Wygrał Cristian Mungiu. Dla reżysera filmu „Fjord” to druga Złota Palma w karierze. Pierwszą otrzymał w 2007 r. za dramat o aborcji „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni". Szkoda, że elitarne grono dwukrotnych triumfatorów festiwalu nie ma strefy spadkowej. Mungiu spokojnie zepchnąłby z ligi Rubena Östlunda albo Emira Kusturicę.
Kibicowałem „Fjordowi”, ponieważ jest to kino spełnione zarówno jako „obyczajówka” o zderzeniu kultur, jak i dramat o nierozwiązywalnym splocie polityki i religii. Opowiada historię rodziny ewangelicznych chrześcijan, która wchodzi na kurs kolizyjny z norweską opieką społeczną. To, co zaczyna się jak psychodrama, kończy się w rejonach moralitetu.
Trudno jest nakręcić film, w którym każdy ma swoje racje, widz zaś nie wie, komu kibicować i kogo podejrzewać o złe intencje. Jeszcze trudniej o tym, że chrześcijańska oraz laicka moralność to dwa wilki zaciekle walczące w duszach współczesnych Europejczyków.
Kibicowałem również Pawłowi Pawlikowskiemu, którego nagrodzono za reżyserię „Ojczyzny”. Zaledwie 82-minutowy film o Tomaszu Mannie to (dość hermetyczny) popis narracyjnej ekonomii. Mann, który w obrazie Pawlikowskiego przemierza powojenne Niemcy z córką Eriką, najpewniej by go polubił. Poświęciłby mu takie zdanie z „Czarodziejskiej góry”, wedle którego „Czas studzi. Czas rozjaśnia. Żaden nastrój nie zdoła trwać nieodmiennie w ciągu długich godzin”.
Czy po domknięciu monochromatycznej trylogii o ofiarach zbrodniczych reżimów Pawlikowski zmieni swój elegijny ton? Mam nadzieję. Mówiąc szczerze, tęsknie trochę za facetem, który opowiadał o młodości, witalności i nadziei.
„Minotaur” Zwiagincewa: mdła narracja o niedoli „zwykłych Rosjan”
Polak rzucił ze sceny zdanie o tym, że w czasach politycznych i społecznych turbulencji sztuka powinna być bezkompromisowa. Świadomie bądź nie, unaocznił ogromny problem z nagrodzonym Grand Prix filmem „Minotaur” Andrieja Zwiagincewa. Reżyser jest bowiem symbolicznym ojcem wszystkich „dobrych Rosjan”, którzy uciekli za granicę, żeby wycelować armaty w Kreml.
Nie tylko wierzę w misję dysydentów. Uważam, że jest ona niezbywalną moralną obligacją. Natomiast fakt, że Zwiagincew, po dekadzie nieobecności i w piątym roku wojny na Ukrainie, melduje się w Cannes z przeróbką francuskiej ramoty Claude’a Chabrola, uważam za skandaliczny.
Gdyby pokazać na Lazurowym Wybrzeżu jego „Lewiatana”, albo „Niemiłość”, filmy nakręcone na długo przed pełnoskalową wojną w Ukrainie, zadrżałaby ziemia. „Minotaur” tymczasem sprawia wrażenie uniku – filmu, w którym kontekst wojny wydaje się dosztukowany do mieszczańskiej opowieści o erozji małżeństwa.
Odbierając statuetkę, reżyser poprosił Putina o zaprzestanie działań wojennych. Rymuje się to z równie mdłą narracją o niedoli „zwykłych Rosjan”, która stanowi sedno „Minotaura”. Myślę, że jego szept na wietrze usłyszą co najwyżej Ukraińcy. I raczej nie będą zadowoleni.

Triumf Zwiagincewa to oczywiście część szerszej dyskusji o politycznych wektorach w Cannes. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego festiwal nie potrafi zabrać w sprawie Rosji jasnego stanowiska. Rosyjscy dziennikarze i filmowcy z początku nie mogli przyjeżdżać na Lazurowe Wybrzeże. Potem mogli. A dziś? Trudno powiedzieć.
Ponieważ nie ma żadnego systemu sprawdzania ich afiliacji, a festiwal chowa głowę w piasek, bagaż politycznej narracji taszczą na plecach filmowcy. W tym roku wylosowaliśmy mądre wypowiedzi aktora Javiera Bardema o toksycznej męskości jako paliwie imperializmu oraz scenarzysty Paula Laverty’ego o Big Techach, USA i Gazie.
Trzeba jednak pamiętać, że za krzewienie świadomości politycznej powinien odpowiadać festiwal.
Cannes 2026: rozczarowania i zaskoczenia
W Cannes z pewnością zawiedli mistrzowie. Pedro Almodóvar od lat nie wyściubia nosa ze swojej piaskownicy, kręcąc kolejne wariacje tego samego filmu. Hirokazu Koreeda przestrzelił z sentymentalną opowieścią o humanoidalnym robocie, który zastępuje parze żałobników ich zmarłego syna. Wreszcie – rozczarował też Asghar Farhadi, który rozpoczął w Cannes wielką, rozpisaną na dziesięć pełnometrażowych filmów, reinterpretację „Dekalogu” Kieślowskiego.
Mam do jego „Historii równoległych” słabość. Niewiele było w tegorocznym konkursie dzieł oddychających absurdalnym humorem oraz nagłymi zmianami tempa, konwencji, perspektyw. Ale nawet ja rozpoznam upupianie Kieślowskiego, gdy zobaczę je na odpowiednio dużym ekranie. Farhadi zaś zamienia „Dekalog” w coś na kształt uniwersum Marvela.
Dobrze wypadli Japończyk Ryūsuke Hamaguchi oraz Koreańczyk Hong-jin Na. Ten pierwszy w monumentalnym „Soudain” z wybitnymi i wyróżnionymi rolami Virginie Efiry oraz Tao Okamoto. Ten drugi w „Hope”, czyli kinie akcji o kosmicznej inwazji, które zawstydza wielkie hollywoodzkie produkcje zarówno precyzyjnym scenariuszem, jak i skalą ekranowej demolki.
Z dwóch filmów o francuskim ruchu oporu z czasów II wojny światowej wygrał ten gorszy – nagrodzony za scenariusz „A Man of His Time” Emmanuela Marre. Szkoda, gdyż to w „Moulinie” Lászla Nemesa stawka jest wyższa, a horror wojny – bardziej namacalny.
Opowieść o przesłuchaniach lidera partyzantów Jeana Moulina przez szefa Gestapo Klausa Barbiego to zresztą niezła zmyłka. Gęsta fraza oraz słowna szermierka bohaterów sugeruje, że mamy do czynienia z kinem heroicznym, pojedynkiem dwóch równorzędnych rywali. Wkrótce jednak Nemes zaczyna mierzyć heroizm skalą odporności na psychiczne i fizyczne cierpienie.
Brak jakiejkolwiek nagrody dla Rodriga Sorogoyena („The Beloved”) to ponury żart. Hiszpan najpierw obejrzał wnikliwie „Wartość sentymentalną” Joachima Triera, a potem nakręcił ją jeszcze raz – tym razem dobrze. Opowieść o ojcu-reżyserze i córce-aktorce na drodze do pojednania zamienił w pompujący adrenalinę thriller. Powiedział tym samym znacznie więcej i o pryncypiach sztuki, i o naturze ludzi.
Czy w Cannes wygrało kino?
Stali bywalcy festiwalu w Cannes lubią sobie pogwizdać. Kiedyś gwizdali na Tarantino, bo wygrał z Kieślowskim. Później na Netfliksa, gdyż wypowiedział wojnę „świątyniom X Muzy”. W tym roku na Canal+, który trafił w ręce skrajnej prawicy.
Jeśli kino jest nitką przeciągniętą przez całą historię festiwalu, ów świdrujący dźwięk to zaplecione na niej supełki. Chwile, w których wracamy do rzeczywistości i przez sekundę dostrzegamy w Cannes coś więcej niż gigantyczne symulakrum. Dlaczego więc nie wygwizdano Zwiagincewa?
Myślę, że odpowiedź na to pytanie tkwi w pewnej ułudzie, którą festiwal tworzy od lat. Prezentowaną na Lazurowym Wybrzeżu sztukę zamyka bowiem w bezpiecznym nawiasie „święta kina”, które powstaje dzięki najróżniejszym kapitałom i jest efektem wielu kompromisów. Do świata za oknem zbliża się o tyle, o ile ów świat nie wymaga politycznych i symbolicznych gestów.
I tak to się kręci: świat swoje, Cannes swoje. Wygrywa – będę się upierał, że tylko w teorii – kino.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















