja ujęła go rytmem dnia. Ciepło, plaża, życie na innych obrotach. – Tutaj o ósmej rano w poniedziałek ludzie jeszcze śpią. W Warszawie o ósmej wszyscy jadą do pracy i już są wkurzeni na siebie. Gruzja dała mi coś więcej niż pracę. Budzę się codziennie i jestem szczęśliwszy niż w bloku w Warszawie – tłumaczy Stupak.

Przemysław Stupak prowadzi w Batumi biznes z nieruchomościami // Fot. Archiwum prywatne

Klientami firmy są głównie Polacy: fliperzy, inwestorzy, przedsiębiorcy, osoby przed emeryturą, które pokochały Gruzję i chcą mieć wakacyjne mieszkanie. Część zarabia na wynajmie, inni po czasie sprzedają nieruchomość, zgarniają zysk i kupują kolejną. 

Biznesmen znalazł w Gruzji porządek instytucjonalny: – Wpis do księgi wieczystej można dostać w jeden dzień. Konto bankowe da się otworzyć w godzinę – zachwala. – Wielu moich klientów to przedsiębiorcy zmęczeni nadmiernym fiskalizmem i przeregulowaniem. Gruzja im się podoba, bo oferuje minimum podatków i biurokracji.

Za Stalina nie piję

Marcin Zaremba trafił do Gruzji w 2010 r. Żona dostała tutaj pracę, syn był jeszcze młody, więc mieli czas na rewolucje w życiu. Zaremba na początku pracował dla niemieckiej firmy, potem założył własną. Zajął się turystyką: oprowadza, organizuje supry (biesiady), tłumaczy opowieści Gruzinów i toasty tamady (biesiadnego wodzireja).

Para osiadła w Gurdżaani, w Kachetii, rejonie, który słynie z winnic ciągnących się po horyzont. Dlatego Polak sam założył winnicę, choć wcześniej w ogóle nie pił alkoholu. – Gruzja zmienia ludzi. Tutaj wino płynie strumieniami. Chciałem zajmować się produkcją, a nie konsumpcją, ale siłą rzeczy nie da się tego robić bez konsumpcji – śmieje się Zaremba.

Dziś produkuje około 10 tysięcy litrów wina rocznie. Część rozlewa podczas biesiad z turystami. Zdarza mu się prowadzić suprę jako tamada. W gruzińskiej tradycji toasty bywają długie, nie każdy z gości ma cierpliwość. – Czasem Polacy wolą się po prostu napić niż wysłuchać opowieści – mówi właściciel winnicy. – Podczas jednej z supr, w których brałem udział, tamada wzniósł toast za Stalina. Nie wypadało mi pić. Ale tu Stalin wciąż jest przez niektórych celebrowany.

Marcin Zaremba. W Gruzji zajął się turystyką: oprowadza, organizuje supry (biesiady), tłumaczy opowieści Gruzinów i toasty tamady (biesiadnego wodzireja). // Fot. Archiwum prywatne

W gruzińską ziemię Zaremba wrósł na dobre. Oprócz wina przyrządza nalewki, w tym z egzotycznych owoców jak fejhua. Hoduje też ślimaki, z których produkuje kawior, a za promocję kraju – m.in. za objazdy po Polsce z grupą folklorystyczną – dostał gruzińskie obywatelstwo. Nie było łatwo. Musiał zdać egzamin z historii, języka i kultury Gruzji. – To normalny kraj, gdzie wszystko funkcjonuje na podobnym poziomie jak w Polsce – ocenia właściciel winnicy. – Są różnice, ale żyjąc w obcym kraju, trzeba je akceptować.                                                                                                                             

Jak się żyje w patriarchalnym otoczeniu

Magdalena Konik, fotografka, przyjechała do Gruzji z pytaniami. Początkowo interesowało ją, jak wygląda życie na styku różnych religii. Wybrała się do Adżarii, muzułmańsko-chrześcijańskiego regionu na południowym zachodzie kraju. Szukała konfliktu religijnego, który mogłaby opowiedzieć na zdjęciach. Nie znalazła. Zamiast tego natknęła się na ludzi, którzy zmieniają wyznanie, żeby iść na studia, albo żyją w rodzinach, gdzie jedni chodzą do meczetu, inni do cerkwi. Reportażu nie zrobiła. Uznała, że za mało wie, i zawzięła się, aby poznać kraj lepiej.

Wróciła do Gruzji. Jeździła po kraju autostopem, rozmawiała z ludźmi. W końcu trafiła do górzystej Tuszetii. To jeden z najbardziej niedostępnych regionów kraju, do którego można się dostać jedynie latem. 

Poszła w góry z pasterzami i... wsiąkła. Początkowo na miesiąc, rok, żyje tam do dziś. Poznała język, zdobyła zaufanie i nauczyła się żyć w hermetycznej społeczności, która funkcjonuje na zasadzie poleceń i znajomości.

Przed przyjazdem na Kaukaz pracowała w branży turystycznej, m.in. w Rumunii. – Bałam się, że Tuszetia pójdzie jej śladem. Tam turystyka szybko się rozwinęła i miejsce to straciło na autentyczności. Dlatego zaczęłam tworzyć fotograficzne archiwum Tuszetii, zanim wszystko się zmieni – mówi Magdalena Konik. 

Polka pracuje w patriarchalnym otoczeniu. W kulturze, gdzie kobieta ma najpierw urodzić dzieci, a dopiero potem myśleć o pracy. Konik widzi, że wiele Gruzinek mimo początkowego entuzjazmu i chęci wyrwania się z tych ram, szybko rezygnuje. Sama rozpycha się w tej rzeczywistości coraz skuteczniej. Pracuje dla Polsko-Gruzińskiej Izby Gospodarczo-Handlowej, fotografuje. Prowadzi też firmę turystyczną. Daje gościom zasmakować prawdziwej przygody. Organizuje wyprawy konne przez góry, potoki, wśród średniowiecznych kamiennych baszt Tuszetii.

Magdalena Konik. Fotografka, pracuje dla Polsko-Gruzińskiej Izby Gospodarczo-Handlowej. Prowadzi też firmę turystyczną. // Fot. Archiwum prywatne

Magdalena Konik. Fotografka, pracuje dla Polsko-Gruzińskiej Izby Gospodarczo-Handlowej. Prowadzi też firmę turystyczną. // Fot. Archiwum prywatne

Mimo że wrosła w krajobraz regionu, kobieta prowadząca biznes wciąż budzi zaciekawienie. – Początkowo sąsiedzi szydzili z mężczyzn, którzy u mnie pracują – opowiada Konik. – Ale ci tylko wzruszali ramionami, mówiąc, że mają wypłatę na czas i ustalony grafik, więc czego więcej chcieć?

Gruzja, dobre miejsce do życia

Udabno to niewielka wieś przy granicy z Azerbejdżanem, zamieszkana przez Swanów, sprowadzonych tu z gór. Kompletne pustkowie, które przecina droga prowadząca do jednej z największych atrakcji turystycznych w Gruzji – kompleksu monastycznego Dawita Garedży.

W 2013 r. trafił tu Ksawery Duś, były dyrektor sieci sklepów sportowych, który po stracie pracy chciał odetchnąć na Kaukazie i nauczyć się nowego języka. Rok później do Gruzji przyjechała Kinga Goc, studentka piątego roku filologii francuskiej i angielskiej. Poznali się przez przypadek. Zaiskrzyło. Kinga zapałała również uczuciem do Gruzji i postanowiła zostać z Ksawerym. Ostatni rok studiów kończyła już zdalnie. Dziś są małżeństwem. 

Wspólnie zaczęli prowadzić Oasis Club Udabno. To restauracja i hostel wraz z hotelem. – Nie zakładałem, że tu zostaniemy. To miała być przygoda. Ale okazało się, że to dobre miejsce do życia – wspomina Ksawery Duś.

Ksawery Duś i Kinga Goc z dziećmi. Prowadzą Oasis Club Udabno, to restauracja i hostel wraz z hotelem. // Fot. Patryk Sawicki / archiwum prywatne

Miejsce pośrodku niczego przyciągało. Szaleni Polacy na gruzińskim stepie kusili autentycznością. Ciągnęli tu turyści z całego świata. Para organizowała koncerty, festiwale. Na scenie muzycznej pojawili się lokalni twórcy, ale i zespoły z Polski.  Płynęło wino, supra trwała w najlepsze, dolce vita.

Równolegle Ksawery i Kinga zdobywali zaufanie lokalnej społeczności. W restauracji zatrudnili miejscowe kucharki. Zaczęli także wspierać Gruzinów. Zorganizowali „Szlachetną paczkę”, zakupy sprzętu AGD, kupili nawet krowę. – Nie chcemy być postrzegani wyłącznie jako biznes. Chcemy też coś z siebie dać – deklaruje Kinga Goc.

Kolejny etap wrastania w stepową ziemię wiąże się z przyjściem na świat córki i syna. – W oczach Gruzinów staliśmy się rodziną. Tutaj to wiele znaczy – mówi Kinga. – W wychowanie angażują się wszyscy, biegające po wiosce dzieci zawsze ktoś nakarmi, dopilnuje.

Małżeństwo nie myśli o powrocie do Polski, są wciąż zauroczeni krajem, choć podrastające dzieci wymuszają zmiany. Para dzieli teraz życie między Udabnem a stołecznym Tbilisi, bo tam łatwiej o dobrą edukację. – Może na emeryturze pojawi się pomysł powrotu do kraju? – zastanawia się Kinga. – Teraz, gdybyśmy mieli wyjechać, to szukalibyśmy innego kraju, który mógłby być wyzwaniem.                                                                      

Między Europą i Azją

W ubiegłym roku raz statystyki ruchu turystycznego z Polski do Gruzji tąpnęły. Jeszcze nie wiadomo, czy to stały trend, bo Gruzja przestała być tania, czy problemy techniczne linii Wizz Air, która wycofała część samolotów. A może przyczyniły się do tego władze Gruzji, krytykowane za zbliżenie z Rosją? Nie zamknęły granic przed uciekającymi przed mobilizacją Rosjanami i wprowadzają ustawy ograniczające wolność obywatelską, które wzorują na rosyjskich. 

Konik: – Kiedy powiedziałam, że nie współpracuję z Rosjanami, dostałam dużo hejtu, również od Gruzinów. Po zmianach prawnych można pójść do aresztu za komentarz na Facebooku. Wracamy do lat 90. XX wieku, gdy siłą rozwiązuje się problemy.

Kaczmarzyk-Mamasakhlisi: – Polityczne spory trwają w Gruzji od kiedy tutaj mieszkam. To walka o wpływy. Gruzja to łakomy kąsek. Przy ostatnim konflikcie między Izraelem a Iranem na mapie połączeń lotniczych widać było, że Gruzja to furtka między Europą a Azją. Jesteśmy oazą spokoju w regionie. Nie czuję, aby zmiany polityczne miały przełożenie na moje życie.

Stupak: – Rząd prowadzi politykę wyważoną w stosunku do wszystkich graczy. Jest rzeczywiście kilka ustaw, które są niepokojące, ale jako przedsiębiorca w ogóle tego nie odczuwam. Nie spotkałem się z żadnymi szykanami, wzmożonymi kontrolami, działaniami ze strony państwa, które mógłbym odczytać jako złośliwe.

Najbliższe lata pokażą, w którym kierunku pójdzie Gruzja i czy dalej będzie dobrym miejscem do życia. Na pewno polska obecność w tym kraju już dawno wyszła poza ramy turystycznego wypadu. Stała się jednym ze śladów globalnej wędrówki za innym rytmem życia. Nie zawsze łatwiejszym, ale często bardziej własnym.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

// grafika na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2025

W druku ukazał się pod tytułem: W cieniu Kaukazu i winorośli