Podróż po Armenii to jak wyprawa wehikułem czasu. Notatki z wędrówki autostopem

Lenin u fryzjera w Giumri, cmentarz ofiar trzęsienia ziemi i karabachskich wojen w Spitaku, fabryka dywanów w Iczewaniu, dom artystów nad jeziorem Sewan: w Armenii historia, dawna i najnowsza, jest namacalna bardziej niż w jakimkolwiek z państw byłego Związku Sowieckiego.
z Giumri, Spitaku, Iczewania i Sewanu (Armenia)
Czyta się kilka minut
Dom Wypoczynkowy i Pracy Twórczej Związku Pisarzy Armenii nad jeziorem Sewan, październik 2024 r. // Fot. Karol Fryta
Dom Wypoczynkowy i Pracy Twórczej Związku Pisarzy Armenii nad jeziorem Sewan, październik 2024 r. // Fot. Karol Fryta

Giumri, drugie pod względem liczby ludności miasto Armenii, różni się od stołecznego Erywania kolorem. Stolicę zbudowano z różowego tufu – kamienia, który w zachodzącym słońcu nadaje miastu brzoskwiniowy odcień. Natomiast znaczna część stutysięcznego Giumri to zabudowa z tufu czarnego, który w XIX w. był bardziej dostępny w okolicznych wyrobiskach.

Na charakter miasta wpływają też inne detale, które uzmysławiają, że pewne rzeczy są tu niezmienne. Jak w salonie fryzjerskim „Lux”: został otwarty w 1941 r. i od tego czasu jego wystrój się nie zmienił.

Wewnątrz, wzdłuż ścian, ciągną się masywne fotele o spękanych obiciach. Drewniane blaty pod owalnymi lustrami noszą ślady dekad pracy – przesuwania pędzli, nożyczek, brzytew, szklanek herbaty w finezyjnych podstakannikach. Teraz zabezpieczono je szkłem. Pod oknami rośliny w donicach, klatka z papugą, a nad lustrami dwa landszafty olejne.

W armeńskim Giumri salon fryzjerski nie zmienił się od dekad

Jeden z fryzjerów gasi papierosa wodą z kranu i maca moją twarz, oceniając, gdzie brzytwa może natrafić na pieprzykowe wyspy. Po chwili jestem wysmarowany kremem do golenia i w ruch idzie brzytwa. Wprawne ruchy, fachowe naciąganie skóry, na koniec mocna woda kolońska i moje policzki w dotyku przypominają skórę niemowlaka.

Po goleniu idę do szatni, w której pracuje jedyna kobieta w salonie. Dzieli się wspomnieniami, pokazuje dyplomy, które salon otrzymał za swoją działalność. Nad jedną z takich gramot widnieje wizerunek Lenina. Fakt, że był on współtwórcą sowieckiego imperium, które wspólnie z Turkami zniszczyło młode wolne państwo armeńskie, najwyraźniej zblakł.

Salon fryzjerski „Lux” w Giumri. Armenia, październik 2024 r. // Fot. Karol Fryta

– Do salonu przychodziła elita miasta, aktorzy, naukowcy, lokalni politycy. W tym Frunzik Mykyrtczian, jeden z najsłynniejszych ormiańskich aktorów, w czasach Związku Sowieckiego znany z ról komediowych – snuje opowieść szatniarka. – To było miejsce, gdzie nie tylko można było się ostrzyc czy ogolić, ale też porozmawiać, dowiedzieć się, co słychać w świecie. W czasach świetności w salonie pracowało dwunastu fryzjerów na zmianie, tyle było pracy.

Szeroki wybór akcesoriów do golenia i konkurencja nowoczesnych barberów sprawiają, że w salonie jest coraz mniej klientów. Ale wydaje się, że tradycja utrzyma go przy życiu. Tak jak 120-letnie lustro w rogu szatni. Jego rama została wzmocniona kamieniem. Dlatego przetrwało trzęsienie ziemi, które w 1988 r. poważnie zniszczyło miasto.

Trzęsienie ziemi w 1988 roku zniszczyło Armenię

7 grudnia 1988 r. w Giumri zawalił się świat. Trzęsienie ziemi, którego epicentrum znajdowało się kilkadziesiąt kilometrów dalej na wschód, w całej Armeńskiej Socjalistycznej Republice Sowieckiej zabiło 25 tys. ludzi. Ponad 130 tys. było rannych, a setki tysięcy straciły dach nad głową. Na ratunek ruszyła ponad setka krajów, dostarczając ratowniczy sprzęt czy zespoły poszukiwawcze. Był to już końcowy etap zimnej wojny i sowiecki przywódca Michaił Gorbaczow zwrócił się o pomoc także do USA.

W Giumri wiele budynków nie wytrzymało siły wstrząsu. Zawaliła się także większość placówek medycznych, grzebiąc w gruzach dwie trzecie pracujących tutaj lekarzy.

O ślady nietrudno. Ucierpiała XIX-wieczna zabudowa historycznego centrum; część pięknych kiedyś domów z czarnego kamienia do dziś straszy ruinami.

Mieszkanka Giumri: – Miałam 23 lata, gdy to się stało. Dopiero co przeprowadziłam się do miasta z rodzicami, kupiliśmy dom. Jakimś cudem ocalał. Nie straciłam nikogo bliskiego, ale miasto już się nie podniosło.

I dalej: – Wcześniej było tu wiele zakładów pracy, potem część nie została odbudowana. Słynęliśmy z fabryki tekstyliów, jednej z największych w ZSRR, do której przyjeżdżały dziewczyny z całego kraju, aby uczyć się zawodu. Inne miasta, jak Wanadzor i Spitak, szybciej odbudowano, a u nas wciąż można trafić na smutne ślady.

Ślady wojen o Karabach widać na cmentarzach

Dwa dni później docieram do Spitaku. Malowniczo położone miasteczko, zamieszkane przez 13 tys. ludzi, jest wciśnięte między pasma gór. W grudniu 1988 r. tu było epicentrum trzęsienia i z miasta niemal nic nie zostało.

Taksówkarz, który wiezie mnie na cmentarz, po chwili rozmowy poważnieje: – W trzęsieniu straciłem najstarszego z synów. Był wówczas w szkole.

Cmentarz w Spitaku, kwatera „Bohaterowie Armenii”, którzy z ginęli w wojnie z Azerbejdżanem o Górski Karabach. Armenia, październik 2024 r. // Fot. Karol Fryta

Cmentarze często są „lustrem” danej miejscowości. Tutaj widać to wyraźnie: liczne są groby, na których widnieje ta sama data śmierci: 7 grudnia 1988 r. Bywa, że w jednej mogile z taką datą spoczywa kilkoro członków rodziny.

Z kolei u wejścia na cmentarz w oczy rzuca się natychmiast zupełnie nowa kwatera: z napisem „Bohaterowie Armenii”. Mogiły świeże, każda z flagą narodową. W centralnym punkcie pomnik: hełm i dłoń z karabinem. Na grobach dwudziestoparoletnie twarze: zginęli jesienią 2020 roku.

W tej wojnie z Azerbejdżanem o Górski Karabach, trwającej kilka tygodni, Ormianie – ci z Karabachu i wspierająca ich armia Armenii – stracili może nawet 8 tys. zabitych. Bardzo dużo, jak na kraj mający 2,7 mln ludności.

Trauma po stracie Karabachu jest powszechna

Po Armenii przemieszczam się autostopem. Niemal każda podwózka kończy się rozmową o wojnie o Karabach. Zwłaszcza o tej z jesieni 2020 r., którą Ormianie dramatycznie przegrali. To w jej konsekwencji Republika Górskiego Karabachu przestała istnieć. Po tym, jak we wrześniu 2023 r. Azerbejdżan uderzył ponownie, karabachscy Ormianie skapitulowali już po dwóch dniach – ich parapaństwo, trwające przez 30 lat, przestało istnieć, a region stał się na powrót częścią Azerbejdżanu.

Dwóch ochroniarzy po pięćdziesiątce, weterani i uchodźcy ze Stepanakertu, stolicy Karabachu: – Wytrzymaliśmy do końca. 27 września 2023 r. uciekliśmy, dzień później rząd Karabachu padł. Musieliśmy zostawić wszystko.

Kolejny kierowca: – Jestem przekonany, że Karabach do nas wróci. Możemy czekać dziesiątki czy setki lat, ale to nasze ziemie. Azerowie niszczą tam wszystko, co ormiańskie. Za 20-30 lat będą mówić młodym pokoleniom: co też ci Ormianie mówią, przecież tam nic armeńskiego nie ma i nie było!

Właściciel firmy budowlanej: – Dobrze, że tak się stało! Płaczemy, że Putin nam nie pomógł, ale my sami sobie nie pomogliśmy! 30 lat temu wygraliśmy wojnę z Azerbejdżanem i od tamtego czasu wiecznie dopłacaliśmy do tego regionu, a Azerbejdżan cały czas się zbroił. Sami nie zadbaliśmy o siebie, to jak ktoś miał zadbać o nas?!

Największa sowiecka fabryka dywanów pracowała w Armenii

Wiele obiecywałem sobie po Iczewaniu w tropieniu śladów przeszłości. Do tego 20-tysięcznego miasteczka przyjechałem za sprawą fabryki dywanów, już nieczynnej.

Przez dziurę w płocie dostaję się na teren zakładu, dziś pożeranego przez rdzę i zieleń.

Farbiarnia wełny w nieczynnej, kiedyś największej fabryce dywanów w Armenii. Iczewan, październik 2024 r. // Fot. Karol Fryta

Wewnątrz hal pustki. Na ziemi resztki włóczki i nici, tu i tam stare maszyny tkackie (jedna z tabliczką Made in Poland). Mijam dawną pralnię wełny i farbiarnię. Znajduję resztki dokumentacji, a nawet niemiecką książkę z 1929 r. z reprodukcjami armeńskich dywanów. Widać, że chodzą tu szabrownicy – rozbierają zakład na złom.

Grabieżom ma zapobiegać Artur. Ochroniarz, który strzeże resztek tego miejsca, chętnie rozmawia: – Od początku była to największa taka fabryka w Armenii i jedna z największych w Sowietach, pracowało tu ponad 3 tys. osób. Produkowaliśmy nawet 1,2 mln metrów kwadratowych dywanów rocznie.

Większość produkcji trafiała do innych republik sowieckich. Artur: – U nas zostawało może 5-10 proc. produkcji, ale to wystarczyło, aby w co drugim domu był nasz dywan. Produkowaliśmy dywany w oparciu o artystyczne wzory, pełne symboliki. To nie były proste obrazki z drzewem czy jeleniem. W szczycie działalności tkano dywany o 52 wzorach.

W 2016 r. kobrowyj kombinat zamknięto, choć już wcześniej upadał od wielu lat. Na kryzys złożyło się wiele czynników: mniejszy rynek zbytu, brak inwestycji, emigracja młodych, konkurencja z Turcji, Iranu i Chin.

Dom pracy twórczej nad jeziorem Sewan

Z Iczewania jadę nad jezioro Sewan, największy zbiornik wodny na Kaukazie. Nie ominęła go sowiecka myśl technologiczna: posłużył do wytwarzania energii z elektrowni wodnych i w efekcie poziom akwenu obniżył się, doprowadzając do katastrofy ekologicznej. W ten sposób wyspa, na której stoi IX-wieczny klasztor Sewanawank, stała się półwyspem.

Ale mnie przyciągnął budynek Domu Wypoczynkowego i Pracy Twórczej Związku Pisarzy Armenii.

W Związku Sowieckim niezależne stowarzyszenia artystyczne były zakazane, zamiast nich istniały te scentralizowane. Zarządzały także uzdrowiskami, które pełniły również funkcję domów pracy twórczej.

Dzieje domu twórców nad jeziorem Sewan zaczynają się w 1932 r., gdy architekci Gevorg Kochar i Mikael Mazmanyan opracowali jego projekt. Propagowali radykalną odnowę estetyczną – w opozycji do tradycjonalistów, którzy proponowali historyzm.

Budowę domu, który kaskadowo wbija się w zbocze schodzące do wody, ukończono w 1935 r. Dwa lata później stalinowski Wielki Terror zgarnął obu architektów: trafili do łagru.

Sztandarowy przykład sowieckiego modernizmu w architekturze

Do domu obaj wrócili dopiero w 1953 r., po śmierci Stalina. Kochar dostał zadanie rozbudowy domu nad Sewanem. Do głównego budynku dobudował piętro, a w 1964 r. nową jadalnię: zbudowano ją na balkonie wspartym na jednym filarze. Stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych przykładów sowieckiego modernizmu.

Dziś dawny dom twórców wciąż zachwyca niebanalnym wyglądem i panoramicznym widokiem na jezioro.

Obecnie funkcjonuje tu restauracja. Kiedy do niej wchodzę, trzeszczy drewniany parkiet, najpewniej ten położony kilkadziesiąt lat temu.

Na balkonie dwie Rosjanki jedzą rybę z Sewanu i raczą się białym winem. Obsługa znosi półmiski i salaterki pełne sałatek, wędlin, koziego sera, oliwek, kaukaskiej adżyki (pasty z papryki). Przed restauracją dymi grill. W pogotowiu stoją alkohole – koniak Ararat i brandy Stary Iczewan. Wieczorem będzie hucznie.

Pisarze, poeci, a także francuska filozofka

Kiedyś w tym miejscu odpoczywała ormiańska inteligencja i jej goście – pisarze i poeci z całego Związku Sowieckiego oraz „bratnich” krajów socjalistycznych.

W domu nad Sewanem gościli m.in. Awetik Isahakian (ceniony ormiański poeta i pisarz), Gework Emin (poeta, tłumacz Mickiewicza i Różewicza), Wasilij Grossman (pisarz, którego książki – w tym o II wojnie światowej – czytane dziś brzmią w gruncie rzeczy jak oskarżenie systemu sowieckiego). Była tu Simone de Beauvoir, francuska filozofka i partnerka Jeana-Paula Sartre’a (czołowego przedstawiciela spośród tych zachodnich intelektualistów, którzy – zapatrzeni w system sowiecki – woleli nie dostrzegać jego zbrodni).

Dostaję pokój na ostatnim piętrze. W łazience z kranu ledwie strzyka woda.

Zachodzi pomarańczowe słońce. Wychodzę na balkon. Wyobrażam sobie, że w tym miejscu łatwo było o wyjątkowe przemyślenia, wysublimowane metafory. Istnieje wiele literackich opisów jeziora Sewan. Simone de Beauvoir, która była tu w 1972 r., napisała o „różowej, chaotycznej pustyni z jasnoniebieskim jeziorem pośrodku”.

Dziś dom twórców czasy świetności ma za sobą. Jest w rękach dzierżawcy, który podtrzymuje go przy życiu. Parę lat temu amerykańska fundacja oszacowała koszt remontu na 2,5 mln dolarów, co dla Związku Pisarzy Armenii jest kwotą zaporową. Być może sytuacja zmieni się, bo do walki o prawo własności stanął rząd Armenii: uważa, że dom został sprywatyzowany niezgodnie z prawem.

Ormiańskie miasteczko Gagarin

W drodze do stolicy odwiedzam jeszcze miejscowość o nazwie Gagarin. Nazwano ją tak na cześć pierwszego człowieka w kosmosie. Chciałbym zobaczyć wyjątkowy pomnik astronauty – jego głowa orbituje na strzelistej konstrukcji, poniżej na cokole stoją kobieta i mężczyzna z dłońmi uniesionymi w geście pozdrowienia.

Miejscowość powstała w 1955 r. jako osiedle robotnicze, bo w okolicy funkcjonowało kilkanaście różnych zakładów produkcyjnych. Dziś pozostał jeden, reszta upadła po rozpadzie Związku Sowieckiego. Część mieszkańców wyjechała stąd, część dojeżdża do pracy w Erywaniu.

Ludzie radzą sobie, jak mogą. Parę lat temu lokalny biznesmen zamierzał wysadzić wiadukt w Gagarinie, aby zwrócić na siebie uwagę. Było tak: mężczyzna chciał wziąć kredyt na rozwój firmy, ale bank odmówił obciążenia hipoteki, bo Gagarin ma niejasny status. Nie do końca wiadomo, czy to osiedle robotnicze, wieś, osiedle typu miejskiego czy dzielnica miasta Sewan.

W czasach Związku Sowieckiego często nazywano miasta imionami genseków, artystów, żołnierzy itd. (sztandarowy przykład to Leningrad, wcześniej i dziś Petersburg). Po tym, jak po 1991 r. dawne republiki wybiły się na niepodległość spod kurateli Moskwy, wracano zwykle do dawnych historycznych nazw.

– Tutaj do niczego nie musimy wracać, bo od zawsze byliśmy Gagarinem – odpowiada na moje pytanie mieszkaniec tej miejscowości. – Ludzie sami wybrali nazwę, nikt jej nie narzucał.

– Gagarin wiedział, że nazwano wieś jego imieniem? – dociekam.

– Myślę, że tak, choć nigdy tu nie dotarł. Za to odwiedziła nas jego żona podczas pobytu w Armenii. To było dla nas wielkie święto.

W Armenii historia silnie splata się z teraźniejszością

Późnym popołudniem docieram do Erywania.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że spośród wszystkich krajów byłego Związku Sowieckiego, które odwiedziłem, w Armenii przeszłość najmocniej przenika się z teraźniejszością. I nie tylko dlatego, że dosłownie co zakręt napotyka się na wiekowy chaczkar (wotywną płytę) czy monastyr. To tutaj mogę sobie uciąć pogawędkę na temat zmagań o tytuł mistrza świata w szachach z 1963 r. między Tigranem Petrosjanem a Michaiłem Botwinnikiem.

A kolejny kierowca, który zabrał mnie autostopem, nie omieszka przypomnieć przybyszowi z daleka, że należy głośno mówić o ludobójstwie Ormian, którego dopuścili się Turcy ponad sto lat temu.

A także podkreślić, że to Armenia była pierwszym chrześcijańskim krajem na świecie. Po tym, jak na ziemiach tych mieli pracować apostołowie Tadeusz i Bartłomiej, religią państwową chrześcijaństwo stało się już w 301 r. (dwanaście lat wcześniej niż w Cesarstwie Rzymskim).

Tutaj historia jest wszechobecna i namacalna – jak ormiański „wehikuł czasu”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 8/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Widok znad Sewanu