Opowieść o zacofanym Kosowie to już przeszłość. Reportaż z podróży po najmłodszym państwie Europy

Za sprawą rodzimej przedsiębiorczości i zagranicznych inwestycji Kosowo jest dziś jednym z najszybciej rozwijających się miejsc na Bałkanach. Cień konfliktu albańsko-serbskiego jest jednak odczuwalny na każdym kroku.
z Kosowa
Czyta się kilka minut
Amerykanie są w Kosowie hołubieni. Jedna z głównych arterii, na odcinku w samym centrum Prisztiny, nosi imię Billa Clintona, prezydenta USA z czasu wojny NATO z Serbią. // Fot. Armend Nimani / AFP / East News
Amerykanie są w Kosowie hołubieni. Jedna z głównych arterii, na odcinku w samym centrum Prisztiny, nosi imię Billa Clintona, prezydenta USA z czasu wojny NATO z Serbią. // Fot. Armend Nimani / AFP / East News

W letni sobotni poranek przed dziewiątą ulice w centrum Prisztiny są już zatłoczone. Wkoło pną się w górę wysokie budynki, w większości nowe. Znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem. W wielu miejscach stolica Kosowa, miasto ponad dwustutysięczne, sprawia wrażenie, jakby całe jego kwartały wyrosły z dnia na dzień. W gruncie rzeczy nie jest to stwierdzenie dalekie od prawdy.

Wojska międzynarodowe w Kosowie

Po drugiej rundce tymi samymi krętymi i stromymi uliczkami, pozwalam jednemu z rond wyrzucić się bardziej na północ. Kilkaset metrów dalej, na wzgórzu, udaje się znaleźć wąski wolny pasek ni to chodnika, ni to trawnika. Koła samochodu miękko wpadają w głębokie koleiny i zatrzymują się. Jestem nieopodal miejsca, które i tak planowałem zobaczyć. Choć tylko z zewnątrz. Do środka nikt mnie dziś raczej nie wpuści.

Prisztiński gmach ambasady Stanów Zjednoczonych w Kosowie góruje nad miastem. Nie sposób go przeoczyć. Podchodzę do dwóch strażników. – You certainly speak English – mówię. Śmieją się. – Actually, we do – odpowiada jeden. Gdy słyszą, że jestem z Polski, kiwają z zadowoleniem głowami. Polski kontyngent wojskowy wciąż jest obecny w Kosowie w ramach sił KFOR.

Te międzynarodowe wojska, mające gwarantować pokój, są tutaj obecne nieprzerwanie od 1999 r. – od zakończenia wojny NATO z Serbią, która przypieczętowała secesję Kosowa, wcześniej serbskiej prowincji. Formalnie kosowscy Albańczycy ogłosili swoją niepodległość niemal dekadę później, w 2008 roku.

Pytam o najwygodniejszą drogę na piechotę do centrum. Starszy z mężczyzn, na oko pięćdziesięcioparoletni, podchodzi ze mną do głównej ulicy i tłumaczy, którędy najlepiej zejść do miasta. Gdy po przejściu kilkudziesięciu metrów spoglądam za siebie, budynek ambasady wydaje się jeszcze większy.

Prisztiński duch przemiany

Dzisiejsza Prisztina to jedno z najprężniej rozwijających się miast na Bałkanach. To, co dla jej mieszkańców o albańskim pochodzeniu jest powodem do dumy, Serbom spędza jednak sen z powiek.

Na ulicznych szyldach i reklamach dominują albański i angielski. Amerykanie są w Kosowie hołubieni. Jedna z głównych arterii, na odcinku w samym centrum, nosi imię Billa Clintona, prezydenta USA z czasu wojny NATO z Serbią. Jest też jego pomnik, odsłonięty w 2009 r., zresztą przez samego byłego już prezydenta.

W wielu miejscach powiewają flagi – Kosowa, Albanii, Stanów, NATO, Unii Europejskiej. Są wszechobecne nie tylko w stolicy, ale i w całym kraju – zawieszone na sklepach, latarniach, często też na prywatnych posesjach.

W Prisztinie panuje duch przemiany. Momentami wydaje się ona jednym wielkim placem budowy. Opowieści o biednym i zacofanym Kosowie nie mają już dziś wiele wspólnego z rzeczywistością – przynajmniej tu, w stolicy.

Bo poza jej granicami bywa różnie. Choć szybko poprawiający się stan dróg – niezły wskaźnik rozwoju i stabilności administracji państwowej – pokazuje, że Kosowo, za sprawą ogromnych zagranicznych inwestycji, jest dziś jednym z najszybciej rozwijających się miejsc w regionie Bałkanów.

Wielu młodych Albańczyków wraca z Zachodu do Kosowa

Na placu imienia Zahira Pajazitiego – żołnierza partyzanckiej Armii Wyzwolenia Kosowa i jednego z bohaterów dla Albańczyków – spotykam się z Marjonem. Od kilku lat mieszka w Prisztinie, choć urodził się i dorastał we Włoszech. Jego rodzice, jak wielu, wyjechali z Kosowa w 1998 r. na fali emigracji wywołanej wojnami w byłej Jugosławii i dziś mieszkają pod Mediolanem.

Marjon pracuje dla międzynarodowej korporacji, zna biegle włoski i angielski. Gdy pytam o powody, dla których wrócił do Prisztiny, mówi, że żyje się tu dobrze. Jest jednym z tysięcy młodych ludzi, którzy świadomie wybrali Kosowo, choć mogli ułożyć sobie życie gdzieś na Zachodzie.

Wspominam o tempie, w jakim miasto się rozrasta i rozlewa na okoliczne wzgórza. Marjon przyznaje, że nie poznaje wielu miejsc, gdy wraca do nich po kilku czy kilkunastu miesiącach.

Opowiadam o nieodległym Skopje, stolicy Macedonii Północnej, z którego przyjechałem – odbudowanym niemal w całości na nowo po trzęsieniu ziemi w 1963 r. Dziś Skopje jest jedną z najdziwniejszych stolic: jedni mówią, że najbrzydszą; inni, że cudownie oryginalną. Gdy zauważam, że i Prisztina wydaje się dziś miastem nieco szalonego wzrostu, Marjon przyznaje, że coś w tym jest. Kilka innych rozmów potwierdza, że jest dziś przede wszystkim miastem ludzi młodych.

Nie opuszcza mnie jednak wrażenie pewnej obcości, a może i nierealności. Jakbym trafił w miejsce, które dopiero poszukuje swojej tożsamości.

Serbskie świętowanie na Kosowym Polu

Ruszam na północny zachód, w stronę 90-tysięcznej Mitrovicy – to największy ośrodek mniejszości serbskiej w Kosowie (Serbowie stanowią niecałe 10 proc. ludności Kosowa, liczącej ok. 1,8 mln osób). Na opłotkach Prisztiny trafiam jednak na gigantyczny korek. Na nieodległym wzgórzu wyraźnie odcina się Gazimestan – miejsce pamięci i pomnik zbudowany w 1953 r., którego centralnym elementem jest kamienna wieża (nazwa to połączenie słów „ghazi”, z arabskiego „bohater”, i serbskiego „mesto” – „miejsce”).

Obchody Dnia św. Wita na Kosowym Polu, w tle po prawej monument w miejscu pamięci Gazimestan. 28 czerwca 2025 r. // Fot. Fot. Juliusz Pielichowski

To jedno z najświętszych miejsc dla Serbów – upamiętnia bitwę na Kosowym Polu, stoczoną między wojskami serbskimi i tureckimi 15 czerwca 1389 r. (według kalendarza juliańskiego). Klęska przypieczętowała upadek serbskiego królestwa – najpierw stało się wasalem Imperium Osmańskiego, a potem zostało wchłonięte na kolejnych kilka wieków. Najpierw autonomię, a potem niepodległość Serbia odzyskała dopiero w XIX stuleciu.

Dzień 15 czerwca świętowany jest przez Serbów jako Vidovdan, Dzień Świętego Wita. To jeden z najważniejszych momentów dla ich narodowej tożsamości. W kalendarzu gregoriańskim wypada 28 czerwca, a więc dziś.

W okolicy wzgórza zaparkowano setki aut osobowych i kilkadziesiąt autokarów. Rejestracje – przeważają te z Serbii: Nisz, Leskovac, Novi Pazar, Belgrad. Wielopokoleniowy tłum ciągnie wzdłuż szosy. Na przeciwległym pasie wolno przesuwa się sznur aut zmierzających do Prisztiny. Niektórzy, można się domyślić, że Albańczycy, mijając idących Serbów, otwierają okna i coś mówią, inni tylko patrzą. Raz po raz huczy klakson.

Obchody zabezpieczają liczni kosowscy policjanci, w górze krążą obserwacyjne drony.

Obchody Dnia Świętego Wita

Obchody, mające charakter religijny, organizuje Serbska Cerkiew Prawosławna. Policja nie wpuszcza już więcej ludzi na teren w sąsiedztwie monumentu, wielu musi zostać za płotem. Gdy padają pytania, kiedy będzie można dostać się pod wieżę, nieco nerwowi policjanci odpowiadają, że po zakończeniu uroczystości. Czyli kiedy? Za godzinę, półtorej.

Wielu jest niezadowolonych. Raz po raz ktoś próbuje negocjować wejście. Po pewnym czasie pierwsze grupki ruszają spod pomnika w stronę bramy wyjściowej. Kilkunastu dziennikarzy uzbrojonych w aparaty fotograficzne i kamery wyczekuje na moment, w którym dojdzie do jakiejś konfrontacji. Ale emocje są pod kontrolą po obu stronach, choć nie obędzie się bez zatrzymań, w tym jednego z liderów serbskiej mniejszości w północnym Kosowie.

Tegoroczne obchody można uznać za spokojne. Gdy rozmawiam z Serbami wracającymi ze wzgórza, większość wydaje się zadowolona z przebiegu uroczystości. Pogoda dopisała. Dla wielu była to okazja do tradycyjnego dorocznego spotkania.

Podobnie jak ci, z którymi kilka dni wcześniej rozmawiałem w Serbii, cieszą się, że i w Polsce będzie można przeczytać o tym tak ważnym dla nich dniu. – My, Słowianie, musimy trzymać się razem – mówi Aleksandar, kładąc w serdecznym geście dłoń na moim ramieniu. Przyjechał z Serbii, z pobliskiego Vranja, leżącego po drugiej stronie nieuznawanej przez Serbów granicy.

Gdy z terenu wokół pomnika wynoszone są ikony, wielu podchodzi – jedni, by się pokłonić, inni, by je ucałować. Jeszcze inni, by tylko zrobić zdjęcie.

Mitrovica: podzielone miasto

W długim strumieniu samochodów zmierzam do Mitrovicy. Niektóre, sądząc po rejestracjach, pojadą dalej do Serbii. Atmosfera sennego sobotniego popołudnia. Na niemal każdym skrzyżowaniu liczącej trzydzieści kilka kilometrów trasy do tego największego miasta północnego Kosowa stoją policyjne patrole.

Mitrovica do dziś stanowi symbol kosowskich podziałów. Przejeżdżam niepozornym mostem drogowym nad rzeką Ibar i parkuję w północnej, serbskiej części miasta. Już na pierwszy rzut oka jest ona zauważalnie biedniejsza niż większa południowa część, zamieszkana głównie przez Albańczyków.

Na ulicy słychać serbski, wkoło serbskie szyldy, napisy, graffiti. Na jednym z budynków zwraca uwagę mural reklamujący lokalny bar. Obok twarzy blondynki zajadającej się burgerem kilka metrów dalej namalowany jest mężczyzna w koszulce z napisem „Brat za brata”, trzymający w rękach młot. Dalej, większymi literami, kolejny napis „Nema predaje” („Nie poddamy się”). Takie hasła można spotkać po tej stronie rzeki wszędzie.

Nema predaje, Nie poddamy się”: mural w serbskiej części Mitrovicy, 28 czerwca 2025 r. // Fot. Juliusz Pielichowski

Przy głównym deptaku, noszącym imię Piotra I Karadziordziewicia, króla Serbii, w kawiarnianych ogródkach siedzą głównie młodzi mężczyźni. Na odcinku może dwustu metrów zauważam też przynajmniej kilku policjantów gawędzących z mieszkańcami.

Podzielone miasto

Idę przez najsłynniejszy most w Mitrovicy, otwarty tylko dla ruchu pieszego i pilnowany przez włoskich karabinierów. Świat po drugiej stronie różni się znacząco: tu ulice pełne są samochodów i ludzi. Kilkaset metrów dalej, przy dużym rondzie, stoi okazały meczet, zrekonstruowany przy wsparciu Turków.

Na straganach rozstawionych wzdłuż chodników kwitnie drobny handel. Rozmawiam z dwójką albańskich sklepikarzy, sześćdziesięcioparoletnią kobietą i jej synem. Pytam o drogę do Pejë w zachodnim Kosowie – bardziej, by zagaić rozmowę. Wymieniam także serbską nazwę miasta, Peć, na co kobieta reaguje poirytowaniem i zwraca się do syna po albańsku. Status przyjezdnego jest jednak wystarczającym usprawiedliwieniem.

Dalsza rozmowa przebiega gładko. Gdy wspominam o ostatniej wojnie, mężczyzna mówi, że był wtedy bardzo młody, ale dużo pamięta. Dziś nastroje w mieście są spokojne, choć całkiem niedawno, gdy wybuchła „wojna o tablice rejestracyjne”, napięcie w mieście było duże. Pytam o podział na część północną i południową. Mężczyzna przyznaje, że jest on wyraźny, ale nie brakuje Serbów żyjących po stronie albańskiej – i na odwrót.

Zaopatrzony w owoce i wodę kieruję się z powrotem w stronę Ibaru. Na wzgórzu położonym na południe od miasta czerwienią się w słońcu ogromne litery „UÇK”, sławiące Armię Wyzwolenia Kosowa. Gdyby nie obecność włoskiego patrolu na moście, można by odnieść wrażenie, że konflikt jest już kwestią przeszłości.

Ale to tylko pozór. Nad historyczną twierdzą, górującą nad okolicą od północy, powiewa z kolei ogromna serbska flaga. Vidovdan dobiega końca. Jeszcze jeden dzień w podzielonym mieście.

Nieusuwalny konflikt między Serbami a Albańczykami

Droga prowadzi mnie przez północną Metochię, krainę, która razem z Kosowym Polem i otaczającymi je górami składa się dziś na organizm państwowy znany jako Republika Kosowa.

Dla Serbów ta ziemia jest kolebką ich narodowej tożsamości. A jednak przypominam sobie rozmowę z serbskim profesorem medycyny, którą kilka dni wcześniej prowadziłem w Kragujevacu. Zapytany o Metochię, powiedział, że to dla niego zamknięta karta. Gdy zapytałem, jak jego zdaniem do kwestii Kosowa podchodzą jego studenci, przyznał, że wielu może mieć mgliste wyobrażenie o tym, co właściwie się tam wydarzyło przed ich narodzinami.

Ale to tylko jedna z wielu prawd. Do dziś na murach Belgradu można też dostrzec wielkie napisy „Kad se vojska na Kosovo vrati” („Kiedy armia wróci do Kosowa”).

Jadę więc przez te ziemie tak doświadczone, naznaczone nieusuwalnym chyba w perspektywie jednego czy dwóch pokoleń konfliktem; ziemie podlegające ciągłym przemianom. O tej porze ruch jest znikomy. Droga wije się między niewysokimi wniesieniami. Raz za razem otwierają się widoki, od których ciężko oderwać wzrok. Na zachodzie pejzaż domykają słynne Góry Przeklęte – już na pograniczu Serbii, Czarnogóry i Kosowa.

W stronę Gór Przeklętych

Przy drodze co rusz mijam cmentarze z powiewającymi nad nimi albańskimi flagami. Flagi państwowe Kosowa są tu znacznie rzadsze. Zatrzymuję się na jednym ze wzgórz, żeby zrobić zdjęcie. Poniżej łąki, na której stoję, leży albański cmentarz.

Góry Przeklęte na pograniczu Serbii, Czarnogóry i Kosowa, na pierwszym planie albański cmentarz. Kosowo, 28 czerwca 2025 r. // Fot. Fot. Juliusz Pielichowski

Ruszam w jego stronę przez wysoką trawę. Po chwili słyszę za sobą terkot silnika. Dwóch starszych mężczyzn na zdezelowanym traktorze patrzy na mnie z zaniepokojonym wyrazem twarzy. Dopiero gdy mówię, że jestem turystą, odprężają się, uśmiechają, unoszą dłonie w geście pozdrowienia i odjeżdżają.

Ruszam dalej. Ale zamiast jechać prosto do Pejë (dla Serbów: do Peci), odbijam na południe. Przejeżdżam kilkanaście, najwyżej dwadzieścia kilka kilometrów i znowu zatrzymuję się na wzgórzu. Nie sposób się nie zatrzymać. Domy w dole to Klina. Wkoło rozciągają się urokliwe wsie i pola Metochii.

Na horyzoncie niezmiennie majaczą surowe i dzikie Góry Przeklęte.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kosowskie metamorfozy