W Gruzji stół jest święty. Przy stole zasiadają ludzkie czyny, uczucia, sądy. Nad stołem czuwa anioł wina i jego człowiecze wcielenie: tamada. Tu mówi się o życiu i o śmierci. Tu rozdrapuje się rany i leczy zawiedzione serca, naprawia złamane kręgosłupy i oczyszcza zamulone codziennością dusze. Tu prosi się o zdrowie i wspomina zmarłych.
Nie ma Gruzji bez tradycji biesiadnej, bez toastów, w których jest mądrość przeszłych pokoleń i rwący nurt pragnień tych, którzy żyją i piją.
Na zdrowie!
Biesiady, zwane z rosyjska zastoljami, odbywają się z różnych okazji, a czasem i bez. Nie sposób wyobrazić sobie chrzcin, ślubu czy pogrzebu bez suto zastawionego stołu, przy którym licznie zgromadzona rodzina biesiaduje do późna, wypijając dziesiątki litrów wina - domowego, prawie nigdy kupnego. Nie można godnie zakończyć rocznego okresu żałoby po śmierci członka rodziny bez zebrania się całej, wielopokoleniowej familii w miejscowości, gdzie został pochowany. Wszyscy idą na grób, gospodarz nalewa każdemu szklankę wina. Wino to należy w połowie wypić, a drugą połowę wylać na mogiłę, wspominając tego, który odszedł. Po części oficjalnej następuje biesiada, podczas której nastroje stopniowo poprawiają się, a zaduma ustępuje radości - oto kończy się żałoba, a zmarły został godnie pożegnany.
Prócz tych najpoważniejszych okazji, życie przynosi szereg innych: urodziny, imieniny, rocznice. Spędzać samemu czas w dzień urodzin - to znak, że jesteś złym człowiekiem, który nie ma bliskich i przyjaciół. A jeśli ktoś woli być sam? Lub tylko z najbliższą rodziną, a nie zapraszać znajomych? To w Gruzji uważa się za powód do wizyty u psychiatry. Bo przecież nikogo nie trzeba zapraszać! Goście sami przyjdą, przecież pamiętają. A jeśli ktoś nie może biesiadować w tym dniu? Goście przyjdą i tak, trzeba dla nich stół nakryć i wina nalać, a już oni toastami za zdrowie gospodarza wypełnią cały dom.
Czasami bywa, że bez żadnej okazji zwykła kolacja przerodzi się w biesiadę - ktoś przyjdzie na chwilę, przysiądzie, zostanie. Gospodarz domu zadzwoni po brata czy szwagra. Pojawi się dzban pełen domowego wina. Pierwszy toast wzniesie się "za Boga i pokój", drugi - "za tych, którzy odeszli". I tak, spontanicznie, zacznie się gruzińska biesiada. Jej długość i przebieg zależą od tego, jak zdolny okaże się tamada.
Anioł wina
Tamada - to najważniejsza osoba za stołem. To przywódca, jednoosobowa instancja sprawcza gruzińskiej biesiady. Tamada musi umieć pić, nie upijając się. On wznosi toasty, on ma pierwsze i ostatnie słowo. Decyduje, w jakim tempie ubywać będzie w dzbanie wina i kiedy zakończyć biesiadę. Sprzeciwić się jego woli, dolać sobie poza kolejką, wychylić kielich nie o czasie - trudno wyobrazić sobie większy nietakt (obcokrajowcowi ujdzie on na sucho, o ile nie będzie się powtarzał, a na pewno ktoś szeptem wyjaśni, że popełniło się gafę; Gruzin w taki sposób nie zachowa się nigdy).
Gruzińska biesiada nie jest jednak monologiem tamady: zażarte dyskusje, anegdoty, historie z życia - wszystko to jest obecne za stołem. Tamada może przerwać debatę i wznieść toast. A wówczas należy podnieść kielich i czekać. Toast nie będzie krótki, a słuchać trzeba uważnie, bo tamada może przekazać głos dowolnej osobie. Taki "przekazany toast", a także osoba, która będzie go wygłaszać, nazywa się alawerdy.
Alawerdy ma zadanie niełatwe: musi kontynuować toast tamady, nie zmieniając wymowy i tak nawiązać do tego, co już powiedział tamada, by całość tworzyła spójną opowieść. Jest jednak jeden szkopuł: alawerdy nie może mówić kwieciściej, a przede wszystkim dłużej, niż mówił tamada. Powinien mówić nie więcej niż połowę tego czasu co tamada i tak, by goście nie odnieśli wrażenia, że alawerdy powiedział swoją część toastu lepiej. Zdarza się, że alawerdy przekaże toast kolejnej osobie. Również w tym przypadku nietaktem byłoby przemawiać dłużej niż poprzednik. Tak więc słów tamady wszyscy słuchają z uwagą: raz, że są to historie ciekawe i wzruszające, dwa - żeby być gotowym na alawerdy.
Oprócz tamady przy stole są jeszcze inni "funkcyjni": merikipe - to ci, którzy dbają, by w kielichach zawsze było wino. Wcześniej merikipe musieli zachować trzeźwość do końca uczty, obecnie nie jest to przestrzegane.
Kto może zostać tamadą? W zasadzie każdy, choć w praktyce - niewielu. Z reguły tamadą jest gospodarz domu bądź też - przy rodzinnych uroczystościach - ojciec, mąż, dziadek. Ale nie jest to zasada sztywno przestrzegana, gdyż nie każdy ma talent do opowieści, puent, błyskotliwych uwag. Stąd też bywa, że w rodzinie jest jakiś "dyżurny" tamada, który prowadzi biesiady. W zasadzie nigdy za tradycyjnym gruzińskim stołem tamadą nie bywa kobieta.
Honor oficera
Toasty są często wspomnieniami, opowieściami o znamiennych wydarzeniach z życia człowieka wygłaszającego toast, a czasem zasłyszaną historią z dawnych lat. A czasem oba wątki splatają się, aby zaskoczyć słuchaczy niezwykłą, patetyczną puentą:
"W młodości byłem na obozie pionierów na Syberii. To było gdzieś na odludziu, w lesie. I była na tym obozie rosyjska dziewczyna imieniem Waria. Mieliśmy po 17 lat. Był ciepły lipiec. Po obowiązkowych zajęciach spotykaliśmy się i zawsze mnie dziwiło, że kiedy proponowałem wyprawę nad rzekę - a rzeki syberyjskie to oddzielna historia: rozległe, głębokie, pełne zdradzieckich wirów i tajemnic - dziewczyna wpadała w zadumę i prosiła, byśmy się przeszli gdzie indziej. Intrygowało mnie to jej zachowanie. Pewnego dnia wziąłem ją za rękę i przez las poprowadziłem nad zatoczkę w zakolu wielkiej rzeki - cichą, skąpaną w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca. Tak chciałem, byśmy się razem wykąpali, ale Waria odmówiła. Potrząsała głową, konsekwentnie odpierając moje ataki. Aż wreszcie wyjawiła powód rezerwy.
»W tych stronach podczas wojny domowej w 1919 roku zginął mój dziad - powiedziała. - Nad rzeką toczyły się zażarte walki. Czerwoni zdobywali przewagę, spychali białych nad rzekę. Biali bronili się jak lwy, a kiedy wystrzelili ostatni nabój, dowódca wzniósł białą flagę. Czerwoni przerwali ogień. Dowódca białych rzucił krótką komendę i oddział ustawił się w czworobok. Po kolejnej komendzie oddział zrobił w tył zwrot. Szereg za szeregiem kadeci wchodzili do rzeki, jej chłodna głębia przyjmowała ich młode ciała. Po kilku minutach na falach unosiły się już tylko czapki, porwane nurtem rzeki. Na stromym brzegu, gdzie okopali się czerwoni, rozległ się jeden jedyny wystrzał. Palnął sobie w łeb dowódca czerwonych. To był mój dziadek«.
Wypijmy za honor oficerski, za te wartości, które nie przemijają".
Uczestnicy biesiady wznoszą kielichy. Teraz można coś dopowiedzieć, coś, co wiąże się z wysłuchaną opowieścią: o przodkach, którzy dzielnie się bili w czasach rewolucji. Można też ponarzekać, że teraz to już takie czasy, że nikt o honorze oficerskim nie pamięta. A można zapytać o Warię, o to, czy jeszcze kiedyś się spotkali. Albo o Syberię - kto był, co tam robił.
I pogwarka trwa do momentu, kiedy tamada znowu wstaje i wznosi puchar pełen czerwonego wina, od którego purpurowieją usta.
Rodzinny ołtarz
Tamada znów sięga do wspomnień. Jest mądrym człowiekiem, który wiele przeżył, więc toastami uczy życia młodszych, którzy może nigdy nie zobaczą, nie przeżyją tyle, co on. A może tylko jest wnikliwym obserwatorem życia i umie dostrzec w najskromniejszych jego przejawach rzeczy wielkie, ogólnoludzkie, ponadczasowe.
Toastami tamada opowiada o sobie, nawet jeśli mówi o innych, pokazuje, jakim jest człowiekiem, co dla niego jest ważne, co wzniosłe, a co podłe. I udziela lekcji, filozofuje, zmusza do zadumy, czasem taniej, a czasem głębokiej. Czasem pełnej symboli i poezji. Jeżeli jest poetą.
"W dzieciństwie jeździliśmy z siostrą nad morze, pod Batumi. Na żwirowo-piaskowej plaży spędzaliśmy całe dnie w wilgotnej bryzie kurortu w wydaniu gruzińsko-sowieckim. Przez plażę przechodziły kohorty pokątnych sprzedawców świeżo zerwanych orzechów laskowych, pestek słonecznika i lodów. I tylko pewien starszy jegomość tkwił całymi dniami w jednym miejscu. Sprzedawał raki, które trzymał w kuble. Raki starały się wypełznąć z wilczego dołu obrzydłego wiaderka, a jegomość z miną znudzonego dróżnika na mało uczęszczanej linii kolejowej spychał je z powrotem na dno paskudnym kosturem.
Wypijmy za wolność, której umiłowanie każe nam nawet w ograniczonej przestrzeni walczyć o swobodny dostęp do powietrza, do myśli, do słów".
Nie, nie cały czas jest wzniośle. Czasami tamada opowiada żart, bo jesteśmy przy stole po to, by się cieszyć sobą nawzajem. I sobie dogodzić. Przede wszystkim trzeba wypić za siebie: za zgromadzonych przy stole gości. Gość jest świętością w gruzińskim domu, należy mu się najlepszy poczęstunek i życzliwość gospodarzy.
Więc kolejne toasty wznoszone są za biesiadników. Jeżeli jesteś dobrze znany w tym domu, reszcie gości opowiada się o tobie, o znajomości z tobą, o twoich zaletach.
A jeżeli jesteś pierwszy raz, zaraz następuje seria pytań: "Czy jesteś zamężna? Tak? W takim razie wypijmy za zdrowie twojego męża i wszystkich mężów obecnych przy tym stole. Nie jesteś zamężna? W takim razie wznieśmy toast za przyjaciół, którzy potrafią stanąć na wysokości zadania. Czy masz rodziców? Wspaniale, wypijmy za rodziców. Rodzice są naszą latarnią morską, punktem orientacyjnym, który pozwala odnaleźć drogę we mgle. Rodzice nie żyją? Więc wypijmy za naszych zmarłych rodziców, niech im ziemia lekką będzie, na zawsze pozostaną w naszej pamięci".
Od spraw lekkich, zwykłych i codziennych do najcięższych, traumatycznych przeżyć - jeden krok, jeden toast. Wznosząc kielich, prosimy o zdrowie dla tych, którzy zmagają się z chorobą. Tak, przyszliśmy tu, by się weselić, ale nie możemy odrzucić naszych trosk. Przy tym gruzińskim stole, który ma symboliczne znaczenie ołtarza, możemy się pomodlić i za dusze zmarłych, i za wyzdrowienie niedomagających bliskich. Wypijmy i będzie lżej.
A teraz jeszcze wypijmy za braci i siostry. Masz rodzeństwo? W takim razie wypijmy za twoich braci. I za twoją siostrzyczkę, cóż to za wzruszająca istota, po prostu anioł z nieba.
Po kilku rozpoznawczych toastach wszyscy znają już stan rodzinny pozostałych współbiesiadników i zaczynają uważać się za jedną wielką rodzinę.
Szota, syn Uszangi
A rodzina to na Kaukazie największa potęga.
Tamada sięga po niezwykłą opowieść zasłyszaną w górskiej wiosce.
"Opowiadał to podczas biesiady, na którą przyszła cała wieś, starszy już pan imieniem Szota. Szota został poczęty pod koniec 1940 r. A w czerwcu 1941 ojca zmobilizowali, wybuchła wojna z Niemcami, poszedł na front, nim urodził mu się syn. Z wioski w górach, położonej daleko od szlaków, na front poszło wielu mężczyzn. Szotę matka wychowywała sama. W 1945 z wojny zaczęli powracać zdemobilizowani żołnierze - ten bez nogi, ten ze szramą na policzku. Mieszkańcy wioski zawsze entuzjastycznie witali obrońców ojczyzny. Mijały miesiące. Uszangi, ojciec Szoty, nie wracał. Minął rok, potem drugi. Matka wypłakała oczy, wieczorami żarliwie modliła się pod ikoną. Nastał rok 1947. Nadzieja umierała.
Aż któregoś dnia ktoś zawołał: »Uszangi wrócił«. Ludzie radośnie pomknęli mu na spotkanie. W zamieszaniu nikt nie pomyślał, by zabrać Szotę. Pobiegł sam na swoich sześcioletnich nóżkach. Zaczepił stojącego z tyłu wysokiego mężczyznę. Mężczyzna posadził Szotę na swych rozłożystych jak korona dębu ramionach. Szota zobaczył stojącego na środku drogi wynędzniałego, zgarbionego mężczyznę, spod śmiesznej zgniecionej po bokach czapki sterczały zmierzwione długie kłaki. Na szyi mężczyzny wisiała matka.
Szota nie rozumiał, co się dzieje. Kim jest ten dziwny człowiek? Matka powiedziała, że to ojciec. Szota pocałował go w policzek.
Nazajutrz rano Szota obudził się i zrozumiał, że coś się bezpowrotnie zmieniło. Zawalił się świat. Po raz pierwszy w swym sześcioletnim życiu po przebudzeniu nie poczuł łokciem ciała matki. Matka nie spała z Szotą. Zniknęła. Spała z nim. Z nim. Z tym wynędzniałym, zgarbionym człowiekiem. Uszangi ukradł ją. Ukradł Szocie matkę. I Szota znienawidził tego mężczyznę nienawiścią ludzi okradanych z rzeczy najdroższych.
I nienawidził go długo. Aż przyszło przebudzenie dorosłości. I syn pokochał ojca wielką miłością tych, którzy odzyskują rzeczy najdroższe.
Wypijmy za wielkie uczucia do naszych najbliższych. Żeby zawsze byli z nami. Wypijmy za przebudzenie, kiedy to nienawiść może zmienić się w miłość".
Po wypiciu toastu tamada jeszcze wraca myślami do wioski. Wszyscy słuchali opowieści Szoty ze wzruszeniem. Choć słyszeli ją na pewno po raz setny: to była mała wioska, w której od wielu lat nic się nie wydarzyło: o czym więc tamada mógł opowiadać w obecności gości z miasta - tylko o swoim największym przeżyciu. Sędziwy Uszangi wycierał spływające po zapadniętych policzkach łzy, potakiwał, gdy syn zanurzał się w oceanie wspomnień.
Opowieść o ocalonej
Czasem przy stole opowiada się coś, co wydaje się legendą, a tamada przedstawia to jako opowieść z życia.
"Do znanego paryskiego psychoanalityka zgłosiła się dziewczyna, która cierpiała na napady lęku związanego z wizytami u fryzjera. Nie mogła znieść szczęku nożyc, którymi fryzjer wywijał wokół jej głowy. Nie potrafiła tego w żaden sposób wyjaśnić. Psychoanalityk postanowił porozmawiać z członkami rodziny pacjentki. Najdłużej rozmawiał z babką, która - jak się okazało - pochodziła z Armenii. I - o czym nie wiedział nikt z rodziny - ocalała z rzezi Ormian, jaką imperium osmańskie urządziło w 1915 roku na terytorium Azji Mniejszej.
Była małą dziewczynką, kiedy miały miejsce te dramatyczne wydarzenia. Turcy wpadli do ich obejścia i po kolei ścinali głowy dorosłym: babce, dziadkowi, matce, ojcu... Dziewczynka w przerażeniu schowała się za szafę, skąd obserwowała zbrodnię. Ścięto głowy jej starszym siostrom, potem bratu. Napastnicy pozbierali obcięte głowy, za włosy przeciągnęli przez podwórko i powbijali na drewniane ostro zakończone sztachety ogrodzenia.
Dziewczynka odczekała, aż pójdą, a wieczorem wyszła na drogę. Przygarnęli ją jacyś ludzie, którzy uciekali przed zakrzywionymi tureckimi nożami, niosącymi śmierć. Dziewczynka wraz z nową rodziną znalazła się w Paryżu, zaczęło się nowe życie. O tamtym strasznym wydarzeniu starała się nie myśleć. Nigdy nikomu o nim nie opowiedziała. Ale strach przed ostrymi narzędziami przekazała podświadomie następnym pokoleniom.
Wypijmy za to, aby strach nigdy nas nie pokonał".
Tu rządzi czas
Rewolucja Róż, która zmiotła w 2003 r. wieloletniego przywódcę Gruzji Eduarda Szewardnadzego i wyniosła do władzy Micheila Saakaszwilego, rozpoczęła etap gwałtownych zmian w państwie. Celem nowej ekipy jest wstąpienie Gruzji do NATO, a w przyszłości do Unii Europejskiej. Śmiałe reformy wewnętrzne szybko zniechęciły społeczeństwo do nowej władzy. Tak było zresztą zawsze: wyniesiony do władzy przez tłumy pierwszy prezydent niepodległej Gruzji Zwiad Gamsachurdia kilka lat później musiał uciekać z kraju w obliczu zamachu stanu. Entuzjastycznie witany w Tbilisi Eduard Szewardnadze, o którym mówiono, że tylko on może położyć kres wojnom domowym rozpętanym przez Gamsachurdię - rządził przez dekadę, aż ostatecznie musiał ustąpić w obliczu wielotysięcznych protestów społecznych. Ludzie domagali się demokracji, praw człowieka, reform, sojuszu z Ameryką i wejścia do Europy. Wynieśli do władzy Miszę Saakaszwilego, który im to obiecał.
Po trzech latach mało już w Gruzji tamtego listopadowego entuzjazmu. Jakie będą losy Saakaszwilego? Jakie będą losy państwa? Politycy przemijają, polityka się zmienia, prezydenci przychodzą i odchodzą, ale kraj i ludzie - zostają. Gruzją rządzą nie władcy, ale czas.
A gruziński stół jak był, tak jest i będzie istnieć na wieki. Bo Bóg ukochał ten zakątek świata. Dlaczego akurat ten? No więc Bóg, kiedy stworzył świat, rozdzielał wszystkim narodom po kawałku ziemi. Narody stały w kolejce, przepychały się, targowały, każdy chciał dostać najlepszą część. Bóg rozdał wszystko, co miał do rozdania, zostawiając jedynie malutki spłachetek ziemi na południowych stokach Kaukazu - dla siebie. Chciał mieć miejsce do odpoczynku i radowania się ze stworzonego świata w jego najpiękniejszym kawałku.
I nagle - gdy już wszyscy poszli, Bóg z niedowierzaniem spostrzegł, że nieopodal, na trawie, siedzą Gruzini, którzy byli tak zajęci biesiadą, że nie zauważyli, iż Bóg rozdał już wszystkim narodom cały świat. Bóg jednak, gdy przysłuchał się pięknym toastom wznoszonym przez tamadę, wzruszył się i oddał Gruzinom najpiękniejszy kawałek świata - ten, który zostawił dla siebie. Tak powstała Gruzja.
***
Mozaika historii i intencji, w których wychylamy kolejne puchary, układa się w piramidę najważniejszych wartości, osób, wydarzeń w naszym życiu. Bóg i pokój; rodzina i przyjaciele; honor i zaufanie; zdrowie i ojczyzna. Po prostu życie: bogate, niepokonane nawet w obliczu śmierci. Wspólna biesiada - śmiech i zaduma, zabawa i refleksja - uczy trudnej sztuki radości tego życia, które mamy dane tylko raz.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















